Mariusz Czubaj 03 Zanim znowu zabiję


Чтобы посмотреть этот PDF файл с форматированием и разметкой, скачайте его и откройте на своем компьютере.
Mariusz Czubaj

Zanim znowu zabiję


W.A.B., 2012


Największą siłę na tym świecie stanowi przynęta

Jean
-
Henri Fabre,
Z

życia owadów

Pleased to meet you Hope you guess my name

The Rolling Stones,
Sympathy for the De
v
il


Prolog

Usłyszał kroki, ocknął się z let
argu. Wiedział, że znów jest blisko. Przez chwilę, która
wydłużała się w nieskończoność, nic się nie działo. A potem szczęknął zamek.

Chłopiec gwałtownie poderwał głowę. Nie pomylił się. W sobie tylko wiadomy sposób
odczuwał obecność nie
znajomego na długo

przedtem, nim ten się zjawiał. Był pe
wien, że jest
jedynym człowiekiem na świecie, który z takiej odległości słyszy słabe drgania silnika i
stłumiony odgłos zamykanych drzwi samochodu. Ostrożnie stawiane kroki wyczuwał niczym
Indianie, których podziwiał
w wester
nach. Poznawał ciche skrzypnięcie gumowej podeszwy.
Je
stem jak wąż, uświadomił sobie, gdy jeszcze miał siłę myś
leć. Czytał gdzieś, że te gady
odbierają drgania podłoża za pomocą kości szczękowych połączonych z uchem środko
wym, i
w ten sposób do
skonale słyszą odgłosy innych zwie
rząt. Kiedyś interesował się wężami i
dużo o nich wiedział. Na próżno błagał rodziców, by pozwolili mu mieć w domu terrarium.
To było kilka lat temu. Potem pochłonęło go zu
pełnie coś innego.

Pamiętał, że czerwonoskórzy c
zasami porywali białych.
I

tak jak jemu, wiązali z tyłu
ręce i mocowali do drzewa albo wbitego w ziemię pala. Ale nigdy nie zakładali opaski na

oczy ani nie zaklejali taśmą ust. Nikogo nie zamykali w wil
gotnej norze. Dzielni kowboje
stali na słońcu, a on
czuł stęchliznę butwiejących ubrań, podobną do tej, którą pa
miętał z
garażu dziadka Pierre'a. Tak było na początku. Póź
niej się przyzwyczaił. Sam nie wiedział,
kiedy smród zaczął traktować jako coś naturalnego.

Dziadek Pierre. Na pewno go szuka. I rodzic
e też go po
szukują. Ktoś wreszcie go
znajdzie i uwolni. A wtedy nie
znajomego osądzą i powieszą. Będzie jak na westernach.
Szubienicę postawią z pewnością przy
beffroi
,
wieży straż
niczej z czerwonej cegły, z której
można podziwiać panora
mę okolicy. Albo

nie. Postawią ją na stadionie. A kat będzie ubrany
w koszulkę w czarne i białe pasy. Całe miasto bę
dzie na to patrzeć, a on usiądzie na
honorowym miejscu, z którego będzie widział zazdrość kolegów i pełne podziwu spojrzenia
dziewczyn. Zwłaszcza tej, któr
a niedawno się wprowadziła do jego kamienicy, ma na imię
Marie i mieszka dwa piętra wyżej.

Tak myślał pierwszego i drugiego dnia. Trzeciego zaczął tracić nadzieję. Gdy
czwartego dnia znów nie dostał nic do jedzenia, po raz pierwszy pomyślał, że umrze. Zapa

w dziwny półsen i stracił rachubę czasu. Nie wiedział, jak długo przebywa w tej pułapce.
Tydzień, dwa tygodnie, mie
siąc? Nie mógł odgadnąć, jaka jest pora dnia. Nie potrafił, a może
już nie chciał, o własnych siłach wstać z podłogi. Już dawno przestał
poruszać nadgarstkami
w nadziei, że uwol
ni się z więzów. Przestał się nawet bać. Powoli zacierały się wspomnienia,
a w letargu, w którym trwał, rozmywały się rysy twarzy rodziców i przyjaciół.

Nie potrafił zrozumieć, co właściwie się stało. Jak zwyk
le wr
acał z kolegami do domu.
Przez ramię miał przewie
szoną torbę sportową. Ostatnie kilkaset metrów pokonywał sam.
Przy chodniku zatrzymał się samochód i przez uchy
loną szybę kierowca o coś zapytał. Głos
brzmiał znajomo. Podszedł bliżej i pochylił się. Potem

zapadła ciemność.

Ocknął się w zimnym lochu, który został jego nowym domem. Nie mógł wiedzieć, że to
miejsce miało stać się także jego

grobem.

Zgrzyt zamka w drzwiach zabrzmiał niczym wybuch gra
natu na filmie wojennym.
Chłopak ocknął się. Mimo woli uderz
ył głową o gruby pręt. Przeszywający ból rozchodził się
promieniście przez szyję, barki i plecy.
O

dziwo, wspar
ty o zimny metal, chłopak uniósł się
sam do góry. Drżał. Po raz pierwszy od nie wiadomo jakiego czasu przestraszył się. Czujnie
nasłuchiwał. Tym

razem nieznajomy zachowy
wał się inaczej.

Zawsze gdy przychodził, zrywał mu taśmę z ust i dawał wodę do picia. Potem
rozwiązywał ręce i żelazny uchwyt, wykluczający wszelki opór, zaciskał się na przedramieniu
chłopca. Mężczyzna prowadził go do kubła, by m
ógł się załatwić. Za pierwszym razem
porwany próbował zerwać opaskę z oczu. Zanim to uczynił, został powalony potężnym
ciosem. Stracił przytomność. Więcej nie chciał już przeciw
stawiać się nieznajomemu.

Za każdym razem powtarzały się te same czynności. Mę
ż
czyzna odprowadzał go na
miejsce i przywiązywał z powro
tem. Zaklejał usta. Przez te wszystkie dni nie odezwał się ani
słowem. Chłopiec słyszał świst wydychanego powietrza. Czuł wstrętny nieznany zapach
wydobywający się z ust tam
tego. Wstrzymywał wówcza
s oddech, by nie dostać torsji. Tego
dnia było jednak inaczej. Nieznajomy wszedł do środka, ale nie podszedł do porwanego.
Potem rozległ się odgłos, jakby mężczyzna postawił coś na podłodze. Chło
piec usłyszał
charakterystyczny dźwięk zamka błyskawicz
nego
. Tamten pewnie był w dresie i rozpiął
bluzę. Wtedy poczuł zapach, którego nie sposób nie rozpoznać. Frytki. Więc to nie była
bluza, ale zamek od torby. Nieznajomy przyniósł jedzenie. Po raz pierwszy. Żołądek
porwanego odruchowo skurczył się. Chłopiec pocz
uł ból oraz mdłości i osunął się z
powrotem na podłogę.

Nie mógł widzieć, że nieznajomy wyjął z torby nie tylko biały plastikowy pojemnik, ale
i skórzany pasek. Złożył go na pół i zbliżył dwie pięści do siebie, tworząc w ten sposób pętlę.
Gwałtownym ruchem

odciągnął dłonie. Pętla błyska
wicznie spłaszczyła się i pasek strzelił.
Rozległ się dźwięk przypominający trzask bicza. Chłopiec drgnął. Mężczyzna zauważył to i
uśmiechnął się.

Podszedł do wmurowanego w ziemię pręta i chwycił za sznur krępujący ręce. Wte
dy w
pomieszczeniu rozległ się czyjś głos. Ktoś śpiewał po angielsku. Nieznajomy znie
ruchomiał,
a potem sięgnął do kieszeni. Przez chwilę stał w miejscu. Chłopiec słyszał jego oddech
głośniejszy niż zwykle. Do jego uszu dobiegło chrząknięcie. Mężczyzna ja
k
by się zawahał. A
potem szybkie kroki skierowały się w stro
nę drzwi. Klucz zachrobotał w zamku. Tamten
zniknął.

W piwnicy wciąż unosił się zapach frytek. A więc, domyś
lił się chłopiec, nieznajomy
zostawił torbę i pewnie niedługo wróci. Po raz pierwszy
od nie wiadomo jak długiego czasu
porwanego opuściły halucynacje. Stanął o własnych siłach, a nogi przestały drżeć.

Szarpnął nadgarstkami, przywarł nimi do metalu i powtó
rzył czynność. Skręcił prawą
dłoń i najmniejszym palcem natrafił na pętlę. A przecież

próbował uwolnić się dziesiątki
razy! Poczuł nagły przypływ sił. Jak wówczas, gdy w ostat
niej minucie strzelił bramkę, a w
dogrywce dołożył jeszcze jedną i został bohaterem meczu. Cierpliwie rozluźniał pętlę, aż
poczuł, że może wcisnąć kolejny palec.

Gdy

sznur opadł na ziemię, chłopiec zerwał taśmę z ust i zdjął opaskę.

Nie rozwarł powiek. Jego ojciec i dziadek byli górnikami, on też urodził się i mieszkał
w mieście, które nie przypad
kiem Belgowie nazywali
PaysNoir
1
.
Podczas obiadów
wielokrotnie słyszał
o tąpnięciach i wybuchach oraz górnikach

uwięzionych pod ziemią,
czekających dniami i nocami w zasypanych korytarzach na ratunek. Gdy już cię wydobędą,
nie otwieraj oczu. Nie otwieraj oczu. To zdanie, czaro
dziejskie zaklęcie, słyszał wiele razy.




1

Czarny Kraj (fr.).

Ze zmrużo
nymi powiekami, rękami omiatając przestrzeń wokół, dotarł do drzwi i
szarpnął za klamkę. Nie mylił się. Były zamknięte. Tamten wróci, przypomniał sobie.
Niedługo wróci. A wtedy...

Poczuł, że paraliżuje go strach. Że zaczyna krępować ni
czym porzucony na po
dłodze
sznur. Odwrócił się i oparł
o

drzwi. Spod zmrużonych oczu widział, że po przeciwległej
stronie pomieszczenia znajduje się jakieś źródło światła. Ru
szył w tamtym kierunku. Potknął
się o torbę, pod stopą zachrupały rozgniecione frytki. Dotarł do niew
ielkiego okna. Pod
murem natrafił dłonią na stare rozlatujące się krzesło. Widocznie okno było kiedyś otwierane.
Powoli się wspiął. Dawniej nie miałby szans, by się przecisnąć przez ten otwór. Teraz był
jednak o wiele chudszy. Zdumiał się, że otworzył okno

tak łatwo. Poczuł świeże powietrze.
Zakrztusił się.

Tamten wróci, pomyślał z rozpaczą. Może już się zbliża.

Wydostał się na zewnątrz i z wciąż przymkniętymi powie
kami zaczął biec. Zatoczył się
i upadł.

Ktoś powiadomił policję, że na nabrzeżu, na Quai d
e Brabant, siedzi chłopiec, który nie
odpowiada na żadne pyta
nia. Dwunastolatek w stanie szoku i całkowitego wyczerpa
nia został
odwieziony do szpitala.

Policji nie udało się natrafić na ślad tajemniczego kierow
cy. Bezskutecznie próbowano
ustalić miejsce
, w którym przetrzymywano porwanego. Chłopiec milczał. Jakby chciał
wyrzucić ze swojego życia koszmar, tak jak usuwa się dane z komputera. W ten sposób opisał
jego zachowanie psycho
log. Zgłaszali się kolejni świadkowie, ale niewiele wnieśli do sprawy.
Kto
ś widział go w parku Reine Astrid, pewna star
sza kobieta mówiła, że błąkał się po Place
du Manege, jakiś starszy mężczyzna wskazywał na okolice hałd.

Tydzień po odnalezieniu chłopca, 19 sierpnia 1996 roku, policja wkroczyła do domu
Marca Dutroux, którego
dzien
nikarze nazwali wkrótce Potworem z Charleroi. Uprowadze
nie
dwunastolatka powiązano z jego czynami.

Od tego dnia już nic w Belgii nie było takie samo jak wcześniej.


*

Zobaczył nadjeżdżający pociąg i podjął decyzję. Ostatnią w swoim życiu.

Zaraz po p
ołudniu złapał taksówkę na Powiślu i pojechał na ulicę Kijowską. Gdy
wysiadł przed zrujnowaną fasadą Dworca Wschodniego, zaczął siąpić drobny deszcz.
Taksówkarz milczał przez całą drogę, wsłuchując się w wiado
mości dobiegające z radia.
Kilkakrotnie wychwy
cił spojrze
nie kierowcy we wstecznym lusterku. Ciekawe, czy wie, kim
jestem, pomyślał.

Taksówkarze na ogół go rozpoznawali. Trzydziestokilkulatek wyróżniał się wzrostem i
posturą. Gdy pytali o na
zwisko, nie mieli już żadnych wątpliwości. Jacek Kos. Wielo
krotny
reprezentant Polski. Lewy obrońca. Zaczynał w Warszawie, potem grał na Śląsku, wreszcie
wiele ostat
nich sezonów spędził w niemieckich klubach. Od dwóch lat pisano o nim mniej.
Jego występy nie były komentowane tak jak dawniej. Nawet gdy strzelił ni
edawno
samobójczą bramkę, oszczędzili go klubowi kibice i internetowi frustraci w kraju. Kosa
zaczęły nękać kontuzje, usunięto go z pierw
szego składu, zmienił drużynę i znów na kilka
miesięcy wypadł z gry. Od pewnego czasu nie był już powoływany

do reprez
entacji. Taka jest
kolej rzeczy. Poważnie myślał o zakończeniu kariery, powrocie do Polski i rozkręceniu
interesu związanego z futbolem. Może kupi kilka mieszkań, podpisze umowę z którymś z
klubów i będzie wynajmował je młodym zawodnikom. Wiedział nawet, k
to mu pomoże
stawiać pierwsze kroki na grząskim gruncie, opanowanym przez starych wyjadaczy. Z
długich rozmów zapamiętał zwłaszcza jedno zdanie. Ten biznes jest jak wieczna gra na
obcym boisku, a ci, którzy grają z tobą w drużynie, mogą okazać się najgroźn
iejszymi
przeciwnikami. Podjął już zresztą pierwsze działania, by przygotować się do nowej roli. To
wszystko przyjdzie za chwilę. Na razie raz jeszcze spróbuje powrócić do dawnej formy i
roześmiać się w twarz tym, którzy postawili na nim krzyżyk.

Tak do ni
edawna wyobrażał sobie teraźniejszość i przy
szłość. Kilka dni temu wszystko
się zmieniło. A przed go
dziną cały świat runął mu na głowę. Wiedział, że musi coś zrobić. Po
tym, co usłyszał, nie było już odwrotu.

Zostawił taksówkarzowi napiwek. Łysiejący męż
czyzna z sumiastym, kolejarskim
wąsem skłonił się.

-

Straszne.
-

Taksówkarz odwrócił się w stronę radia.
-
Tragedia
-

dodał zbolałym
głosem.
-

Ciągle nie mogę w to uwierzyć. A pan?

-

Tak. Straszne
-

mruknął pod nosem Kos i wysiadł z sa
mochodu.

Straszne. Mi
ał na myśli coś innego niż kierowca odjeżdża
jącej taksówki. Zasunął suwak
skórzanej kurtki. Tragedia. Tak, to prawda. Tyle że ta, która dotyczyła jego, była na ra
zie
dobrze skrywana. Wiedziały o niej trzy osoby na świe
cie. Od godziny był jedną z nich.

P
rzyleciał rano samolotem Lufthansy. W zwykłych oko
licznościach zdecydowałby się
na samochód. Tym razem jednak sytuacja była szczególna. Chciał mieć to spotkanie jak
najszybciej za sobą. Tak bardzo pragnął usłyszeć, że za
szła niewyobrażalna pomyłka. Że
ws
zelkie podejrzenia są

jedynie wytworem chorej wyobraźni. Na lotnisku w War
szawie
zorientował się, że zdarzyło się coś niezwykłego. Przepchnął się przez tłum ludzi
wpatrzonych w zawieszo
ny na panelach telewizor. Wzrokiem przebiegł przesuwa
jący się u
dołu

ekranu pasek z wiadomościami. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie chciał autografu.
Nikt nic nie mówił.

Kos przygryzł wargi. Zaczął szybko oceniać sytuację. Na
uczył się tego podczas tysięcy
godzin spędzonych na bo
isku. Niespodziewane zdarzenia pociągaj
ą za sobą inne, które trudno
przewidzieć. To, co się stało, mogło pokrzyżo
wać jego plany.

Sięgnął po telefon. Rozmowa trwała kilka minut. Gdy ją za
kończył, odetchnął z ulgą. A
jednak się uda. Dopiął swego. Jest jeden argument, pewna siła, której nikt jes
zcze się nie
oparł. Tak się stało i tym razem.

Teraz było już po wszystkim. Zgarnął krople deszczu z czoła. Czuł się, jakby w jednej
chwili postarzał się o dwa
dzieścia lat. Był skończony i musiał coś z tym zrobić. Wypro
stował
się i ruszył w stronę ogródk
ów działkowych. W alej
ce minął się z kobietą, która wyszła na
spacer z owczarkiem niemieckim. Pies prowadzony na czerwonej smyczy obwąchał go
nieufnie.

Nigdy nie bał się zwierząt. Godzinę temu ten nieustraszo
ny obrońca zaczął bać się
ludzi. A właściwie z
aczął lękać się jednego przerażającego człowieka.

Skręcił w prawo. Przed sobą widział nasyp kolejowy i wzno
szące się nad nim semafory.
Bezwiednie ruszył w tamtą stro
nę. Po lewej zobaczył niski budynek otoczony ogrodzeniem.
Na tabliczce znajdował się napi
s:

Markot

. Przed stróżówką siedział dozorca i palił
papierosa. Zza uchylonych drzwi do
biegała muzyka z radia. Kos rozpoznał utwór.
Adagio
Albi
noniego. Kiedyś od jednego z niemieckich kibiców dostał płytę z tym nagraniem. Nie
przepadał za muzyką poważną,

ale ten utwór z jakiegoś powodu zapamiętał.


Markot

. Siedlisko bezdomnych. Tych, którzy wypadli ze społeczeństwa. Odpadli, tak
jak odpadł tynk z fasady dworca. Nagle poczuł, że jest takim samym wyrzutkiem. Ni
czym się
od nich nie różni.

Zatrzymał się, si
ęgnął po telefon i zaczął wstukiwać esemesa.
Adagio
skończyło się, w
radiu muzyka organowa przy
cichła i rozległ się zbolały kobiecy głos. Drżały mu ręce. Nie
mógł pisać. Zaklął głośno, a potem wybrał numer telefonu. Po pięciu sygnałach usłyszał
komunikat
poczty głosowej. Nagrano go najpewniej w trakcie jakiejś imprezy, w tle
rozbrzmiewały bowiem śmiechy i brzęk kieliszków.

Pozostawił wiadomość.

-

Wiem już wszystko
-

wydusił przez ściśnięte gardło.
-

Morderca... Nie daruję...

Chciał powiedzieć więcej, lecz
nie miał siły.

Dozorca

Markotu


widział, jak postawny młody mężczy
zna o znajomej twarzy wspina
się na nasyp. Miał zamiar krzyknąć, podniósł rękę, ale rozmyślił się.

Kos usłyszał cichy świst szyn. W oddali zobaczył światło zbliżającego się pociągu.
Przera
źliwy dźwięk sygnału ostrze
gawczego narastał, ale zignorował go. Nie widział
przerażo
nych, coraz większych oczu maszynisty, nie słyszał zgrzytu hamulców.

Zanim poczuł uderzenie, po raz ostatni otarł twarz z desz
czu. A może po prostu ją
zasłonił. Było po
południe 10 kwiet
nia 2010 roku. Niespełna sześć godzin wcześniej w
Smoleń
sku rozbił się prezydencki samolot.

Samobójcza śmierć znanego piłkarza, reprezentanta Pol
ski, w normalnych warunkach
byłaby wiadomością dnia. Z oczywistych względów tym razem przes
zła niemal
niezauważona. Gazety i portale internetowe odnotowały ją w kilku zdaniach i jednym
niewiele obszerniejszym wspomnieniu.

Nekrologi, które ukazały się po jego śmierci, znikły wśród innych nazwisk w czarnych
ramkach.


*

Leżał na łóżku, założył ręce

pod głowę i wpatrywał się w su
fit. Potrafił tak tkwić bez
ruchu godzinami. Gdyby ktoś pa
trzył na niego z boku i widział nieruchome otwarte oczy,
mógłby pomyśleć, że nie żyje.

Nic bardziej mylnego. Żył i miał się nieźle.

Cichy jęk przypominał sygnał kare
tki pędzącej w oddali. Albo skowyt psa. Wiedział
jednak, że źródło tego odgłosu jest zupełnie inne. Za chwilę jęk przemieni się w przeciągły
szloch, a potem, gdy do akcji wkroczą sanitariusze ze środ
kami uspokajającymi, ucichnie.
Podobnie zachowywał się t
en drugi. Ten, który pociął się szkłem. W sumie dobrze, że na
nikogo się nie rzucił. Zaczęłyby się dokładniejsze kontro
le, a te zawsze zwiastują kłopoty.

A on miał już problem. I ten jeden w zupełności mu wy
starczał. Podróżnik więcej nie
przyjdzie. Podró
żnik nie przyjdzie, powtarzał sobie. Nazwał mężczyznę w taki spo
sób, bo
przecież wkroczył on do dziwnego świata. I zaprag
nął rozmawiać na egzotyczne tematy, w
których pojawiały się rozkładające się ciała i ludzkie kości.

Zawarli umowę. Coś za coś. Opowie
ść za opowieść. Słu
chał więc, co tamten miał do
powiedzenia, uśmiechał się łagodnie i odpływał w świat swoich fantazji. Wiedział, że te
marzenia prędzej lub później przemieni w rzeczy
wistość.

Podróżnik więcej nie przyjdzie. Ale nie wiadomo, czy jego ślad
em nie przyjdą inni. A
do tego nie chciał dopuścić.

Jeden, dwa, trzy... Policzył do sześćdziesięciu. Minęła mi
nuta. Jego czas się kończył.
Sytuacja skomplikowała się. Na
brała przyspieszenia. Nie może dłużej czekać. Po raz
pierwszy od wielu minut poruszył

oczami.

Żył i miał się nieźle. Niektórym nie wróżyło to niczego

dobrego.
-

Po owocach mnie
poznacie. Po owocach
-

wyszeptał

i

uśmiechnął się szeroko.


CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Są ludzie, którzy znają się na wszystkim. Takie złote rączki z głowami nie od parady. I

są też ponoć sprawy, na których znają się wszyscy. Trudno znaleźć takich, którzy nie mają
pojęcia o sporcie, pogodzie i polityce.

Może i trudno, lecz nie jest to niewykonalne. Jak się chce, to można. Sam należałem
przecież do tego ekskluzywnego grona. Ows
zem, z większym lub, częściej, słomianym
zapałem trenuję karate u greckiego mistrza, senseia Kastoriadisa. Ale poza tym nie śledzę
wyników rozgrywek, z wyjąt
kiem żużla, nie chodzę na mecze, nie wyrecytuję jednym tchem
składów drużyn trzecio
-

i drugoligowy
ch. Mam ku temu osobiste powody. Tak czy inaczej
znam się na piłce nożnej jak Osama bin Laden na pacyfizmie. Z pogodą jest podobnie.
Przypominam sobie o jej istnieniu najczęściej wczesną wiosną i późną jesienią, gdy chłód i
wilgoć parali
żują mi stawy i un
ieruchamiają dłonie. Fachowcy nazywają to schorzenie
zespołem Raynauda. Poza tym o pogodzie rozmyślam równie często co Amy Winehouse o
wizycie w klubie krykieta. Oprócz choroby stawów mam jeszcze jedną przypadłość. Mnożę
metafory. Przypadłość ta dopa
da mn
ie zwłaszcza wtedy, gdy jestem zmęczony. A tak się
czuję prawie zawsze. Świat ludzi przemęczonych jest dość

bezbarwny. Więc przynajmniej w
taki sposób wzbogacam go sobie. Tyle o tym.

Polityką nie zajmowałem się nigdy, a ona nie zajmowa
ła się mną. W policj
i polityka
dopada tych, którzy są albo znacznie niżej ode mnie i mają nieposkromione ambicje, albo
dawno już mnie wyprzedzili i chcą dotrzeć na sam szczyt. Byłem coraz starszym, coraz
bardziej korodującym, ale wciąż trwającym w tym samym miejscu środkowym
trybem w
maszynerii sprawiedliwości. I nigdy nie miałem ambicji, by piąć się w górę. Im wyżej jesteś,
tym boleśniej spadasz. Napatrzyłem się trochę na to, kilka razy upadłem i potłukłem się, więc
wiem, o czym mówię. Od czasu do czasu widzę gdzieś w interne
cie nazwiska kilku kolegów,
z którymi studiowałem. Garnitury, krawaty, okulary w kosz
townych oprawkach mające dodać
im powagi. Oraz, nie
odłącznie, kilka słów przy nazwisku, wiadomość o tym, w imieniu jakiej
partii mówią. Zauważyłem, że informacje te zmie
niają się przy ich twarzach dość często. Z
głoszony
mi przez nich poglądami pewnie jest tak samo. Tymczasem moje nie ulegają
zmianie. Ja po prostu nie mam poglądów.

W sobotę 10 kwietnia 2010 roku obudziła mnie melodyj
ka w telefonie. Jimi Hendrix
grał
Purp
le Haze
,
a mnie wciąż zdawało się, że jestem w wypełnionej zapachem rozlanego
piwa sali prób w Sosnowcu, w trzeciej z kolei norze, którą wynajmowaliśmy w ciągu
ostatnich sześciu miesięcy. Właś
nie włączam jeden z moich efektów gitarowych i chropowa
te
dźwi
ęki zaczynają płynąć wartkim strumieniem. Zamy
kam oczy i wsłuchuję się w linię basu.

Gdy otworzyłem oczy, sala prób znikła. Poczułem ucisk w skroniach. Suchość w moim
gardle mogłaby konkurować z wielodniową suszą w Somalii.

Hendrix zagrał introdukcję do
P
urple Haze

od nowa. Sięg
nąłem po telefon. Usłyszałem
głos Kastoriadisa.

-

Już wiesz?
-

zapytał.

Milczałem, a on powtórzył pytanie.

-

O czym?
-

zachrypiałem.

-

Prezydent... Samolot w Smoleńsku rozpieprzył się na kawałki. W drobny mak. Nikt
nie przeżył.

Nie

wiedziałem, o czym ten szaleniec do mnie mówi. Każ
de słowo Greka osobno coś
znaczyło, lecz z całej wypowie
dzi niczego nie zrozumiałem. Pewnie miał jakieś olśnienie,
zdarzają mu się takie przebłyski, gdy medytuje. A wczo
raj był piątek i może mistrz kara
te po
treningu sobie po
folgował.

-

Słuchaj
-

wychrypiałem
-

ile piw zrobiłeś wczoraj? Cie
kawe, czy tyle co ja. Widzimy
się o szóstej, mistrzu. Przy
pominam ci, że mamy poćwiczyć
kawashi

i inne uniki przy ataku
przeciwnika. A teraz muszę dojść do siebie.

Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłem się.

Zarzuciłem ubranie przesiąknięte papierosowym dymem i zwlokłem się do

Biedronki

.
Paliło mnie w gardle, było w nim więcej ognia niż na festynie straży pożarnej. Musia
łem go
ugasić. Jedno piwo postawi mnie na no
gi, pomyś
lałem. Rudolf Heinz rozpocznie nowy dzień
i wkroczy do akcji.

Dopiero w sklepie zorientowałem się, że coś musiało się zdarzyć. Ludzie robili zakupy,
ale co chwila rozbrzmiewały dzwonki telefonów. Nigdy w życiu nie widziałem tylu ludzi
rozmawiając
ych przez komórki. I pewnie nigdy już nie zoba
czę. Nawet na reklamie.
Chwytałem strzępy rozmów. Samo
lot. Prezydent. Smoleńsk. Słowa Kastoriadisa ułożyły się
w logiczny ciąg.

Postawiłem piwo na taśmociągu i wychwyciłem spojrze
nie kasjerki. Czterdziestole
tnia
sucha kobieta w fartuchu za dużym o kilka numerów patrzyła na mnie, jakbym zabił jej córkę.
I matkę.

-

Pić w taki dzień.
-

Pokręciła głową i przyłożyła puszkę

do czytnika.

-

Mam jeszcze to
-

powiedziałem ze skruchą i podałem jej worek z czterema
kajze
rkami.

Gdy odszedłem od kasy, przekonałem się, że nie wszyscy tego dnia interesowali się
katastrofą. Przy filarze sklepu stał szpakowaty mężczyzna w szarym kombinezonie. W dłoni
trzymał nóż i z zapałem zeskrobywał ogłoszenia poprzykle
jane do muru.

-

Joga,

kurwa mać...
-

mruczał pod nosem.
-

Juju fitness...
-

to przesylabizował z
większym trudem.
-

Połączenie samo
obrony i tańca
-

czytał kolejne anonse
-

zajęcia
pozaszkol

W takim towarzystwie opuściły mnie wszelkie skrupuły.
Z trudem przełknąłem ślinę.
Czułem się, jakby ktoś przez godzinę tarką skrobał moje podniebienie. Stwierdziłem, że nie
ma na co czekać, i sięgnąłem po piwo. Trzask zawleczki był jednym z najpiękniejszych
dźwięków, jaki mogłem usły
szeć. Pociągnąłem łyk i o
detchnąłem. Wróciłem do mieszka
nia i
zacząłem przeglądać czarno
-
białe strony w internecie.

Dokończyłem piwo i poczułem, że wracam do świata żywych.


2

O dziewiątej wieczorem, gdy minęła mi ochota na cokol
wiek, co nie było kolejnym
zimnym piwem, znów odez
wał się Hendrix.

-

Mamy go.
-

Usłyszałem glos starszego aspiranta Kuleszy.
-

Adam Szyszko został
przywieziony pół godziny temu.

-

Przyznał się?

-

Nie. Wszystkiemu zaprzecza. Niewinny jak anioł. Wiel
kie niebieskie oczy jak z
japońskiej kreskówki, które pyt
ają:

Czego ode mnie chcecie?

. Pomyślałem, że zechcesz go
przesłuchać.

Oczywiście, że chciałem. W takich wypadkach trzeba działać szybko. Zanim minie szok
po niespodziewanym za
t
rzymaniu i podejrzany zdąży oswoić się z nową sytuacją. Włożyłem
czysty T
-
shir
t i wysłużoną sztruksową marynar
k
ę
. Z kolumn dobiegły pierwsze takty
Ain't No
Hea
v
en on the
Cou
nty Road
.
Z żalem wyłączyłem płytę. Tradycyjny blues przegrał z
Suszarkowym Mordercą, jak nazwał go Kulesza.

Uczestniczyłem w dziesiątkach podobnych spraw, w kt
ó
rych nie było nic niezwykłego,
jednak tym razem coś wy
kraczało poza rutynę. Jechałem do komendy i raz jeszcze
porządkowałem w myślach to, co wiedziałem. Nie, nie mog
łem się mylić. Adam Szyszko
musiał być tym, kogo szukali
śmy od trzech tygodni.


B
yło t
ak: zwłoki Patrycji Jezierskiej znaleziono we wtorko
wy wieczór 24 marca. Tego
dnia dziewczyna nie pojawiła się w pracy. Wszelki kontakt z nią się urwał. Ciało znajdo
wało
się w wannie wypełnionej wodą. Na jej dnie niczym łódź podwodna pływała podłączona d
o
gniazdka suszarka. Wypadki się zdarzają. Ktoś odkręci piecyk gazowy, ktoś inny wdepnie w
kałużę, w której tkwi kabel elektryczny pod napięciem. Ale tym razem o zwykłym
nieszczęściu nie było mowy. Dobrze, mogło ostatecznie zdarzyć się tak, że dziewczyna
p
oślizgnęła się w wannie, upadła, uderzy
ła się w skroń, a suszarka podłączona do prądu
znalazła się w wodzie. Mogło. Ale Patrycja Jezierska nigdy nie su
szyła włosów. I wolała
szybki prysznic od długich kąpieli. Tyle dowiedzieliśmy się od jej siostry, któr
a znalazła
ciało.

Aż tyle.

Poinformowano mnie o dochodzeniu dopiero na prze
łomie marca i kwietnia, kiedy
wróciłem z konferencji dla profilerów w Liverpoolu, na której opowiadałem o polskich
seryjnych mordercach. Wówczas, gdy śledztwo straciło swój początk
owy impet, włączono
mnie do sprawy. Kłopo
ty zaczynają się wtedy, kiedy pojawiają się komplikacje.

Tych zaś w
sprawie Suszarkowego Mordercy było w nad
miarze.

Zatrzymałem się na światłach. W blasku latarni zobaczy
łem starszego mężczyznę, który
wspinał się

na drabinę opartą o mur kamienicy. W dłoni trzymał biało
-
czerwoną flagę.
Pewnie przed komendą wojewódzką na Lompy flagi spuszczono już do polowy masztu.
Nagle pomyślałem o czymś innym. W przyszłym tygodniu mamy grać kon
cert w Sosnowcu.
Wielodniowa żałoba

sprawi, że plany wez
mą w łeb. Zresztą raz już było podobnie. Chyba
cztery lata temu, gdy w

Halembie


zginęli górnicy. Zbliżała się zima, a wraz z nią
nadchodził czas naszego debiutu. Mieliśmy wy
walić ludziom w twarz całą energię, która
zgromadziła się
w naszych trzewiach i gitarach. Zamknięto wtedy klub na cztery spusty.

Włączyłem radio. Rozbrzmiewał marsz żałobny Chopina, lektor zaś, nie sposób
powiedzieć, który raz tego dnia, od
czytywał listę ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu.
Wcześniej w inte
rnecie przeczytałem uważnie spis nazwisk. Chyba nikogo spośród zmarłych
nie znałem osobiście. Sięg
nąłem do schowka i na chybił trafił wyjąłem płytę.
Ballady
jazzowe
. Trąbka Davisa grającego
Round Midnight

wypełni
ła wnętrze samochodu. Około
północy, jak d
obrze pójdzie, zamkniemy sprawę. Będziemy mieli pewność, kto zamor
dował
Patrycję Jezierską. Dodałem gazu i pomyślałem o ra
fach, na które natknęliśmy się w
śledztwie.

Kłopot pierwszy polegał na tym, że dziewczyna mieszkała w miejscu, gdzie ludzie
potykają

się o siebie, ale i tak tego nie zauważają, bo traktują to jako normę. Superjednostka.
Ta nazwa mówiła wszystko. Kiedyś dowiedziałem się, że mieszkańcy nazywają to potężne
blokowisko

szafą

. Jak na mój gust siedemset mieszkań mieszczących ze trzy ty
siąc
e
lokatorów to zbyt pokaźny i niezbyt przytulny mebel, ale może nie znam się na architekturze.
Pracowałem w po
licji dobre dwadzieścia lat i tylko raz zostałem wezwany do

Superjednostki
z powodu zabójstwa. Wtedy usłyszałem od pracowników pogotowia, że odwi
edzinom w tym
mrów
kowcu towarzyszy swoista loteria. Zwłoki można uznać za fartowne lub nie. Szczęście
sprzyja, gdy ciało znalezio
no na parterze albo drugim, piątym, ósmym, jedenastym i
przedostatnim, czyli czternastym, piętrze. Tylko na tych kondygnacjac
h, zgodnie z wizją i
kaprysem projektanta bu
dynku, zatrzymują się windy. Oznacza to, że niefartowne ciała trzeba
znosić po schodach. Zwłoki Jezierskiej należa
ły do fortunnych, dziewczyna mieszkała na
piątym piętrze. Policjantom, którzy rozpytywali mieszk
ańców, mniej się poszczęściło: nikt
niczego nie widział, niczego nie słyszał. Emeryci spali, wynajmujący mieszkania studenci
opowia
dali o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba.

Jeziersk
a

studiowała zaocznie prawo na Uniwersytecie Śląskim i niedawno rozsta
ła się
z chłopakiem. I jak to bywa, uwaga skupiła się na młodym człowieku, który ostatecznie ze
sprawą miał tyle wspólnego, ile ja z systemem podatko
wym w księstwie Monako. Nic tak nie
podcina skrzydeł prowadzącym śledztwo jak świadomość, że idealny kandy
dat na mordercę
ma równie idealne alibi wykluczające go z kręgu podejrzanych. W ciągu dnia dziewczyna
pracowała w jednej z knajp na Stawowej
-

ulicy, na której, jak dumnie obwieszczał slogan
przesłaniający teren olbrzymiej budo
wy w centrum Katowic,

zacz
yna bić serce naszego
miasta

. Mnóstwo gości, kalejdoskop zmieniających się twarzy. Nie, nie zauważyłam, by
Patrycja z kimś dłużej rozmawiała w pubie. Nie, nie widziałem, by okazywała komuś
zaintere
sowanie, choć niejeden się narzucał.

Być może największy
kłopot polegał na tym, że dziewczy
na miała w sobie to coś. Z
pewnością nie miała urody raso
wych modelek, ale wystarczyło popatrzeć na jej pełne usta
naturalnie układające się w drwiący uśmieszek oraz zielo
ne oczy, w których pełna niewinność
sąsiadowała
z totalną drapieżnością, i człowiek był ugotowany. Przypatrywałem

się zdjęciom
i nie miałem wątpliwości, że mężczyźni, a może i kobiety, lgnęli do niej jak ćma barowa do
darmowego drin
ka albo jak wisielec do sznura.

W śledztwo włączyłem się na zasadzie go
ścinnego wy
stępu. Magia pierwszych
czterdziestu ośmiu godzin do
chodzenia, gdy zwykle chwyta się zabójcę, dawno przesta
ła
działać. Wpadłem do knajpy na Stawowej, popytałem na uniwersytecie, pokręciłem się
dookoła odnawianej Superjednostki. Zagadałem z ek
ipą remontową. Chłopaki mają oczy
wokół głowy, nieraz się o tym przekonałem. No, tak, była taka, z piątego... Ale nawet się nie
obejrzała, gdy na nią gwizdaliśmy. Sztywna, wiesz, jak nasze rusztowanie.

Bez większych nadziei wkroczyłem do baru sąsiadujące
g
o z blokowiskiem. Tak jak
przypuszczałem, stali bywalcy lokalu o wdzięcznej nazwie

Gastromatic


mieli pamięć
dobrą, ale wybiórczą.

-

U nas takie laski nie przesiadują.
-

W dłoni pięćdziesięciolatka, który zbliżał się
wyglądem do kształtu idealne
go, czyli

kuli, zabrzęczały monety. Po chwili drobne znikły w
czeluściach automatu do gry.
-

Są tylko takie jak ta za barem, prawda, K
l
oss?
-

zwrócił się do
kolegi.

Mężczyzna zwany K
l
ossem coś mruknął i potakująco ski
nął głową. Odwróciłem się i
spojrzałem na wysus
zoną ko
bietę przy ladzie. Mogłaby grać w horrorach albo pozować
malarzom pragnącym ożywić motyw tańca śmierci.

-

Ja pamiętam jedynie tych, co wiszą mi kasę
-

powie
dział K
l
oss i pacnął dłonią w bok
automatu, jakby poklepy
wał najlepszego kumpla.

Trafiłem
nawet do pobliskiej siłowni, ale faceci z rozroś
niętymi karkami z większą
czułością darzyli wyciskane żela
stwo niż dziewczynę ze zdjęcia. Słowem nic. W mieszkaniu
ofiary także nie natrafiłem na cokolwiek, co mogłoby skiero
wać śledztwo na właściwe tory.
Może stało się tak dlatego, że siostra zamordowanej dziewczyny posprzątała tam, gdy tylko
nasza ekipa skończyła swoją robotę.

Zanim zaparkowałem przed komendą, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Kupiłem
paczkę niebieskich cameli i dwie niepasteryzowane
perły. Z ciekawości zerknąłem na płytę
zatytułowaną
Muzyka do samochodu
,
wypełnioną lu
dowymi i biesiadnymi przyśpiewkami.
Idealny prezent dla najgorszego wroga. Tak powinni ten szajs reklamować. Flaga przed
budynkiem, który dzieliliśmy z dziarskimi chłopc
ami i dziewczętami z Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego, smętnie powiewała targana przez wiatr. Na parkingu
natknąłem się na dwóch policjantów, których znałem z widze
nia. Przywitaliśmy się bez słów.
Kolejny raz tamtego dnia zaczęło siąpić. Otarłem krople

deszczu z czoła, a policjanci
rozpłynęli się w mroku niczym duchy.

Przełom w sprawie nastąpił, gdy ponownie przejrzałem zdjęcia wykonane po
zabójstwie. Cholera, oglądałem je po raz trzeci i dopiero zauważyłem to, co powinienem
zoba
czyć od razu. Śledztwo
znów ruszyło z impetem. Aspirant Kulesza zachowywał się jak
zwierzę, które poczuło krew. Innym także zależało na zamknięciu sprawy. W wydziale
zabójstw komendy wojewódzkiej w Katowicach atmosfe
ra poprawiła się, gdy odszedł
naczelnik Kościuk. Chuj mu na gr
ób, jak śpiewał jeden z wokalistów rockowych. A już z
pewnością nie kwiaty. No właśnie. Swoją drogą, kto by po
myślał, że egzotyczny bukiet
doprowadzi nas do sprawcy.

-

Przyznał się?
-

zapytałem Kuleszę.

-

Gdyby tak było, zadzwoniłbym do ciebie. Mógłbyś ob
serwować, co dzieje się w
Smoleńsku.
-

Aspirant przygryzał końcówkę długopisu.

Na jego głowie pojawiły się pierwsze oznaki siwizny. Wyglądał tak, jakby w krótkim
czasie postarzał się o kilka lat. Wolałem nikogo nie pytać, o ile sam się postarzałem w ciągu

ostatniego roku. A na mnie czekał niewinny anioł o oczach... Jak to było?
O

oczach jak z
japońskiego filmu.

Gdy wszedłem do pokoju przesłuchań, nawet na mnie nie spojrzał. Siedział zgarbiony,
przytrzymując jedną dłonią

drugą, zaciśniętą w pięść, jakby prz
ymierzał się do za
dania ciosu.
Mógł być nieco wyższy ode mnie, ale był znacznie szczuplejszy. Z dokumentów wiedziałem,
że stu
diował w Akademii Górniczo
-
Hutniczej, ale zawalił ostatni rok i wrócił do Katowic.
Utrzymywali go rodzice. To nor
ma w naszych cz
asach. Sam starałem się uciec z domu
najszybciej jak mogłem. Rodzina nie kojarzyła mi się zbyt dobrze.

-

Zapalisz?
-

Wyciągnąłem w jego kierunku camele. Cisza. Jak podczas kazania w
kościele albo w muzeum

sztuki nowoczesnej.

Są różne metody przesłuchań. Od

kilku lat wszyscy pod
niecają się techniką wywiadu
kognitywnego opracowaną przez speców z FBI. Na każdej policyjnej konferencji nazwi
ska
Ronalda Fishera i tego drugiego, Edwarda Geiselmana, twórców tych czarodziejskich
sztuczek, wymieniane są z czcią i s
tosowną nabożnością. Pobudź pamięć przesłu
chiwanego,
poproś, by opowiedział to samo, ale od końca, wywołaj skojarzenia z czymś, co zna.

Dobra. Wiem to wszystko. Ale i tak uważam, że najlepsze są stare metody. W muzyce
jest blues i niczego lepszego nie wym
yślono. A podczas przesłuchania papieros, który
pozwala nawiązać kontakt z podejrzanym.

-

Bo widzisz
-

sięgnąłem do kieszeni
-

ja palę e
-
papierosa. Ale nie mogę nigdzie kupić
smaku, który by mi odpowia
dał. Zresztą co to za palenie...

Znów nic. Brak odzewu
.

Przysunąłem sobie krzesło i usiadłem koło chłopaka.

-

Była z prostownicą?
-

zapytałem cicho. Zaskoczony podniósł głowę, jakby ktoś dźgnął
go widel
cem podczas proszonej kolacji.

-

Że co?

-

O
, widzę, że jednak umiesz mówić!
-

Uśmiechnąłem się.
-

Siedziałe
ś taki ponury, że
pomyślałem sobie, że ty jakieś emo jesteś.
-

Bawiłem się paczką papierosów.
-

Moja żona

prosiła, bym cię zapytał, czy ta suszarka, którą wrzuciłeś do wanny, była z prostownicą.

Moja żona... Nie wiem, skąd przyszło mi to do głowy. Może i b
y zapytała, gdyby nie
wypadek samochodowy, któ
ry zdarzył się prawie dwadzieścia lat temu. Niedługo, myśli
przebiegały mi przez głowę, będzie piętnasty i jak każdego miesiąca pojadę złożyć kwiaty.
Kilka lat temu oznakowali to miejsce ze względu na dużą lic
zbę wypadków. Czarny punkt.
Gdy zdarzył się wypadek, nikt o tym nie myślał...

-

Ja tego nie zrobiłem!
-

Chłopak podniósł głos.
-

A pan
-

spojrzał na moją wymiętą
marynarkę z łatami na łokciach
-

nie wygląda na takiego, co ma żonę! Zresztą pewnie
niewiele p
an ma...
-

W jego głosie zabrzmiała nutka szyderstwa.

-

Posłuchaj, synku
-

wycedziłem.
-

Może i niewiele mam. Za to ty masz cholerne
kłopoty. Wdepnąłeś jak śliwka w gówno. Szansa, że poprawisz swoją sytuację, jest bliska
zeru. Chyba że się przyznasz.

-

Ja
tego nie zrobiłem
-

powtórzył jak katarynka.

-

Ależ zrobiłeś.
-

Odłożyłem camele na stół i sięgnąłem po elektronicznego papierosa.
Ciekawe, czy jego też wymyślili Fisher z tym drugim?

-

Popełniłeś jednak dwa błędy
-

ciągnąłem.
-

Pierwszy polega na tym, że
postanowiłeś
użyć suszarki. Tymczasem dziewczyna nigdy jej nie używała. Drugi błąd jest poważ
niejszy.
Nie zabrałeś ze sobą kwiatów.

Uniósł głowę i spojrzał mi w oczy.

-

W pierwszej chwili, gdy zobaczyłem kwiaty na zdję
ciach, zignorowałem ten szczegół.
Al
e później coś mnie tknęło. Sprawdziliśmy, że dziewczyna nie miała imienin, urodzin, nic
szczególnego nie wydarzyło się u niej w pra
cy. Nie dał jej tego bukietu na przeprosiny
chłopak, z któ
rym niedawno zerwała. Zresztą to nie były zwykłe kwia
ty. Żadne t
am róże czy
tulipany. To był niezwykły bukiet od niezwykłego młodzieńca dla niezwykłej dziewczyny,
prawda?

Zagryzł wargi i zacisnął pięści. Wpatrywał się we mnie w napięciu.

-

Cóż więc tam mieliśmy?
-

Otworzyłem teczkę i wyszu
kałem odpowiednią notatkę.
-

Kombinacja protei, liście fatsji i palmy, leukodendron... A, jeszcze anturium Andreego. Swoją
drogą
-

sapnąłem
-

kto wymyśla te straszne nazwy? Wyszukana kombinacja z Południowej
Afryki i Australii. Nie ma co
-

uniosłem głowę
-

postarałeś się. Wykosztowałe
ś się bardziej
niż na bilety do multipleksu.

Usta chłopaka drżały. A po chwili zaczęło trząść się jego całe ciało.

-

Nie doceniła tego
-

szepnął.
-

Ani tego, że protea zaczy
na się literą taką samą jak jej
imię, a anturium...

-

Nie, no chyba nie mówisz pow
ażnie, tak to wymyśliłeś?
-

Nie mogłem powstrzymać
się od uśmiechu. Ciekawe, jak zareagował Kulesza, który obserwował wszystko zza
fenickiego lustra.

Adam Szyszko zerwał się z krzesła. Na twarzy chłopaka pojawiły się rumieńce.

-

Nie ma pan prawa się ze mni
e śmiać! Przyszedłem do niej z kwiatami, znaliśmy się z
widzenia... Popchnąłem ją i wtedy upadła... To był wypadek! Ja naprawdę nie chcia
łem!

Jak wstał, tak teraz równie gwałtownie usiadł. Zgarbił się i ukrył twarz w dłoniach.
Podszedłem do okna. Na parki
n
gu ktoś bez powodzenia próbował odpalić samochód. Po
chwili się poddał. Całym ciężarem wsparłem się na poręczy krzesła, aż zaskrzypiało.

-

To teraz ja ci opowiem, jak było.
-

Starałem się pohamo
wać gniew.
-

Popchnąłeś ją, a
gdy upadała, uderzyła o coś g
łową. Leżała bez oznak życia, a ty zastanawiałeś się, co zro
bić.
Ludzie w takich razach tracą głowę, ale ty do nich nie należysz. Pomyślałeś, że sprawy zaszły
za daleko, że musisz się jakoś ratować, zatrzeć ślady. Przyszła ci na myśl suszar
ka. Ale u niej

w łazience nie mogłeś znaleźć, a czas uciekał...

Sięgnąłem po e
-
papierosa.

-

No więc co robisz? Wracasz do siebie, na siódme pię
tro, pewnie schodami, bo
szybciej, a poza tym nie chcesz ryzykować, że ktoś spotkany w windzie cię zapamięta.
Bierzesz suszark
ę, zbiegasz na dół. Wypełniasz wannę wodą. Przechylasz ciało nad brzegiem,
a przy okazji widzisz, że dziewczyna naprawdę była piękna. Zanurzasz ją... Będzie wyglądało
tak, jakby poślizgnęła się podczas suszenia wło
sów... I co się wtedy stało?

Popatrzył na

mnie. Już nie był niewinnym aniołem. Z jego spojrzenia bił chłód, który
mógłby zaintrygować speców od reklamy lodówek.

-

I

gdy ją zanurzasz, a może już wcześniej, czujesz, że Patrycja jednak żyje. Że
odzyskuje przytomność. Mogłeś zrobić wszystko, ale nie
dałeś jej szansy. Zabiłeś ją z zimną
krwią. Tu nie ma mowy o przypadkowej śmierci.

Podszedłem do biurka i włożyłem dokumenty do teczki.

-

Zastanawiałem się, dlaczego to zrobiłeś. Myślałem, że zadecydował strach przed
konsekwencjami, które mógłbyś ponieść.
Ale nie o to chodziło.

Pokręciłem głową.

-

Ona cię wyśmiała. Miała cię gdzieś. I twój bukiet też. Po
czułeś się poniżony. Tego nie
mogłeś znieść... Nawet dziś, gdy mówiliśmy o tych kwiatach, zareagowałeś gwałtownie, bo
przypomniałeś sobie, jakie upokorzeni
e cię spotkało.

Otworzyłem drzwi pokoju przesłuchań. Miałem dość.

-

A z tą suszarką to myślałeś, że jesteś jak profesor Moriarty albo jakiś inny geniusz
zła? Nie jesteś niezwykłym chłopakiem z niezwykłym bukietem kwiatów. Jesteś zwy
czajnym
mordercą. Wspom
inałem o błędach. Tylko kilka kwiaciarni w Katowicach mogło
przygotować tak egzotycz
ną wiązankę. A ty byłeś na tyle dumny ze swojego pomysłu, że
podałeś nazwisko, gdy składałeś zamówienie. Prawdziwe nazwisko.

Przeczesałem dłonią włosy na skroniach.

-

A po
tem nie zabrałeś tych kwiatów ze sobą. Gdybyś to zrobił, to tak jakbyś przyznał
się przed samym sobą do klę
ski. Tyle o tym. Aha
-

stałem już w drzwiach
-

jutro dosta
niesz
protokół, podpisz go. Tylko to może cię ocalić przed dożywociem.

Był środek nocy, a

ja wciąż nie mogłem zasnąć. Dwa piwa to na ogół idealny środek
nasenny. Ale nie tym razem. Zresztą nie powinienem się dziwić. Katastrofa samolotu, krótki,
ale intensywny trening z Kastoriadisem, po którym pozostały mi obolałe i posiniaczone
przedramiona,
oraz Suszarkowy Morderca.

Gdyby nie zbieg okoliczności, wszystko mogło potoczyć się inaczej. Przypadek sprawił,
że zadziałał efekt domina. Może gdyby nie ten drwiący uśmieszek wypisany na twa
rzy
dziewczyny, sprawy przybrałyby inny obrót. Gdyby chłopak nie

wyskoczył z tym, że nazwy
kwiatów mają coś wspólnego z imieniem... I gdyby był odporniejszy psychicz
nie i mniej
przewrażliwiony na swoim punkcie. Swoją dro
gą, kompletny obłęd.

Wstałem z łóżka i po raz pierwszy od kilku miesięcy zaj
rzałem do pokoju syna
.
Odkurzałem tam od wielkiego świę
ta. Może podświadomie chciałem ocalić w tej przestrzeni
coś, co kojarzyłoby mi się z jego obecnością. Młody już tu nie wróci. To pewne. Skończy
studia w Akademii Morskiej i zostanie na Wybrzeżu. Zresztą gdziekolwiek, byle

z dala ode
mnie. Morderca był w jego wieku. Może ta zbieżność mnie tak zaniepokoiła?

Za oknem ujadał pies. Wróciłem do siebie i kolejny raz włączyłem płytę z bluesowymi
standardami. Nie ma Boga na wiejskiej drodze. Tak, to prawda. Przed oczami mignę
ła mi

twarz zamordowanej dziewczyny. Pewnie nie ma go w ogóle. A jeżeli jest, nie należy do
moich sprzymierzeńców.


3

Nie wierzę w prawo serii. Jedyny wyjątek czynię dla seryj
nych morderców oraz płyt
Led Zeppelin, genialnych bez wyjątku. Są jednak tacy, którzy

uważają, że śmierć przycią
ga
śmierć. Że zmarła żona przywołuje do siebie męża. Że nie minie rok, a facet przygarnie do
grobu kobietę, nawet jeśli za życia wyzywał ją od najgorszych za przypalony

obiad.

W moim wypadku pogrzeb gonił pogrzeb. Tydzień temu n
a Wawelu pochowano
prezydenta. Nie do końca rozumia
łem tę kłótnię nad trumną, nie kibicowałem żadnej ze stron
debatujących nad miejscem pochówku pary prezydenckiej. Nie bardzo mnie to obchodziło. W
poniedziałek 26 kwietnia wziąłem udział w innej imprezie
funeralnej, która dotyczyła kogoś,
kogo znałem. I zapowiadała się mniej wystawnie. Nie miał to być więc Wawel, lecz cmentarz
komunalny w Kato
wicach przy ulicy Murckowskiej. Wyjąłem z szafy swoją je
dyną czarną
koszulę i jedyną czarną marynarkę. Próbowa
łe
m odnaleźć krawat, ale w końcu machnąłem na
to ręką. Rdzewiejącymi nożyczkami przyciąłem siwiejący zarost. Przejrzałem się w lustrze.
Facet w czerni. Mógłbym udać się na koncert gotyckiego rocka albo śpiewać
narcocorridos

w
Tijuanie. Brakowało mi tylko som
brera.

Starszy aspirant Kobro nie był moim przyjacielem, nigdy też razem nie pracowaliśmy.
Ale był z tej samej branży. Na
leżał do policjantów, którzy sami prochu nie wymyślą. Ale tacy
są podobno najbardziej potrzebni. Spektakularnym wyczynem Kobry było za
trzymanie ekipy
niszczącej zna
ki drogowe w Katowicach i narażającej budżet miasta na duże straty. Śledztwo
nazywano

B
-
16

, bo to właśnie znak zakazu zatrzymywania się złodzieje upodobali sobie
szcze
gólnie. Emocji w tym tyle, ile w dojrzewalni bananów. A
le w takich sprawach Kobro
był naprawdę niezły.

Ledwo wszedłem na cmentarz, natknąłem się na puszkę po piwie Rysy oraz butelkę po
wódce Biznesowa Cytryno
wa. Wprawdzie od kilku lat cmentarz był monitorowany, nie
przeszkadzało to jednak okolicznym menelom.
Przy
najmniej otoczony grobami człowiek nie
pije w samotności. A i na sztukę się napatrzy. Jeden nagrobek z wyrzeźbionym złamanym
drzewem, inny z garbatym aniołem, którym po
winni się zainteresować ortopedzi z
Konstancina pod War
szawą. Amatorom mocniejszy
ch wrażeń pozostaje kwate
ra N.N., gdzie
chowa się osoby o nieustalonej tożsamości. Kopnąłem w bok kolejną puszkę.

Krzysztof Kamil Kobro imiona zawdzięczał matce, wiel
bicielce polskiej poezji. Zginął
najgłupiej, jak można. Wy
szedł wieczorem z bloku wyrzu
cić śmieci. I już nie wrócił. Jeden
cios nożem w okolice serca załatwił sprawę. Ciało leżało koło kontenera przysypane
odpadkami. Dwie wersje zdarzeń konkurowały ze sobą. Według pierwszej zabójstwo miało
związek z podpaleniami samochodów na Śląsku. A aspir
ant zginął mniej więcej w tym
samym czasie, w któ
rym kilka przecznic od jego mieszkania płonął elegancki saab.
Konkurencyjna hipoteza głosiła, że zabójstwo było wynikiem zemsty. Ktoś w końcu wysypał
na ciało śmieci. Wiele wskazywało więc na osobiste porac
hunki. Ale kto mógłby chcieć
śmierci Kobry? Przecież nie złodzieje zna
ków drogowych. Płonące wozy łączono z
porachunkami mafijnymi, sprawą zabójstwa zajęli się spece od przestęp
czości
zorganizowanej. Specjalny nadzór nad śledztwem objął komendant śląskie
j policji. Ci od
mafii nie lubią, gdy zagląda się im w papiery, i potrafią być naprawdę niemili. Więc tam nie
zaglądałem. Ale mówiło się, że na razie błądzą jak dzieci we mgle.

W sumie nieważne jak było. Niewłaściwy człowiek zna
lazł się w niewłaściwym
mie
jscu o niewłaściwej porze. Przy
pomniałem sobie jedno z niewielu spotkań z B
-
16. Ksywa
ta przylgnęła do niego nieodwołalnie jak wizerunek króla

Jagiełły do banknotu stuzłotowego.
Kobro narzekał na pra
cę w policji, chciał odejść.

-

Skończę z tym i założę f
irmę ochroniarską. Krzysztof Kamil Kobro. W skrócie: KKK.
Prawie jak Ku
-
Klux
-
Klan.
-

Zaśmiał się.
-

Albo nie. Cobra. Pisana przez

C

.

-

A nie B
-
16?
-

zawołał ktoś wesoło.

Rozległ się śmiech. Kobro wzruszył ramionami, wstał od stołu i trzasnął drzwiami.
Po
dobno nawet złożył wymówie
nie, po czym w ostatniej chwili je wycofał. Takich opowieści
krążyło wiele, więc nie bardzo w nie wierzyłem.

W kaplicy ujrzałem trochę znajomych twarzy oraz kilka całkiem młodych i nieznanych,
za to w mundurach. Mignęła mi nawet
broda medyka sądowego Taranienki. Jego się nie
spodziewałem. W sumie przez dwadzieścia lat nazbierało się trochę pogrzebów. Kilka
hucznych, z salwami honoro
wymi. Kilka zaskakujących. Jak wtedy, gdy zmarły zażyczył
sobie
Highway to Hel
l
.
Albo gdy trumnę po
dczas ostatniej drogi eskortowało czterech
motocyklistów na harleyach. Widziałem zalanych w trupa grabarzy i ekipy z firm
pogrzebowych w garniturach tak drogich, jakby właśnie wyszli z bankietu w

Ritzu

.

Ze wspomnień wyrwał mnie kobiecy trzęsący się głos.

-

Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością.
Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Spojrzałem na drobną kobietę w czarnej woalce. Naj
wyraźniej matka Kobry lubiła nie
tylko polskich poetów. Ksiądz od
prawiający nabożeństwo nie pozostał dłużny.

-

Jesteśmy świadkami strasznych czasów, w których tra
gedia goni tragedię. A ich
znakiem wulkaniczny pył z Islan
dii spowijający Europę niczym żałobny całun.

Kulesza spojrzał na mnie i ciężko westchnął.

-

Podobno

rodzina zabroniła robić zdjęcia i kręcić filmy podczas pogrzebu. By nie
zepsuć tradycyjnej uroczysto
ści
-

szepnął.

-

No to nie zobaczymy się na Facebooku. Nie obejrzymy też B
-
16 na lawecie. Ani nie
usłyszymy księżulka.

Kulesza zaczął kasłać. Widziałem, ż
e z trudem powstrzy
muje się od śmiechu. Każdy z
nas w takich sytuacjach radzi sobie jak może. Byle nie zarazić się śmiercią. Najwyraźniej my
potrafiliśmy uporać się z tym tylko w ten sposób.

Pogrzeb przebiegał bez niespodzianek. Ciało złożono w grobie, ob
ok krzyża ktoś
położył policyjną czapkę. Ko
mendant odczytał pożegnalny list. Opisując bogatą karierę
zmarłego, nie zająknął się o schwytanych złodziejach zna
ków drogowych. Było uroczyście i
podniośle.

Podeszliśmy z Kuleszą do wdowy, by złożyć kondolencje
.

Kobieta otarła oczy chusteczką i przyjrzała mi się uważnie.

-

Pan się nazywa Heinz, prawda?

-

Tak.
-

Byłem zaskoczony.

-

Mąż wspominał o panu.

Pokręciłem głową.

-

Musi mnie pani z kimś mylić. Nie znaliśmy się zbyt dob
rze. Niezależnie od tego
proszę prz
yjąć wyrazy najgłębsze
go współczucia.

Widziałem tę kobietę po raz pierwszy. Chciałem jeszcze

o

coś zapytać, ale rozmyśliłem
się.

Gdy wracałem do samochodu, zaczęło padać. Spojrzałem w niebo. Ciężkie chmury
koloru brudnego metalu wisiały nad miastem. Ale n
a cmentarzu czekała mnie jeszcze jedna
niespodzianka.

Przy bramie stał mężczyzna, który patrzył w moją stro
nę. A raczej nie tyle patrzył w
moim kierunku, ile spoglą
dał wprost na mnie. Pomimo że rozpadało się na dobre

i

wzmógł się
wiatr, w jednej chwili p
oczułem, że robi mi się gorąco.
O

pomyłce nie mogło być mowy.

Jak to szło? Tragedia goni tragedię. Nieszczęście gna za nieszczęściem. Może jednak ci,
którzy mówią o prawie se
rii, mają rację? W tym momencie byłem gotów uwierzyć we
wszystko.

Zatrzymałem się
, żeby przyjrzeć się starszemu człowieko
wi. Wspierał się dłonią o
bramę cmentarza, jakby brakowa
ło mu sił albo jakby chciał tym gestem zagrodzić mi drogę.
Czułem, jak tężeją mi mięśnie, a twarz upodabnia się do maski pośmiertnej. Ktoś uciekający
przed de
szczem potrą
cił mnie, ale nie zwróciłem na to uwagi. W oddali zaszumiał
m
eleks
przewożący zapewne kolejną trumnę.

Zaraz wystawię cię w walkach psów, takiego szczękościsku dostałeś, powiedziałem
kiedyś do podejrzanego. Mógł
bym powiedzieć teraz to samo do
siebie.

Zrobiłem dwa kroki naprzód. Spojrzałem tamtemu w oczy, które były lustrzanym
odbiciem moich piwnych. Znajdował się na wyciągnięcie ręki, ale nie zamierzałem mu jej
podać. Napięcie mięśni nagle ustąpiło.

-

Cześć, Rudolf.
-

Usłyszałem lekko nosowy gł
os.
-

Chyba czas, byśmy wreszcie
porozmawiali. Na komendzie powie
dzieli mi, że tu cię znajdę.

Nie wytrzymałem.

-

Przyszedłeś tu, bo uznałeś, że podczas pogrzebu nic ci nie grozi? Że na cmentarzu nie
rzucę się na ciebie? Świt żywych trupów, co? A może powr
ót taty?

Józef Heinz, mój ojciec, którego ostatni raz widziałem czterdzieści lat temu, zamrugał
nerwowo i pokręcił głową, jakby chciał zaprzeczyć.

-

Co cię napadło? Mieliśmy przecież spotkać się na Wybrzeżu, na koncercie Krzyśka...

-

Ale nie dojechałeś.

Za
wiodłeś jak zwykle, chciałem dodać, ale się powstrzy
małem.

-

Zatrzymały mnie wtedy ważne sprawy.

-

A

wcześniej

ważne

powody

sprawiły,

że

zostawi
łeś rodzinę.
-

Podszedłem do
samochodu i otworzyłem

drzwi.

-

Zaczekaj!
-

Złapał mnie za rękę.
-

Daj mi pół god
ziny. Chciałem cię poprosić o pomoc
w pewnej sprawie.

-

Zwróć się do wróżki.
-

Wyrwałem mu się.
-

Jest tu taka w Katowicach, która wróży w
sprawach biznesowych i oso
bistych. Powiedz, że nazywasz się Heinz, a będziesz miał zniżkę.

Ruszyłem z piskiem opon.
Zbliżałem się do Osiedla Ty
siąclecia i wciąż nie mogłem
ochłonąć. Wiele razy zastana
wiałem się, jak będzie wyglądać nasze spotkanie po tylu latach.
Kreśliłem w głowie rozmaite scenariusze, a ten dzisiejszy był jednym z nich. A jednak nie
wytrzymałem. Puś
ciły mi nerwy. Nie byłem przygotowany na tę konfronta
cję. W innej
sytuacji zachowałbym się lepiej. A tak niewiele brakowało, bym się na ojca rzucił. Gazety
miałyby o czym pisać. Rodzinne porachunki na cmentarzu. Policjant pobił byłą gwiazdę
futbolu.

W ost
atniej chwili zauważyłem, że samochód przede mną hamuje. Nadepnąłem pedał i
czekałem na cud. Czułem, jak zarzuca mnie w lewo, a potem w prawo. Zatrzymałem się
kilkadziesiąt centymetrów za toyotą. Gdy kierowca przede mną ruszył, zobaczyłem na
bagażniku nale
pkę z napisem:

Dziki kraj

.

Nabrałem powietrza w płuca i skręciłem w lewo w kie
runku Tauzena. Wiedziałem, że
ten dzień mam z głowy. Za
dzwoniłem do firmy i powiedziałem, żeby dziś na mnie nie liczyli.

Pierwsza płyta Led Zeppelin nie przyniosła ukojenia.
Jimmy Page, mój ukochany
gitarzysta, jest mniej więcej w wie
ku mojego ojca, przemknęło mi przez głowę. Zacząłem
czy
tać
Wskrzeszenie umarłych
,
kryminał austriackiego pisarza Wolfa Haasa. Nie mogłem się
skupić i cisnąłem książkę w kąt. Wskrzeszenie umarłyc
h. No właśnie. Wszystkie myśli
krążyły wokół spotkania z Józefem Heinzem. Emocje powoli opadały. Zacząłem się
zastanawiać, dlaczego tak nagle się pojawił. Wspomniał, że ma do mnie jakąś sprawę.
Ciekawe, o co mogło chodzić. Może młody coś wie? Ostatecznie t
o on nawiązał kontakt z
dziadkiem. Wybrałem numer telefonu

syna i jak zwykle zderzyłem się ze szczebioczącym
głosem dziewczyny nagranym na sekretarkę.

Czteropak perły nie pomógł mi zasnąć. Wyszperałem w szufladzie środki nasenne.
Bezsenność sprawiła, że mo
je ciało przemieniło się w chodzące laboratorium chemiczne.
Połączenie alkoholu ze stilnoksem niemal mnie kiedyś zabi
ło. Lunatykowanie i wykonywane
w środku nocy telefony, o których później nie pamiętałem, to w takich sytuacjach norma.
Drobne skutki ubocz
ne. Od pewnego czasu sypia
łem lepiej, rzadziej sięgałem po prochy, a
już z pewnością nie po tak mocne jak kiedyś.

Gdy w końcu zasnąłem, przyśnił mi się uśmiechnięty mężczyzna. Trzymał małego
chłopca za rękę i szedł z nim przez puste boisko piłkarskie. Wol
ną dłonią machał do ko
goś
siedzącego na trybunach.

Obudziłem się w środku nocy.

Chyba krzyczałem przez sen. W pobliżu nie było jednak nikogo, kto mógłby to
potwierdzić.


4

Drzwi gabinetu naczelnika wydziału zabójstw Pawła Gawlika jak zwykle były otwarte.
Szelest papieru i przekłada
nych dokumentów to najczęstszy dźwięk, jaki dobiegał z jego
pokoju. Nowy szef stanowił przeciwieństwo swoje
go poprzednika, wielbiciela armwrestlingu
skupionego na pomiarach obwodu bicepsa. W siłowaniu się na rękę Gaw
li
k byłby z
apewne
bez szans nawet z moją sąsiadką eme
rytką. Filigranowy brunet nie miał w sobie nic z herosa,
uchodził natomiast za tytana pracy. Krążyła o nim legenda, że w ciągu wielu lat służby ani
razu nie był na zwolnieniu

lekarskim. W naszym fachu takie przypa
dki nie mają prawa się
zdarzyć.

Gdy więc Gawlik obją
ł schedę po tym kretynie Kościu
ku, na wszystkich padł blady
strach. Oczami wyobraźni widzieliśmy już dziesiątki kiepsko płatnych nadgodzin, śru
bowanie
wszelkich statystyk i bicie rekordów wykrywal
ności
oraz niekończące się, jak w szwedzkim
kryminale, zebrania. Na szczęście okazało się, że nowy szef wymaga poświęceń głównie od
siebie. My mieliśmy być po prostu w porządku. Ja byłem. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Nikt nie jest doskonały. Naczelnik nie prz
ypadkiem zwa
ny był Pawłem
-
Gawłem.
Bywało, że w tym człowieku łagod
nego usposobienia odzywała się dzika strona osobowoś
ci.
Zupełnie jak u doktora Jekylla, który przeistaczał się w pana Hyde'a. Wyprowadzony z
równowagi Pawe
ł
-
Gaweł strzelał seriami najwymy
ślniejszych przekleństw z szyb
kością
kałasznikowa. Wypalił tak kiedyś do dziennikarza z mikrofonem. Gdy zorientował się, że
wypowiedź idzie na żywo, uszło z niego powietrze. Machnął ręką, odwrócił się na pięcie,
burknął coś pod nosem i pozostawił reporter
a lokalnej telewizji w totalnym oszołomieniu.
Wpadka nie
mal kosztowała go utratę stanowiska, a Gawlik od tego cza
su przestał udzielać
wywiadów. Odbijał to sobie w swoim gabinecie.

Siedziałem naprzeciwko jego biurka z nogą założoną na nogę i zastanawiałem

się, w
jakim jest nastroju. Ważyły się losy mojego urlopu.

-

Mówisz: tydzień.
-

Gawlik nie patrzył na mnie. Skupił się, jak to miał w zwyczaju, na
przeglądaniu dokumentów.

-

Tylko tydzień.
-

Starałem się, by mój głos brzmiał prze
konująco.

-

Znów dzwonili

z centrali. Pytają, co robimy z tymi pod
paleniami samochodów. I o B
-
16 też pytali. Wiesz, jak to jest, gdy ginie policjant. Nie wydawali się usatysfakcjonowani
odpowiedzią.

Niedobrze. Robi się gorąco. Zabagnione śledztwa doma
gają się wszystkich rąk na
p
okładzie.

-

Moim zdaniem te sprawy się nie łączą.
-

Podrapałem się po nieogolonym policzku.
-

Jeśli chodzi o podpale
nia, mówiłem ci, jakie jest moje zdanie. To zabawa spryt
nych
małolatów, a nie żadna mafia. B
-
16 miał po prostu

pecha...

-

Pecha to będziem
y mieć wszyscy, Hipis
-

przerwał mi. Mógłbym wyłysieć, a i tak do
śmierci będą nazywać mnie

Hipisem. Już nawet nie pamiętam, skąd się ta ksywa wzięła. Ale
zawsze mogło być gorzej. Na przykład gdyby nazwali mnie B
-
16.

Poruszyłem się niespokojnie. Mógłbym po
wiedzieć Gawlikowi, że są inne sposoby,
bym dopiął swego. Mógłbym udać się do szpitala psychiatrycznego na trzymiesięczne
leczenie. Należy się skołatanym nerwom profilera. I jeszcze dostawałbym za to kasę. Grubo
ponad stówę dziennie. Je
dzenie marne, ale m
ożna sobie dokupić. Niby to szpital
psychiatryczny, ale tak naprawdę nikt nie kontroluje tego, co robisz. Sklep w pobliżu, browar
pod ręką. Żyć nie umierać. Mogłem to wszystko powiedzieć, ale nie zrobiłem tego. Zbyt
długo się znaliśmy, bym podchodził go w
taki sposób. Poza tym groziła mi seria przekleństw.

-

Potrzebuję tego tygodnia. Mam kilka spraw rodzin
nych...

Gówno prawda. Nie miałem nic do załatwienia. Ojciec ni
czym duch objawił się na
cmentarzu, a po tym spotkaniu znikł bez śladu. Minęły dwa dni, a
on nawet telefonicz
nie nie
spróbował się skontaktować. Było to nawet nieco dziwne. Gdybym był na jego miejscu,
przynajmniej bym zadzwonił. Na Wybrzeże do młodego nie miałem po co je
chać. Nie byłem
powabną dziewczyną, tylko starzejącym się ojcem, więc rac
zej nie przyjąłby mnie z
otwartymi ra
mionami. Widocznie u Heinzów niechęć do rodziców dzie
dziczy się
genetycznie. Paweł
-
Gaweł nie musi jednak tego

wiedzieć. A na Śląsku rodzina to rzecz
święta. Nawet w tak bezbożnym miejscu jak komenda policji.

Naczelnik

oderwał wzrok od papierów i popatrzył na mnie przeciągle. Przejrzał mnie.
Byłem tego pewien.

-

Dobra, Hipis
-

powiedział w końcu.
-

Najwyżej tydzień, okej?

Prawie chciałem przybić mu piątkę.

-

Ale zanim udasz się na urlop, wyświadcz mi pewną przysługę.

-

Zamieniam się w słuch.

-

Słyszałem, że twój zespół ma teraz próby w Sosnowcu.

-

Nie wiedziałem, że lubisz bluesa. A w dodatku, że jesteś naszym fanem! Tak, to
prawda. Próbujemy w Sosnowcu.

-

Tak w ogóle nazywacie się jakoś? Od nikogo nie mogłem się dowiedz
ieć.

-

Killing Floor.

-

Killing Floor?
-

Skrzywił się.
-

Co to jest?

-

Nie wiesz? To więzienny oddział, na którym przetrzymu
je się najgroźniejszych
przestępców. Chcesz śpiewać u nas chórkach czy jak?

Tym razem wpatrywał się w ekran laptopa.

-

Mamy problem

z bin Ladenem.

Sięgnąłem po e
-
papierosa. Wreszcie udało mi się kupić liquid o smaku moich
ulubionych chesterfieldów.

-

Z tego, co się orientuję, z bin Ladenem mają kłopot przede wszystkim Amerykanie. I
to prawie od dziesięciu lat.

-

Nie o tego, kurwa, mi
chodzi.
-

Paweł
-
Gaweł najwyraź
niej zaczął tracić cierpliwość.
-

Stanisław Cieślak. Pamiętasz takiego?

Przytaknąłem. Trudno było zapomnieć. Prawdziwych frików się pamięta. Cieślak był
chemikiem, pracował na Poli
technice Śląskiej. Specjalista od radioizoto
pów
wykorzystywanych w górnictwie do odkrywania złóż rud metalu i pa
liw kopalnianych. Albo
czegoś podobnego. Nie znam się na tym.

-

Więc pewnie kojarzysz, że kłopoty z Cieślakiem pojawi
ły się, odkąd zaczął grozić
rzecznikom patentowym, którzy jak utrzymy
wał, ujawnili konkurencji tajemnice jego
przełomowych odkryć. Zdziwaczał, wywalili go z uczelni, zapuścił brodę jak bin Laden albo
Rasputin, a potem zaczął konstru
ować ładunki wybuchowe. Nasi pirotechnicy twierdzili, że
facet ma fach w ręku. Wybitny talen
t...

-

Aż wreszcie postanowił wysadzić kamienicę, w której mieszkał
-

przerwałem mu.
-

Twierdził, że jest szykanowa
ny przez mieszkańców.

-

Właśnie wyszedł na wolność. I wraca na stare śmieci. Dawni sąsiedzi podobno grożą
mu linczem.

-

Dlaczego my mamy się

tym zająć? Przecież to sprawa tych z Sosnowca...

Gawlik spojrzał znad ekranu. A potem zanurkował pod blat biurka i zaczął grzebać w
szufladach.

-

Owszem, to jest ich sprawa.
-

Stęknął i wynurzył się na powierzchnię.
-

Ale to ty
zatrzymywałeś bin Ladena. B
ę
dziesz tam, więc pogadaj z ludźmi, z nim też, jeśli go spo
tkasz.
Może cię jeszcze pamięta. A może nawet serdecznie wspomina.
-

Uśmiechnął się.
-

Obiecałem chłopakom z So
snowca, że ich wspomożemy. Oni też nam pomagają.

Jasne. Na Śląsku rodzina to napraw
dę rzecz święta. Poli
cyjna rodzina też.

Wzruszyłem ramionami. Wstałem. Negocjator ze mnie mniej więcej taki jak z
Brudnego Harry'ego. Ale jak mus, to mus.

Była siedemnasta, gdy znalazłem się w Sosnowcu na ulicy Głogowskiej, pod
czynszówką, w której mieszk
ał bin Laden. Przyjechałem z Katowic znacznie wcześniej.
Zostawiłem gi
tarę w bagażniku i tak jak miałem w zwyczaju, udałem się do baru na
Sienkiewicza, który reklamował się największym burrito w mieście. Wprawdzie

El Mexico


sąsiaduje z zakła
dem pogrzeb
owym, ale nigdy nie psuło mi to apetytu.

Dom na Głogowskiej wyróżniał się czerwoną wyszczer
bioną cegłą i poszarzałymi od
sadzy talerzami anten sateli
tarnych. Miejsce, jakich wiele. Obok sklep z tanią odzieżą i punkt
sprzedaży telefonów komórkowych. Metal
owa buda z hamburgerami i watą cukrową,
delikatesy

Szarotka

, a kilkaset metrów dalej multipleks

Pla
z
a

. Zaściankowość miesza się
z nowoczesnością, jak wszędzie. W pobliżu blokowisko upstrzone krzywym liternictwem.

Łowcy hanysów

. Przestroga kibiców pił
karskich skierowana do innych fanów futbolu.
Byłem pewien, że także mieszkańcy kamienicy pozo
stawili swoje ostrzeżenie bin Ladenowi. I
nie pomyliłem się.

Nawet ślepy zauważyłby to mieszkanie. Na drzwiach po
malowanych na czarno ktoś
białą farbą zrobił nap
is:

Wypierdalaj!!!

. Więcej wykrzykników się nie zmieściło.
Zapukałem. Żadnej reakcji. Zastukałem ponownie. Tym razem rozległ się szelest, tyle że po
przeciwległej stronie. A potem otworzyły się drzwi naprzeciwko.

Mężczyzna w siatkowanej koszulce na ramią
czkach, na
zywanej niekiedy żonobijką,
mrużył oczy pod zrośniętymi krzaczastymi brwiami.

-

Czego tu? Pierdolona opieka społeczna?
-

Trudno było potraktować te pytania jako
znak pokoju.

Nie wdawałem się w dyskusję. Wyjąłem policyjną blachę.

-

A więc nawet p
sy go bronią!
-

Podrapał się po owłosio
nej klacie.
-

Niech tylko
skurwysyn się tu pokaże, a skończy z siekierą w plecach. Chcieliśmy wysmarować mu drzwi
gównem, ale cuchnęłoby na całą kamienicę.

Patrzyłem w przekrwione złe oczy. Skądś znałem tego fa
ceta.

Ale skąd? Zresztą jakie to
ma znaczenie.

-

Jeśli Cieślakowi spadnie włos z głowy, tobie pierwsze
mu dobiorę się do dupy. Masz
to u mnie
-

powiedziałem spokojnie.

-

Grozisz mi? Na tym polega wasza jebana sprawiedli
wość.
-

Jego szyja pokryła się
czerwonymi

plamami.
-

Ale załatwię gnoja! Załatwię!
-

dyszał.

-

On tu nie wróci.
-

Zza pleców mężczyzny odezwał się kobiecy głos. W drzwiach
stanęła potężna blondynka o nie
naturalnie jasnych dłoniach. Dopiero po chwili dotarło do
mnie, że jej ręce były pokryte mąką
.
-

Coś panu powiem
-

wycedziła.
-

W bloku naprzeciwko
mieszkał asfalt. Czar
nuch. I co? Już nie mieszka
-

ciągnęła z satysfakcją.
-

Pora
dzili sobie z
nim. I z tą jego białą lafiryndą, znam ją zresztą. I z tym małym bękartem też. To my sobie z
jednym pomy
leńcem nie damy rady? Pogonimy gnoja!
-

Klasnęła w dło
nie. Mgła z mąki
wzbiła się w powietrze niczym dym na koncercie Scorpionsów.

Zszedłem na dół. To nie może zakończyć się dobrze. Facet jest załatwiony. Ten psychol
z naprzeciwka i jego upiorna żona nie
odpuszczą. Fajna parka. Jak Bonnie i Clyde. Nie
opuszczała mnie myśl, że gdzieś już kiedyś widziałem tego mężczyznę.


*

Ludzie różnie wykorzystują urlop. Najgorsi są ci, którzy każ
dą godzinę muszą mieć
zaplanowaną z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i wielok
rotnie omówioną z towarzyszami
tego wątpliwego wypoczynku. I nigdy nie rozstają się z tele
fonem komórkowym ani
laptopem, a przy tym podają nie
skończoną liczbę wymówek, dlaczego muszą być podpięci do
sieci. Inni odrabiają w tym czasie domowe zaległości: s
przątają miejsca i tak lśniące
czystością albo naprawiają meble i przekonują, że udręczona mina bierze się z bólu ko
lana
albo kontuzji stawu biodrowego. Są i tacy, którzy pod
czas urlopu realizują swoje
postanowienia noworoczne. Na przykład odchudzają się
. I raz w tygodniu, jeśli byli dzielni

i
wytrwali, przyznają sobie nagrodę. Centymetr kwadrato
wy czekolady, niskoka
l
oryczny
batonik lub coś równie ab
surdalnego. Są wreszcie tacy, do których urlop w ogóle nie pasuje.
Taki Gawlik na pewno porządkuje wtedy
akta. Spra
wy rozwiązane, nierozwiązane i
zamknięte oraz te w toku. Albo według innego klucza. Ktoś opowiadał mi, że naczel
nik jest
fanem surfingu, ale brzmiało to jak gadka pijaka fantasty spod budki z piwem.

Na szczęście z nikim nie musiałem uzgadniać s
wojego urlopu. Nie miałem też nic do
naprawienia. Nic z wyjątkiem mojej głowy.

Czułem się, jakby zwaliło się na mnie kilka ton żelastwa. Nie mogłem spać, a jeśli już
zasnąłem, męczyły mnie kosz
mary. Ciało mężczyzny przywiązanego do drzewa i
rozszarpanego
przez dzikie zwierzęta. Odcięta głowa staruszki ukryta w pralce. Takie historie
zdarzają się nie tylko w fil
mach. Ostatnio we śnie zobaczyłem policjantkę z Warsza
wy, która
pomagała mi przy dwóch sprawach. Chorowała na raka. Szans
e
, że z tego wyjdzie, był
y małe.
Prawie żadne. Z równym prawdopodobieństwem zostanę Misterem Universum. Ale telefon
od chłopaków ze stolicy milczał. A mieli mi dać znać, jeśli zdarzy się najgorsze. Nie mogłem
też wykluczyć, że zapomnieli. Wolałem jednak tego nie spraw
dzać. W ciąg
u dnia nie było
lepiej, moją głowę odwiedzali nieproszeni goście. Kilka tygodni temu, gdy wychodziłem z
McDonalda, natknąłem się na wycieczkę uczniów z pod
stawówki. Przed oczami mignęła mi
poważna twarz chłopca ze zdjęcia do szkolnej legitymacji. Przez te

wszystkie lata flashbacki
towarzyszyły mi niczym cienie. Milczące wyrzu
ty sumienia. Chłopiec zniknął podczas
białego tygodnia. Wracał z kościoła w jasnym garniturze i ślad po nim zagi
nął. Nie
rozwiązaliśmy tej sprawy. Wielu innych też nie. Może zbliżał
się wielkimi krokami ten
moment, gdy ciało jeszcze nie odmawia posłuszeństwa, ale w głowie następuje zwarcie.

Wielu się w takich chwilach wycofywało. Nie mogłem tego zrobić. Ale za moją decyzją
nie przemawiał żaden he
roizm niezłomnego gliny.

Sam w czterec
h ścianach nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić. Z pewnością bym
zwariował. A skoro tak, wolałem oszaleć przy robocie.

Podczas urlopu naprawiałem więc głowę. Chodziłem na treningi do Kastoriadisa. Grek
wynajął pomieszczenie, które miało być nową salą trening
ową. Mieszkanie ma być
mieszkaniem, a
dojo

to ma być
dojo
,
mruczał pod nosem. Jeździłem więc na ulicę Wodną,
mijałem sklep akwarystyczny dla profesjonalistów oraz kilka ruder, a potem wchodzi
łem w
bramę ozdobioną napisem:

Ryży
-

persona non grata

. Cieka
we, o kogo chodziło? Lambros
Kastoriadis nie był zadowolony z moich postępów, chociaż dawałem z siebie wszystko i
wylewałem litry potu. Czasami traci
łem wiarę, że doczekam się kiedyś pochwały. Myślałem,
że może zwyczajnie się do karate nie nadaję i powini
enem zająć się czymś spokojniejszym.
Na przykład nordic walkingiem. A potem zaciskałem zęby i ćwiczyłem ze zdwojoną energią.

-

Wstyd przynosisz swojemu senseiowi
-

zamruczał.
-

Gdzie twoje mięśnie
wewnętrzne? Bez nich będziesz jak te wygolone uliczne cybor
gi. Jak złocona rama, z której
wyję
to obraz.

Taki z Kastoriadisa poeta, jaki ze mnie karateka.

Na gitarze też nigdy nie będę grał jak Alvin Lee. Ale na koncercie w Sosnowcu daliśmy
czadu. Szkoda, że widziała to tylko garstka znajomych.

Sekcja rytmiczna mi
ała niespożytą energię i przypomi
nała serce długodystansowca.
Miałem też swoje pięć mi
nut, gdy przyszła pora na
Al
l

Along the Watchtower
.
Nasza wersja
nie brzmiała kameralnie, jak u Dylana, ani nie była technicznym popisem, tak jak u Hendrixa.
Wybraliśmy

coś pomiędzy.

There must be some way out of here, said the joker to the thief

2
,
nuciłem cicho, a gitara
strzelała trzema delikatnie przesterowanymi akordami. Gdy kończyliśmy ostatnią zwrotkę,
wydało mi się, że do klubu wszedł mój ojciec. Nie
czysto trafi
łem w struny. Zamrugałem
oczami i duch znikł. Zarobiliśmy na naszym graniu tyle, że starczyło na kilka piw na głowę.

Gdy wróciłem do domu, w skrzynce czekał list. Moje na
zwisko wypisane było
drukowanymi literami, stempel pocz
towy rozmazał się, nie było n
adawcy. Dokładnie
obejrzałem kopertę pod światło. W takich wypadkach ostrożności nigdy dość. W końcu nie
wiadomo, kiedy człowiek trafi na swojego Unabombera. Otworzyłem przesyłkę nożem i
delikatnie wyjąłem dwie kartki złożone na pół. Pierwszy list napisano

na komputerze.
Zobaczyłem podpis. Promile wyparowały z mojego ciała w jednej sekundzie. Zacząłem
czytać.


Drogi Rudolfie,

spodziewałem się, ze nasze spotkanie po latach przebiegać będzie inaczej. Być może nie
powinienem zjawić się w ta
kim miejscu, ale Tw
oje zachowanie to także nie była Liga
Mistrzów. Może po prostu oczekiwałem za dużo. Nie będę się teraz usprawiedliwiał. I tak
pewnie nie chciał byś tego słuchać. Powiem Ci tylko, że wszystko miało być inaczej. Nie
chciałem Was zostawić. Stało się jednak ta
k, jak się stało. Załączam także drugi list, który
otrzymałem od Twojej Matki krótko przed jej śmiercią. Mam nadzieję, że trochę Ci wyjaśni i



2

Musi być stąd jakieś wyjście, powiedział błazen do łotrzyka
(ang.).

pomoże zrozómieć, że nie do końca jesteśmy panami włas
nego losu. Muszę się z Tobą
spotkać. Sprawa jest poważna. C
hodzi o czyjeś życie. Właściwie o czyjąś śmierć. Liczę na
Twoja pomoc i mam nadzieję, że tym razem mi nie odmówisz. Zadzwonię do Ciebie w
czwartek 3 maja. Na dniach przyjadę do Katowic.

Trzymaj się dobrze.


Pod listem widniał ukośny odręczny podpis: Józef
Heinz. Pod nim znajdowały się
numer telefonu oraz komputerowy dopisek:


Adres podał mi Twój syn. Krzysiek prosił, bym Cię po
zdrowił.


Przeczytałem list ponownie. I jeszcze raz. Ortografia ojca to z pewnością także nie była
Liga Mistrzów. W dodatku wciągał

młodego do gry i niedwuznacznie dawał mi do
zrozumienia, że mój syn trzyma jego stronę. Piwo w lodów
ce czekało wiernie niczym ostatni
Mohikanin. Zwlekałem z rozłożeniem drugiej kartki. Jeszcze kilka sekund i kilka kolejnych
łyków.

Matka napisała list odr
ęcznie. Dobrze znałem jej charak
ter pisma. Litery były drobne i
równe jak spod linijki. Spoj
rzałem na datę. Dwa miesiące później umarła. Nikt nie spo
dziewał
się jej śmierci. Przyszła nagle, we śnie. Być może to był ostatni list, jaki napisała.


Józefie,

są rany, które się nie goją. Najpierw czułam gniew, potem upokorzenie. Nawet nie
wiesz, jak to jest, gdy idziesz z ma
łym chłopcem, trzymasz go za rękę, słyszysz szepty sąsiadów
i widzisz ich złośliwe uśmiechy. Zostawiłeś nas po pro
stu i Twoje intencje n
ie miały tu nic do
rzeczy. Rozumiem, że chciałeś zapewnić nam lepsze życie i ściągnąć nas do siebie. Rozumiem
też, że natrafiłeś na kłopoty nie do przezwycię
żenia. Piszesz, że takie były czasy. Pewnie tak.
Nie możesz zrozumieć, dlaczego później nie zdecyd
owałam się przyje
chać do Ciebie, mimo że
na to nalegałeś. Kiedyś Ty podjąłeś

decyzję, teraz ja podjęłam swoją. Nie mam wiele, ale nie
rzucę tego wszystkiego tylko dlatego, że tak chcesz. Powiem Ci coś, co może Cię pocieszy.
Moje rany się zagoiły. Nie na t
yle, bym zaczęła nowe życie, ale wystarczająco, bym mogła Ci
wybaczyć. Mam nadzieję, że Rudolf postąpi kiedyś podobnie.


List kończyły takie same drobniutkie litery układające się w podpis. Potarłem dłonią
czoło. To niemożliwe. Matka i oj
ciec utrzymywali
ze sobą kontakt. On ją namawiał do
wyjazdu? Nie, to niemożliwe. Zdawałem sobie sprawę, że się nie rozwiedli, ale nigdy nie
zapytałem matki dlaczego. Odkąd pamiętam, temat ojca nie istniał. Ilekroć matka wymieniała
jego imię, wpadałem w furię. Przebiegłem w
zrokiem ostat
nie zdanie.

Mam nadzieję, że
Rudolf postąpi kiedyś podob
nie

. Raz jeszcze spojrzałem na datę. Czy powinienem
potraktować ten list jako jej ostatnie przedśmiertne życzenie? Musiałem zagłuszyć myśli. A
potrafię to zrobić tylko w je
den sposób
. Złapałem kluczyki i pobiegłem do samochodu. Nie
powinienem w takim stanie prowadzić, ale miałem to gdzieś. Na najbliższej stacji
benzynowej chwyciłem pierw
szą lepszą zgrzewkę piwa i wróciłem do domu, szczęśliwie nie
rozjeżdżając nikogo po drodze.

Są ran
y, które się nie goją. Są i takie, które się ponownie otwierają. Bez browaru i
muzyki nie dałbym rady. Zresztą słuchanie bluesa w samotności przypomina trochę picie do
lustra. Z głośnika sączył się

Mississippi


John Hurt, a ja sączyłem piwo, byle doczekać

snu.
A jednak dwa listy, które wrzuciłem do szuflady, sprawiały mi ból, a piwo nie znieczulało.
Pomyślałem o młodym. Właściwie czym różni
łem się od Józefa Heinza? Wprawdzie nie
wyjechałem, nie zostawiłem syna z dnia na dzień, ale moja obecność była tylko

pozorem. Od
lat poruszaliśmy się po równoległych ścieżkach. Byłem zajęty ściganiem morderców i nawet
nie zauważyłem, kiedy zaczął szukać swojego pomysłu na ży
cie, w którym nie było dla mnie
miejsca. Ostatnio wprawdzie trochę się między nami polepszyło, a
le w każdej chwili mogłem
spodziewać się odpływu. W czym więc by
łem lepszy od ojca? Nie, nie byłem lepszy.
Zgniotłem pustą puszkę i rzuciłem przed siebie. Wstałem i podszedłem do biurka. Wyjąłem
złożoną na pół kartkę. Sięgnąłem po tele
fon i wybrałem zapi
sany na niej numer. W głowie
lekko mi szumiało. Poza tym czułem pustkę. Nie bardzo wiedziałem, co chcę mu powiedzieć.
Będzie, co będzie.

Usłyszałem komunikat sekretarki i rozłączyłem się. Nie wiem dlaczego, ale poczułem
ulgę.

Gdy zasnąłem, matka i ojciec n
ie opuścili mnie. Kobiecy głos wołał mnie z okna na
obiad. Gdzieś w oddali przeje
chała karetka na sygnale. Józef Heinz, otoczony gromadką
zachwyconych dzieciaków, odbijał piłkę o murek tak, że ani razu nie dotknęła ziemi.
Dwudzieste siódme odbicie, ósme,
dziewiąte. Pam, pam, pam...

Obudziło mnie walenie do drzwi. Przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, że
przyjechał ojciec. Spojrzałem na budzik stojący przy łóżku. Zbliżało się południe. Wstałem i
poszedłem otworzyć.

Wpatrywały się we mnie trzy pary wyst
raszonych oczu. Jedna należała do Kuleszy.
Dwie pozostałe do umunduro
wanych policjantów, którzy w rękach trzymali broń.

-

Chryste!
-

Kulesza wpadł do środka i rozejrzał się ner
wowo.
-

Nic ci nie jest?

-

Poza tym, że mam ciężkiego kaca, to nic
-

wychrypia
łem.
-

Ale wam coś się stało...

-

Nie można się do ciebie dodzwonić
-

przerwał mi.
-

Masz wyłączony telefon... A on
uciekł, rozumiesz, Hipis? Uciekł.

-

Kto?

Zanim zdążył udzielić odpowiedzi, już wiedziałem. Czu
łem, że prędzej lub później to
nastąpi.

-

Ur
baniak. Inkwizytor...

Poprosiłem Kuleszę i dwóch mundurowych, by usiedli. Więc samochód na sygnale mi
się nie przyśnił. Poszedłem

do łazienki i wsadziłem głowę pod kran z zimną wodą. Drżą

ręką umyłem zęby. Na tyle było mnie stać.

-

Jak to się stało?
-

O
sunąłem się w fotelu.

-

Uciekł z psychiatryka. To stało się w nocy. Na razie wie
my niewiele. W szpitalu
tłumaczą się, jak mogą, wiedzą, że pali im się koło dupy.

-

Jest weekend majowy... Pewnie mniej niż zwykle per
sonelu.

-

Prawie o połowę
-

przytaknął K
ulesza.
-

Poza tym In
kwizytora i kilku innych pojebów
przenieśli na pierwsze, gorzej strzeżone piętro.

-

Dlaczego?
-

Krople wody spływały mi po skroniach.

-

Bo jeden z tych prawdziwych czubów wpadł w furię. Zdemolował górę. A zanim ktoś
go powstrzymał, po
ciął się szkłem. Podobno była niezła jatka...

-

I Inkwizytor wykorzystał okazję.
-

Skrzywiłem się.

-

W jednym z okien były źle zamocowane kraty. Tamtę
dy wyskoczył. A kilka godzin
wcześniej wysiadł w budynku system monitoringu. Nie wiemy jeszcze, czy to zb
ieg
okoliczności, czy działanie Urbaniaka. W końcu był elektry
kiem, więc mógł...
-

Urwał.

Mógł. Mógł dużo. Były ksiądz. Elektryk. Seryjny morder
ca. Człowiek o rozlicznych
talentach.

-

Musi być stąd jakieś wyjście...
-

mruknąłem sam do sie
bie, przypomina
jąc sobie
piosenkę Dylana. Inkwizytor zna
lazł je i oddycha teraz świeżym powietrzem.

Jeden z mundurowych oglądał swój pistolet, jakby widział go pierwszy raz w życiu,
drugi wystukiwał coś w telefonie komórkowym. Napięcie opadło, więc dobrze się bawili. Ja
k
w szkolnej świetlicy.

-

Rozmawiałem już z szefem.
-

Kulesza spojrzał na poli
cjantów.

-

Mam kierować tą sprawą?

Aspirant milczał. Poprawił kołnierzyk koszuli, jakby coś go uwierało.

-

Co chcesz mi właściwie powiedzieć?
-

wycedziłem.

-

Gawlik chce, żebyś
się trzymał od tej sprawy z daleka.
-

Pewność siebie Kuleszy
gdzieś uleciała.
-

Tak mi powie
dział. Inkwizytor to prawdziwy wariat. A dlaczego? Bo tylko
prawdziwy czub ucieka z psychiatryka. Rozumiesz?

-

Nie bardzo.
-

Pokręciłem głową.

-

Uznali go za niepo
czytalnego, tak? Siedział w szpitalu.
I

tylko jeden powód mógł
sprawić, że zechciał uciec. Wiesz jaki?

Bez dwu zdań. Tym powodem byłem ja sam.

-

Gawlik pytał, czy nosisz broń.

-

Mój pistolet jest w magazynie.

-

Od tej chwili ma być twoją trzecią ręką. Coś
takiego po
wiedział. I jeszcze jedno. Abyś
nic nie robił bez jego wiedzy.

Nie słuchałem, co mówił dalej. Wreszcie wstali i poszli, a mój gniew falował jak surfer
na antypodach. Minęło już sporo lat od tamtego czasu, ale to ja rozpracowałem Urba
niaka.
Nikt

nie poznał go tak dobrze jak ja. Potrafiłem zro
zumieć, co myśli i jak czuje. Byliśmy
prawie jak mleczni bracia. A potem omal przez niego nie spłonąłem, gdy przy
wiązał mnie do
krzesła i rozpalił wokół ognisko niczym stos. I teraz tylko ja mogłem go złapa
ć. Ten dzień
musiał nadejść. Poczułem to, gdy trzy lata temu znów stanęliśmy twarzą w twarz.

Pomyśl,
gdzie jest twoja szubienica

, rzucił mi wtedy na pożegnanie.

Powiedział błazen do łotrzyka. Ciekawe, który z nas jest błaznem.


6

Piąty maja miał najwyraź
niej zapisać się w mojej biografii jako dzień spotkań na
szczycie, a te nie działają na mnie krzepiąco. Gdy jechałem do naczelnika, zadzwonił ojciec.
Po południu miał być w Katowicach. W porównaniu do na
szego pierwszego spotkania
zachowywałem się jak dypl
o
mata po wielkiej wojnie w Wersalu. Panowałem nad sobą i nie
poczęstowałem go tekstem w stylu

daję ci pięć minut


albo

nie chce mi się z tobą gadać

.
Usiądziemy przy stole, dlaczego nie? Może nawet zagramy w scrabble.

-

Tylko proszę cię o jedno
-

powied
ziałem, zanim się roz
łączyłem
-

nie serwuj mi
głodnych kawałków o ojcowskich uczuciach i tym, że przez całe życie o mnie myślałeś.

-

Nie zamierzam.

Dodał coś jeszcze, ale jego głos zagłuszył skowyt pędzącej karetki.

Naczelnik Gawlik też czegoś nie zamierz
ał. Nie chciał ustą
pić. Mógłbym przemawiać
do niego w stu językach świata, a i tak pozostałby nieugięty. Tym razem nie przekładał akt
ani nie gapił się w monitor. Patrzył takim wzrokiem, jakby chciał mnie przyszpilić do ściany.

-

Nie ma mowy, Hipis!
-

Ude
rzył otwartą dłonią w stół.
-

Powtarzam ci ostatni raz...

-

A ja ci ostatni raz powtarzam, że nie wiecie, z kim ma
cie do czynienia.
-

Z trudem
panowałem nad sobą.
-

Zo
bacz
-

starałem się uspokoić bicie serca
-

facet znika po latach
odsiadki u czubów. Mob
ilizujesz wszystkie siły, by go odnaleźć. Mija kilkadziesiąt godzin i
nic. O czym to świadczy?

-

O tym, że wszystko świetnie przemyślał. Miał mnóstwo czasu. Że może mieć
wspólnika w szpitalu i poza nim. Sprawdzamy to wszystko. Ale już gołym okiem widać, ja
ki
panował tam burdel.

-

A teraz pomyśl, że nikt mu nie pomagał. Może tak być? Nie wykluczasz tego. Ten
człowiek potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji, wtopić w otoczenie. Jest jak kameleon...

Nie dał mi dokończyć.

-

Wydaje ci się, że jako jedyny masz lic
encję i patent na Urbaniaka! Gość nie poruszał
się po ulicach dziewięć lat. To dużo, ale nie przesadzajmy. Poza tym nie był odcięty od
świata, wiedział, co się dzieje...

Nie wytrzymałem.

-

Za chwilę powiesz, że poruszyła go tak tragedia smoleń
ska. Tymczas
em...

-

Tymczasem ja tego nie kupuję, Hipis.
-

Gawlik wziął głę
boki wdech i pochylił się w
moim kierunku.
-

Z tego co wiem, odwiedziłeś go jakiś czas temu. I rzuciłeś się na nie
go.
O

co wtedy poszło?

Ludzi dobrej woli jest więcej. I zawsze znajdzie się k
toś, kto z czystej życzliwości na
ciebie doniesie.

-

Okazało się, że kibicujemy innym klubom
-

odparłem.
-

Stąd mała sprzeczka. Poza
tym chyba nie umył zębów, a ja nie lubię rozmawiać w tak niekomfortowych warunkach...

-

Dosyć, Heinz!
-

Filiżanka z kawą po
dskoczyła na biurku naczelnika.
-

Na razie
trzymasz się z daleka od tej sprawy! Zrozumiałeś? Tylko nie mieszaj się. Okej?

Zostałem odsunięty. Dalsza rozmowa nie miała sensu. Wstałem od biurka.

-

Mam nadzieję, że nie traktujesz mnie jako żywej przy
nęty. A
jeżeli przyjdzie ci do
głowy taki pomysł, powiedz to mnie pierwszemu.

Nie zareagował od razu. Ale moje słowa musiały podzia
łać jak bomba z opóźnionym
zapłonem. Przez zamknięte drzwi usłyszałem wiązankę przekleństw. Nie miałem
wątpliwości, w czyim kierunku

została rzucona. Sekretarka Gawlika skuliła się, jakby chciała
się uchronić przed nadlatują
cymi pociskami, a ja skwitowałem wszystko wzruszeniem
ramion.

Opuszczałem komendę z ciężkim sercem. Może dlatego, że pod lewą pachą trzymałem
glocka 17, który spra
wił, że moja waga wzrosła o jakieś osiemset gramów. Kompozycja ze
stali i polimerów była przykładem porządnej austriackiej roboty. Nie było to wymarzone
magnum 44, ale nie powinie
nem narzekać. I tak miałem więcej szczęścia niż ci, którym
przydzielono P
-
99
. Z glocka strzelało się celniej, był bronią o wiele trwalszą i niezawodną.
Tymczasem walther P
-
99 często się psuł. Czasami w najmniej odpowiednich momen
tach.
Tyle że lufy do tego pistoletu produkuje się w

Łucz
niku

, osławionej fabryce radomskiej.
Zachę
cano nas więc do noszenia felernego P
-
99, a dzięki takim decyzjom polski przemysł
zbrojeniowy mógł trwać w najlepsze. Odzwycza
iłem się od noszenia broni. Ale z pewnością
nie uwierała mnie tak jak krawat. Uzbrojony wyruszyłem na spotkanie z ojcem.

Umówiliś
my się w barze

Pod Siódemką


na Stawowej. Żaden luksus, ale nie było
powodu, byśmy spotkali się w bardziej eleganckim miejscu. Żarcie bezpretensjonalne, mało
wykwintne, ale smaczne. Zresztą facetowi, który żyje na mrożonkach, kebabach i big macach,
niewie
le trzeba. Klientów jak na lekarstwo. No i lubiłem zielone karteczki, na których
wypisywano menu. Wielokrotnie używałem ich do sporządzania notatek ze śledztwa.
Zamówiłem piwo i spojrzałem na zegarek. Najwyraźniej Józef Heinz, pomimo upływu lat, nie
nauczy
ł się niemieckiej punktualności.

Kończyłem tyskie, gdy się zjawił. Bez słowa podaliśmy so
bie ręce. Podszedł do baru i
zamówił piwo. Po raz pierwszy miałem możliwość przyjrzeć mu się uważnie. Był wyższy i
szczuplejszy ode mnie. Poruszał się sprężyście i mo
głem się założyć, że w biegu na sto
metrów miałbym kłopot, by z nim wygrać. Jednak na jego twarzy rysowały się wyraźne
oznaki starości. Świadczyły o tym głębokie bruzdy na czole i cienie pod oczami, które mogły
być zwiastunem choroby nerek. Siwizna na jego

skroniach była znacznie pełniejsza

niż u
mnie. Przemknęło mi przez głowę, że gdy osiągnę jego wiek, będę wyglądał podobnie. O ile
dożyję.

-

Co tu można zjeść?
-

zapytał, jakbyśmy spotykali się od lat.
-

Jestem potwornie
głodny.

-

Wszystko. Z wyjątkiem kot
nie jadłem.

Zdecydował się na tradycyjny obiad śląski.

-

Przepraszam za spóźnienie, ale jechałem przez Opole. Chciałem zobaczyć stare
śmieci. Nie mogłem sobie odmó
wić. Ale to, co ujrzałem...
-

Pokr
ęcił głową.

I zaczęło się. Że jego ukochana Odra Opole stacza się co
raz bardziej. Że zawodnicy
grają mecze na jakichś wiejskich klepiskach, a kibice skrzykują się, wywieszając z okien
prześcieradła z wypisanymi informacjami o najbliższym meczu. Że gdzie t
e dawne czasy, gdy
grał on, Gajda albo

Józek Klose.

-

Wiesz
-

patrzył na mnie
-

który to. Nie ci piłkarze i nie

ten doping.

Co gorsza, zaczął sobie przypominać stare kibicowskie pio
senki i zawołania. Jak to
szło? Wojciecha Tyca całuje w du
pę stolica. Nas
z Alfred Bolcek najlepszy napastnik w
Polsce. Znów w Opolu radość wielka, nasza Odra gra, tkwi jak za
wsze w nas nadzieja, że gry
koncert da. O, a to najlepsze: Ole, ole, ole, ole, Tyc Wojciech lepszy niż Pele.

-

Pamiętasz to wszystko, prawda? Mogę zapomni
eć imię mojej matki, a twojej babki,
ale piłkarskie przyśpiewki będę

pamiętał.

Obracałem szklankę z tyskim w dłoni. Chlusnąłbym mu w twarz, by ostudzić ten zapał,
ale szkoda mi było

piwa.

-

Nie. Nie pamiętam Wojciecha Tyca. Nigdy takiego nie aresztowałem.
A o piłce nożnej
nie mam pojęcia. Skutecz
nie mnie zniechęciłeś...

Podziałało. Uśmiech na jego twarzy zgasł. Nerwowo po
ciągnął kilka łyków.

-

Nie umawiasz się ze mną przecież po to
-

ciągnąłem
-

by opowiadać mi te głodne
sentymentalne kawałki. Przejdź
my
lepiej do rzeczy.

Odsunął talerz z roladą oraz kluskami i sięgnął do mary
narki. Wyjął zmięty wycinek z
gazety i podał mi go. Zdję
cie przedstawiało szczupłego chłopaka w reprezentacyj
nej
koszulce. Ramiona miał rozpostarte niczym Chrysus Odkupiciel na gór
ze Corcovado. W tle
zamazane, wypeł
nione kibicami trybuny. Domyśliłem się, że odpowiednio wykadrowaną
fotografię wykonano podczas grania hym
nu przed jakimś meczem, a po bokach zawodnika
stali inni piłkarze. Nad postacią widniał upiorny napis złożony ogro
mną czarną czcionką:

Rzucił się pod pociąg! Dlaczego to zrobił?

.

-

Poznajesz?
-

zapytał ojciec.

-

Nie. Nie wiem, kto to jest.
-

Odsunąłem zdjęcie.
-

Ale z pewnością nie było co z niego
zbierać.

-

Jacek Kos. Reprezentacyjny obrońca.
-

Na brodzie osa
dziły

mu się drobiny modrej
kapusty.
-

10 kwietnia popełnił w Warszawie samobójstwo.

Seria niefortunnych zdarzeń. Czarna sobota. Choć tego akurat dnia, przypomniałem
sobie Suszarkowego Morder
cę, mnie się akurat poszczęściło. Milczałem, czekając na ciąg
dalszy.

-

On grał tu, na Śląsku.
-

Józef Heinz odłożył sztućce.
-

A potem trafił do Niemiec. Grał
w Berlinie, później w Hano
werze. Zrobiło się o nim głośno. Wprowadziłem go do wiel
kiej
piłki.

-

Gratuluję.
-

Nie starałem się ukryć ironii.

-

Parę razy znalazł się

na życiowym zakręcie. Nie miał łatwo i nie był potulnym,
wzorowo prowadzącym się spor
towcem...

A ja nie byłem wzorowym gliną.

-

Ale samobójstwo... To nie w jego stylu...

-

Chcesz powiedzieć, że ktoś go wepchnął pod pociąg?

-

Oczywiście, że nie.
-

Odstawi
ł talerz.
-

Ale mam wiele powodów, aby przypuszczać,
że zdarzyło się coś nieocze
kiwanego. Kos miał robić licencję pilota podczas wakacji. Latanie
to była jego pasja.

-

Aktualnie to dość niebezpieczne hobby.

Nie słuchał mnie.

-

Nie wykupujesz kursu po to,

by się zaraz potem zabić! On był...
-

Głos uwiązł mu w
gardle.

Miałem dość. Wstałem gwałtownie. Kolanami trąciłem stolik. Szklanka z resztką piwa
zatańczyła na blacie i poto
czyła się w stronę ojca, który też zerwał się od stołu. Pochy
liłem
się i nasze t
warze dzieliło kilkadziesiąt centymetrów.

-

Spotykasz się ze mną po czterdziestu latach po to, żeby użalać się nad jakimś gościem,
którego w ogóle nie znałem? No to, kurwa, wysłów się chociaż. On był jak kto? Jak twój syn!
Twoja rodzina zastępcza! W dodatk
u piłkarski talent!

Próbował mnie zatrzymać, ale ominąłem go i wyszedłem przed lokal. Rozejrzałem się
po Stawowej, zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Kilka głębokich oddechów. Inhalacja e
-
papierosem. Aromat chesterfieldów wymieszał się z za
pachem smażo
nego mięsa. Ruszyłem
w prawo, w kierunku wielkiej dziury, która za kilka lat ma się przemienić w nowo
czesny
dworzec kolejowy i galerię handlową.

-

Zaczekaj!
-

Usłyszałem jego głos.
-

To nie było samobój
stwo! Ktoś go do tego zmusił!

Na Stawowej różne hist
orie się zdarzają. Krzyk ojca mie
szał się z ulicznym gwarem
oraz dobiegającymi skądś od
głosami bębnów, ale byłem pewien, że przynajmniej kilka osób
musiało popatrzeć na niego ze zdziwieniem. Przysta
nąłem. Nie wiem dlaczego pomyślałem o
urlopie. I o In
k
wizytorze, który zasmakował wolności. Poczułem ciepły podmuch wiatru.
Smażenina znów połechtała mnie w nozd
rza. Odwróciłem się.

Wróciliśmy do baru i patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Musieliśmy wyglądać jak
wytrawni szachiści przystępujący

do decydującej

partii. Przy stoliku zjawiła się barmanka.
Spojrzała na nas z niesmakiem i przetarła blat. Zamówiliś
my po kolejnym piwie. Mogę mieć
ojca gdzieś, ale żeby z tego powodu siedzieć o suchym pysku? Jedno nieszczęś
cie wystarczy.

-

To chyba pana.
-

Barmanka po
łożyła coś przed Józe
fem.
-

Musiało panu wypaść z
kieszeni.

Jeden rzut oka mi wystarczył.

-

Chodzisz po mieście z nożem?

-

To nóż myśliwski. Kiedyś polowałem, a od lat zbieram takie cacka. Mam tego sporo w
domu. Traktuję je jak taliz
many. Zawsze gdy gram
y ważny mecz, zabieram coś z ko
lekcji ze
sobą.

Czy można nie lubić kogoś jeszcze bardziej, jeśli nie lubi
ło się go wcale? Popatrzyłem
na ojca. Jednak można. Nigdy nie rozumiałem myśliwych i ich zwyczajów. Te wszystkie
myśliwskie chrzty, hubertusy, dźwięk
i sygnałówek, święty Michał i zwierzyna układana na
prawym boku w określonej kolejności. Sięgnąłem po nóż. Na takich gadżetach trochę się
znałem, ale ten model trzymałem w dłoni pierwszy raz. Jedno ostrze przypominało brzytwę,
drugie, odrobinę krót
sze, wy
konano szlifem wklęsłym. Nie miałem wątpliwości, do czego
może służyć. Za pomocą takich cudów ściąga się skórę ze zwierzęcia, nie uszkadzając
organów wewnętrz
nych. Na rękojeści widniał napis:

EKA Swingblade

.

-

Szwedzki.
-

Wyjął mi nóż z ręki.
-

Kiedyś m
ogę pokazać ci takich więcej. A teraz
posłuchaj.

Piłem piwo i słuchałem. 10 kwietnia Kos zostawił ojcu dziwną wiadomość na poczcie
głosowej. Był bardzo wzbu
rzony. Mówił, że wie wszystko. Było też coś o morderstwie. Gdy
Heinz skończył trening z juniorami H
annoveru, odsłuchał nagranie. Zaniepokojony
oddzwonił. Komórka obroń
cy była wyłączona. Próbował skontaktować się z nim przez cały
dzień. Bez skutku. 11 kwietnia dowiedział się, co zda
rzyło się w Warszawie. I zaczął łączyć
fakty. Kos próbował

powiedzieć o

nadchodzącej tragedii. O samobójstwie. Oraz

o

tym, że
ktoś go do tego desperackiego kroku zmusił.

-

Czy jego nagranie zachowało się?
-

zapytałem.

-

Nie.
-

Pokręcił głową.
-

Było krótkie. Takie, jak ci mówię.

-

Dlaczego zadzwonił właśnie do ciebie? Zdespe
rowany facet wybiera właśnie twój
numer. Nie miał nikogo bliż
szego?

-

Też o tym myślałem. Ze swoją dziewczyną rozstał się pół roku temu. Mocno to
przeżył. Matka nie żyje, z ojcem nie utrzymywał kontaktu.

Skądś to znałem.

-

Mógł jeszcze zadzwonić do moich
wspólników. Stamma

i

Kruczka...

-

Kim oni są?

-

Mówimy o sobie:

trzej przyjaciele z boiska

. Jak w tej starej piosence, wiesz której?

Bałem się, że znów zacznie coś śpiewać albo recytować, ale tym razem się opanował.
Ze Stammem i Kruczkiem tak naprawdę ni
gdy nie grał w drużynie. Są od niego znacznie
młodsi. Razem prowadzą interesy piłkarskie, bo piłka to po
tężny i rozwojowy biznes.

-

Zresztą
-

dodał
-

będziesz miał okazję ich spotkać. Też przyjeżdżają do Katowic. A
może już są.

-

Wybrał jednak ciebie.
-

N
ie dawałem za wygraną.

-

Pewnie najbardziej mi ufał.
-

Wzruszył ramionami.
-

Na
prawdę tego nie rozumiem.

-

Dlaczego uważasz, że ktoś się przyczynił do jego śmier
ci? Enigmatyczny telefon od
człowieka, który nie panuje nad sobą, to trochę mało...

Zamyślił
się. Wpatrywał się w szklankę z piwem tak, jak wróżka patrzy w magiczną
kulę. Jakby chciał wyczytać przeszłość. Barmanka włączyła radio. Ktoś przejętym gło
sem
śpiewał, że serce do życia wystarczy. Jednym wystar
cza, innym nie.

-

Jeszcze pół roku temu był
radosnym człowiekiem. Po
tem wydarzyła się ta historia z
dziewczyną... Ale powoli dochodził do siebie. Zapisał się na kurs pilotażu. A kilka tygodni
temu znów coś się stało. Zmienił się. Zamknął w so
bie. Stał się nieufny. Próbowałem z nim
rozmawiać, ale n
ie
wiele z niego wyciągnąłem. Tydzień temu powiedział coś dziwnego.

Muszę jechać do Warszawy. To sprawa życia lub śmierci

. Tak się zwykle mówi, gdy ma się
do załatwienia coś ważnego, prawda? Ale on potraktował to dosłownie...

Opuścił głowę, jakby opadł z

sił.

-

Czy miewał wcześniej jakieś kłopoty? Czy ktoś mógł dogrzebać się do jego
przeszłości? Dobrzy piłkarze nie są biednymi ludźmi, więc...

-

Pytasz o to
-

spojrzał na mnie
-

czy mógł być szantażo
wany. Też o tym myślałem.
Mógł. Ciągnęła się za nim spraw
a związana z ustawianiem meczów. Z czasów gdy grał na
Śląsku.

Nie trzeba było śledzić rozgrywek z wypiekami na twarzy, by wiedzieć, co jest grane.
Informacje o kolejnych zatrzyma
nych pojawiały się w serwisach niczym refren. Powszechnie
znani piłkarze, sęd
ziowie, prezesi klubów i działacze umo
czeni po czubek głowy. A obok
nich plankton. Prawdziwa ławica. Prokuratorzy z Wrocławia prowadzili tę sprawę i nic nie
wskazywało, by w ciągu kilku lat stali się bezrobotni.

-

Niczego mu jednak nie udowodniono. Kilku
pismaków próbowało go opluć, ale
poradził sobie z tym. To naprawdę był twardziel.

-

Dasz głowę, że w nic nie wdepnął?

Roześmiał się.

-

Takim frajerem to ja nie jestem, Rudolf. Za nikogo, kto ma związek z polskim
futbolem, bym nie poręczył. Świę
tych szuka
j gdzie indziej. Tu od dziecka wdychasz morowe
powietrze. W Niemczech jest zupełnie inaczej.
-

Wyprosto
wał się i poprawił marynarkę,
jakby chciał wygłosić ważne oświadczenie. Spodziewałem się, że usłyszę coś o niemieckich
autostradach i pociągach. Albo na
wet o Bismarcku i systemie emerytalnym w Europie. Na
szczęście ojciec

litościwie milczał.

-

Czyli nie możesz wykluczyć, że po latach ktoś się cze
goś dogrzebał i odkrył, że Kos
jest umoczony.

-

Nie. Nie mogę.

Zadałem jeszcze kilka pytań, ale nie usłyszałem

nic, co mogłoby ukazać samobójstwo
obrońcy w innym świet
le. Kręciliśmy się w kółko. Zirytowany odsunąłem pustą szklankę.
Czy korupcja i szantaż mogły sprawić, że facet skoczył pod pociąg? Straciłby twarz, smród
ciągnąłby się za nim przez kilka tygodni, a

może miesięcy. Potem wszyscy by o tym
zapomnieli. A ojciec poza przeczuciami i jednym wykasowanym nagraniem nie miał nic.

-

Czy jest ktoś, z kim moglibyśmy o Kosie porozmawiać?
-

zapytałem.
-

Ktoś, kto
pamięta go z czasów, gdy tu grał?

-

Zastanawiałem się

nad tym.
-

Ożywił się.
-

Nawet już zadzwoniłem do takiej osoby. Z
Julkiem Gontarzem grali
śmy w lidze. Wołaliśmy na niego Rzeźnik. Nogę miał jak trzy moje i
kosił napastników równo. Siedzi teraz w Zabrzu. Był trenerem Kosa. Możemy go jutro
odwiedzić.

Umów
iłem się z ojcem na następny dzień w południe i odprowadziłem go do hotelu

Qubus

. Zarezerwował po
kój na siedemnastym piętrze. Chciał pooglądać panoramę Katowic
i zobaczyć, co się zmieniło. Powiedziałem mu, że jeszcze lepsze widoki będzie miał w

Sky
Bar
ze


na ostat
niej kondygnacji. O ile nie przesadzi z alkoholem. Ja byłem w tym
podniebnym miejscu raz, na imprezie pożegnalnej kolegi odchodzącego na emeryturę, i
wspomnienia miałem mocno zamglone. Później dowiedziałem się, że hotel wpro
wadził
specjalną o
płatę, aby wyeliminować kłopotliwych, przygodnych gości. Dziesięć złotych za
wjazd pod katowic
kie niebo. Jeśli ojciec liczył na to, że zaproszę go do siebie, musiał się
rozczarować. Nie przenocowałbym go za żadne pieniądze. Były granice, których nie chcia
łem
przekraczać.

W domu włączyłem laptopa i wpisałem w wyszukiwarkę nazwisko

Kos


oraz hasło

korupcja

. Przeczytałem kilka moralizatorskich artykułów o upadku polskiego futbolu.
Autor jednego z nich natrętnie pytał, który ze znanych pił
karzy jest następ
ny do odstrzału.
Nic konkretnego jednak nie znalazłem. Poczułem się zmęczony. Wykańczało mnie
oczekiwanie. Przez całe popołudnie nie zadzwonił do mnie nikt z komendy. Jakby się
umówili. W tym wypadku brak wiadomości oznaczał, że dzieje się źle. Inkwizytor
wciąż nie
wpadł w policyjny potrzask. Przewidywałem, że tak będzie. Spotkanie z ojcem było mi
potrzebne. Nie jestem orędownikiem prawdy za wszelką cenę i daleko mi do szlachetnych
detektywów zmagających się z całym świa
tem. Musiałem walczyć z samym sobą i

to mi
wystarcza
ło. Jedyny powód, aby przyjrzeć się śmierci Kosa, był taki, że przynajmniej
mogłem czymś zająć głowę. Nawet jeśli podejrzenia ojca okazały się bezpodstawne, powinno
wy
starczyć ich na kilka dni. Zresztą to też nie tak. Było prze
cież w tej

sprawie coś
niepokojącego. Coś nie dawało mi spokoju. Czułem to przez skórę, a każdy po wielu latach w
moim fachu ma wyczulony sejsmograf i wierzy swojej intuicji.

Rozmyślania przerwał mi szmer na korytarzu. Ktoś zapu
kał do drzwi. Odruchowo
sięgnąłem do
szuflady po glocka i odbezpieczyłem broń. Ojciec zdobył mój adres, więc mógł
to uczynić każdy, kto ma kilka zwojów w mózgu.

-

Kto tam?
-

zapytałem.

Usłyszałem głos Karolakowej, sąsiadki z dołu. Klasyczne gumowe ucho. Wie wszystko
o wszystkich. Uchyliłem dr
zwi i wystawiłem głowę na zewnątrz.

-

Ale pan ostrożny
-

szepnęła z podziwem.
-

Szkoda, że mój stary taki nie jest. Od lat
mu mówię, by nie otwierał drzwi na oścież. Od razu widać, że pan policjant...

Towarzyszyła jej jakaś gruba kobieta w kapciach, której

nie znałem. Karolakowa
wręczyła mi dwie wymięte kartki.

Zabezpieczyłem pistolet i szybko odłożyłem go na miejsce, zanim spostrzegły, co
trzymam w ręku.

-

Na Stadionie Śląskim znów zaczną się sezonowe impre
zy. I znów zastawią nam
wszystkie chodniki samoch
odami.
Rozjeżdżą

trawniki. Tu jest petycja w tej sprawie...

Roztargniony podpisałem kartkę. Wziąłem drugą i też złożyłem podpis. Kobiety
popatrzyły na siebie i zaczęły się wycofywać w głąb klatki.

-

Dobranoc
-

wyszeptała Karolakowa.

-

Niby policjant, a pra
wdziwy patriota
-

powiedziała ta

druga.

-

Czym zasłużyłem na pani uznanie?
-

Próbowałem być miły, ale chyba kiepsko mi to
wyszło.

-

Dzięki takim odważnym ludziom jak pan ten krzyż tu stanie.
-

Pomachała kartką.

-

Jaki krzyż?
-

Nic nie rozumiałem.

-

Jak to
jaki?
-

obruszyła się.
-

Zbieramy także podpisy pod drugą petycją. Chcemy, by
na osiedlu postawiono krzyż, taki duży, upamiętniający ofiary smoleńskie, a zwłaszcza
świętej pamięci prezydenta z małżonką.

Otworzyłem usta, ale nim zdążyłem coś powiedzieć, obi
e wsiadły do windy.

Włączyłem płytę i osunąłem się w czeluście fotela. Charlie Parker grał
Lo
v
ermana
,
a ja
myślałem o piłkarzu zmiecio
nym przez setki ton stali. Nagle uświadomiłem sobie, że nie
zadałem ojcu oczywistego pytania.

Odnalazłem jego numer i zad
zwoniłem. Odebrał po pierw
szym sygnale.

-

Co się stało z telefonem Kosa?

-

Z tego co wiem, nie znaleźli go. Musiał zostać zmiażdżo
ny przez pociąg.

A więc nic z tego. Znów ślepa uliczka.

-

Co robisz?
-

nie wiem dlaczego wyrwało mi się pytanie.

-

Byłem na
jednym w

Sky Barze

. Nigdy Katowice nie były tak rozświetlone. Miałeś
rację, imponujący widok.

Świetnie wygląda ta galeria handlowa... Silesia Center. I ta kopuła
oświetlona wściekle kolorowymi światłami. Mówili mi... jak to się nazywa? Rondo Sztuki...

Na
jpewniej ojciec nie zaspokoił głodu rozmowy w

Sky Barze

. A może tą nostalgią
przejawił się wieloletni głód kontaktu.

-

Ze staroci, które pamiętam, jest dom towarowy

Skar
bek

. Ale, cholera, nie ma
dworca ani tej kamienicy, w któ
rej była siedziba jakieg
oś wydawnictwa... Chyba

Śląska

.
No, a teraz już jestem w pokoju.

Rozłączyliśmy się. Silesia Center i Rondo Sztuki... Ale ze

Skarbkiem


coś mu się
chyba pomyliło. Dom towarowy wybudowano w latach siedemdziesiątych. A może ojciec
bywał w Katowicach późnie
j. Przecież tak naprawdę nic o nim nie wiem. Ponownie
zagłębiłem się w fotelu i zasną
łem. Trwałem tak aż do rana.


7

Gdy wyszedłem spod prysznica, zobaczyłem dwa nieodebra
ne połączenia w telefonie.
Pierwsze od ojca, drugie z firmy. Najwyraźniej coś zaczę
ło się dziać. Zadzwoniłem do
Kuleszy.

-

Szef wszystkich szefów wyznaczył nagrodę.
-

Usłysza
łem.
-

Trzydzieści koła. Za
chwilę Inkwizytor wskoczy na

Top 10

.


Top 10

. Lista najbardziej poszukiwanych przestępców w kraju. I kasa w puli.
Trzydzieści tysięcy
. Szef szefów za
szalał. Sięgnął do głębokiej kieszeni. Nawet głowy
mafiosów tyle nie kosztują.

-

Jeszcze jedno.
-

Kulesza ściszył głos.
-

Ktoś twierdzi, że widział Inkwizytora w
okolicach cmentarza komunalnego.

Tam gdzie byliśmy ostatnio. Ale świadek mało

wiarygodny. Więcej denaturatu niż krwi w organizmie.

Tak. Miłośnik

błękitu Paryża


nie mógł wzbudzić zaufa
nia śledczych.

-

Sprawdziliście to?

-

Facet się zaklina, ale co z tego?

-

A siostra Urbaniaka?
-

nie dawałem za wygraną.

-

Jest przerażona. Nie kon
taktował się z nią. Nie ma po
wodu, by jej nie wierzyć.
Podobno jest pod obserwacją, ale sam wiesz, jak jest.

Wiedziałem dobrze. Jak zwykle pewnie brakowało ludzi, a nikt nie lubi wypłacać
nadgodzin. Kryzys w policji to stan permanentny. Jakiś czas temu w
jednym z miast ukazało
się rozporządzenie komendanta, by rezygnować z pościgu za piratami drogowymi. Okazało
się, że oszczędności objęły ubezpieczenia samochodów służbowych, a nikt nie chciał ścigać
się z lepiej wyposażonymi przestępcami na własną odpowied
zialność. Kulesza
konfidencjonalnym szeptem przypomniał mi, że nic o sprawie nie wiem i niczego nie
słyszałem. Jakby była to dla mnie nowość.

Zadzwoniłem do ojca. Zaproponował podwózkę do Za
brza. Miał przyjechać tam ze
swoimi wspólnikami. Po
znam ich. Faj
ni faceci. O tak, z pewnością. Zdecydowałem się
pojechać własnym samochodem. Chciałem odwlec moment spotkania jego znajomych.
Opóźnić ten krok na drodze do zacieśnienia stosunków. Chyba tak mawiają dyplomaci. A
poza tym miałem kilka spraw do przemyś
lenia.

Na początku roku mój stary samochód zaczął sypać się dokumentnie. Sprzedałem go
jakimś cudem i przesiadłem się do niewiele mniej wysłużonego volkswagena polo. Mia
łem
przynajmniej wóz, którym można przewieźć sprzęt na

koncert.

Kierowałem się do Zabrza, na

aleję Roosevelta, ale nie myślałem ani o muzyce, ani o
czekającym mnie spotkaniu.

Zastanawiałem się nad tym, co usłyszałem od Kuleszy.
Inkwizytor pracował jako elektryk właśnie na cmentarzu. Jeśli tam się zjawił, to na pewno nie
po to, by położyć komuś kw
iaty na grobie. Nabierałem pewności, że ta informacja jest
prawdziwa. Zapijaczony grabarz nie wymyśliłby jej. Tyl
ko co z tego miałoby wynikać?

Ktoś na mnie zatrąbił. Spojrzałem we wsteczne lusterko. Jaki powód miałby Urbaniak,
by się tam zjawić? Starzy zn
ajomi? Wątpliwe. Więc co? Miałem w głowie pustkę. Czu
łem
przez skórę, że wszystko zacznie toczyć się szybciej niż dotychczas. Odruchowo sięgnąłem
pod marynarkę i spraw
dziłem, czy mój stary towarzysz glock, z którym wczoraj odświeżyłem
znajomość, jest na
miejscu. Był.

Gdy dotarłem do celu, ojciec już czekał. Rozejrzałem się po parkingu.

-

Stamm i Kruczek poszli do klubowej kawiarni.
-

Uprze
dził moje pytanie.
-

Najpierw
spotkamy się z Gontarzem. To trener starej daty, więc dam ci kilka wskazówek.

Miał na s
obie dres z naszywkami Hannoveru 69. Pewnym krokiem skierował się w
stronę bocznego boiska. Jedni czują się jak w domu na salonach. Inni w kasynie, a jesz
cze
inni w burdelu. Nie było wątpliwości, że ojciec właś
nie na stadionie był w swoim żywiole.
Czego
nie dałoby się powiedzieć o mnie. Przemknął mi przed oczami młody mężczyzna w
sportowym stroju, który trzymał chłopca za rękę. Tłum wiwatował. Ktoś krzyczał.
Potrząsnąłem głową i wszystko ucichło. Józef Heinz wyjaśnił mi, że do Gontarza mam mówić

panie tr
enerze

. A jeśli podejdzie jakiś młody piłkarz, to szczawiowi pierwszemu nie
podawać ręki. Wzru
szyłem ramionami. Było mi to obojętne.

Podeszliśmy do boiska, dwie drużyny rozgrywały mecz. Zawodnicy w żółtych
kamizelkach na tych w czerwonych. Przy linii boc
znej przechadzał się siwy mężczyzna w
dresie. Był w wieku ojca. Od czasu do czasu rozkładał ręce, burczał coś pod nosem i wznosił
oczy do nieba. Czasami spoglądał

na młodzieńca, który siedział na ławce i wstukiwał coś do
lap
-
topa. W plebiscycie na najbardz
iej udręczonego człowieka roku trener Gontarz zająłby
wysokie miejsce. W pewnym mo
mencie sięgnął po gwizdek, przerwał grę i wtargnął na
środek

boiska.

-

Tyle razy powtarzałem
-

miał taki głos, że Tom Waits brzmiał przy nim jak sopran
koloraturowy
-

tyle p
owtarza
łem...
-

Zaczerpnął powietrza.
-

Najpierw destrukcja, potem
konstrukcja
-

zawiesił głos niczym wytrawny kaznodzieja
-

a na końcu egzekucja. Drewniak
-

klepnął niskiego blondy
na w ramię
-

przytrzymaj piłkę, a jak nie potrafisz, graj do

najbliższego
.

Piłkarze pokiwali głowami. Wysoki w żółtej kamizelce

podniósł rękę.

-

Ty, Antczak, nawet się nie odzywaj
-

warknął do niego Gontarz.
-

Wiesz, ile
przebiegasz kilometrów w trakcie me
czu?
-

Spojrzał w kierunku mężczyzny z laptopem.
-

Więcej się nachodzę,

gdy idę rano po mleko.

Powiedział coś jeszcze i klasnął w dłonie. Piłkarze wrócili do gry, a on podszedł do nas.
Ojciec przywitał się z nim, jakby znali się od lat. Pewnie tak było. Niemal natychmiast
przeszli na gwarę śląską. Wprawdzie nie mam z nią prob
le
mu, ale nagle uświadomiłem sobie,
że nie wszystkie słowa są dla mnie zrozumiałe. Dwóch starszych mężczyzn znaj
dowało się w
swoim świecie, ja zaś nie istniałem. Wreszcie ojciec spojrzał na mnie, zmieszał się, jakby
czytał w moich myślach, i chrząknął.

-

To mój syn.

Dziwnie to zabrzmiało.

-

Zastanawiałem się, o co mnie pytałeś przez telefon.
-

Gontarz otarł pot z czoła i
popatrzył na ojca.
-

Popytałem tu i tam. Nie mam ci zbyt wiele do powiedzenia.

-

Zastanawiamy się, panie trenerze
-

zaakcentowałem dwa
ostatnie słowa
-

co mogło
doprowadzić Kosa do tak desperackiego kroku. Może był szantażowany...

-

Nie przewalał meczów.
-

Miętosił palcami gwizdek.
-

Wiedziałbym o tym.

Spojrzał na boisko i zagwizdał. Wykonał kilka niezrozu
miałych dla mnie ruchów
rękami i

zawodnicy wznowili grę.

-

Kos nie był umoczony. Ale przecież
-

popatrzył na mnie
-

wcale nie musiało chodzić o
korupcję.

-

A o co?

-

Był hazardzistą. Nałogowcem. O kasie, którą przepuścił, krążyły legendy. Wiesz o
tym?
-

Spojrzał na ojca.

-

Wiem. Ale w Ni
emczech się ustatkował... Nie miał z tym większych problemów... Tak
sądzę...
-

W jego głosie nie było jednak pewności.

W naszym kierunku szybkim krokiem zbliżał się męż
czyzna w szarym garniturze.
Przywitał się z nami, w moją stronę rzucił trzy słowa. Dwa
ostatnie brzmiały jak: kierow
nik
drużyny. Pierwsze zapewne było nazwiskiem. Ener
gicznie potrząsnął moją ręką, jakby chciał
wyrwać mi ją ze stawu.

-

Mam spotkanie z prezesem, a tu ktoś na moim miejscu stawia starego volkswagena
-

powiedział do Gontarza.
-

Może to któryś z tych młodych?
-

Spojrzał na boisko.

-

Oni takim złomem nie jeżdżą
-

odparł trener i znów gwizdnął.

Ojciec popatrzył na mnie, jakby chciał zadać mi pytanie, czy wiem coś o tej sprawie.
Przez kilka kolejnych minut Józef obserwował trening,
a ja trwałem przy nim niczym czwarty
halabardnik przy królu. W końcu pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do klubowej kawiarni.

Zbliżała się czternasta. Tylko trzy stoliki były zajęte. Najbli
żej baru siedziało dwóch
staruszków. Przekrzykiwali się z ra
diem i zaw
zięcie sprzeczali o rezerwowych Górnika z
1975 roku. Miejsce przy oknie zajmował mężczyzna w bladoró
żowej koszuli. Głośno
rozmawiał przez telefon, a jego angiel
ski był mniej więcej taki, jak mój węgierski. Sklejone
czarne włosy opadały mu na twarz. Wyglą
dał trochę jak Neil Young,

który zapomniał zabrać
szamponu w dwumiesięczną trasę, a trochę jak mokra Włoszka. Mokry Włoch. Nosił okulary
w białych oprawkach. Coś podobnego zakładał jeden z po
licjantów zajmujących się
przestępstwami w sieci. Ray
-
coś tam. N
ie mam pamięci do marek. Z wyjątkiem nazw gitar.
Oraz piw, oczywiście.

Skierowaliśmy się w stronę stolika, przy którym siedzia
ło dwóch mężczyzn. Obaj byli
mniej więcej w moim wie
ku, może trochę starsi. Obaj bruneci. Obaj z włosami na żel. Z
kilkudniowym
zarostem. Ale dzięki Bogu, można ich było odróżnić. Ten z lewej miał
koszulkę polo z napisami po portugalsku, ten z prawej ubrany był w beżową marynarkę.

-

Poznaj moich wspólników.
-

Ojciec rozpromienił się.
-

Robert Kruczek
-

koszulka
polo uścisnęła mi rę

-

i Jerzy Stamm. Mówiłem ci, że jesteśmy jak trzej przyjaciele z
boiska...

-

Prawie się zgadza.
-

Przerwał mu Stamm.
-

Prawie jak w piosence. On jest z Krakowa.
Ty urodziłeś się blisko Cho
rzowa. Tylko ja nie jestem z Warszawy.

Szczebiotali jak koleżank
i na zakupach w galerii handlo
wej. Dowiedziałem się, że znają
się od lat. Stamm i Kruczek razem zaczynali karierę piłkarską. Obaj zapowiadali się świetnie,
ale tylko ten pierwszy zaistniał w wielkiej piłce. Drugiego wyeliminowała kontuzja. Okazało
się jed
nak, że ma smykałkę do interesów. I tak Stamm kopał, a Kruczek dbał o jego
pieniądze. A później zabiegał o apanaże wielu in
nych. Zjeździli pół Europy, od Portugalii po
Belgię. Z ojcem poznali się w Niemczech, wszyscy trzej mieszkają w Hano
werze. A kiedyś

otwierali szkółki piłkarskie w Afryce oraz szukali talentów w Indiach, co zakończyło się
wielką klapą. Propagowali rozgrywki drużyn młodzieżowych w Polsce. I teraz Stamm
przyjechał promować taki turniej i rozdać dziesiątki autografów. Nie miałem wątpliwoś
ci.
Przede mną siedziało dwóch apostołów futbolu. A razem z ojcem istna Trójca Święta.

-

Zastanawiam się
-

przerwałem im tę idyllę
-

co mog
ło się stać z Kosem. Panowie go
znali. Coś mnie niepokoi w jego historii...

Atmosfera przy stole natychmiast zgęstni
ała.

-

Ten telefon.
-

Kruczek pił sok pomarańczowy.
-

Joseph wspominał nam o nim.
Dziwna sprawa...

Joseph. Ojciec rozpoczął w Niemczech drugie życie i miał nowe, choć brzmiące
znajomo, imię. Pasowało do niego.

-

Zastanawiam się nad tym
-

popatrzyłem na por
tugal
skie napisy
-

co ten trener nam
powiedział. Może tu nie chodzi o korupcję, ale hazard. To jest możliwe?

-

Wszystko jest możliwe
-

odpowiedział Stamm.
-

Dla wielu gra w piłkę łączy się z
ogromnym stresem. Sam pamiętam, że po ważnych meczach całą noc n
ie mogłem spać...
Radzi
my sobie z tym różnie. Niech pan spojrzy.
-

Pokazał palcem na ścianę.
-

Widzi pan te
fotografie?

Spojrzałem na czarno
-
bia
ł
e zdjęcia piłkarzy oprawione w brązowe ramki.

-

Ten po lewej to

Epi


Kowal. Słyszał pan o nim?

Pokręciłem gł
ową.

-

Genialny napastnik. Mijał obrońców jak tyczki w slalo
mie. Gdyby nie chlał tyle, byłby
wielkim piłkarzem. A jak skończył? Próbował wskoczyć do odjeżdżającego tramwaju i
wywrócił się na lodzie. Za pazuchą miał flaszkę wódki, bo spieszył się na śledzi
ka do kolegi.
Ta butelka wbiła mu się w ciało i poharatała trzewia. Nie uratowali chłopaka. To nie jedyny
taki przypadek.

-

A ten drugi
-

wskazał dłonią fotografię po prawej stronie niczym przewodnik w
muzeum
-

to Ernest Pohl
-

nazwisko wymówił cicho i z n
amaszczeniem. Zupełnie jakby
mówił o Bogu.
-

Nikt nie strzelał tak jak on. Prawdziwy czarodziej.

Ernest pije, ale Ernest
gra

, to jedno z jego powiedzonek.

Kiedyś alkohol był głównym lekarstwem na stres.

I dla wielu jest nim do dziś.

-

Kos radził sobie i
naczej?

-

Grał we wszystko
-

niechętnie odpowiedział Joseph.
-

Od pokera i blackjacka po
wyścigi konne. Od jednorękich bandytów do obstawiania skoków narciarskich i drugiej ligi
norweskiej.

-

Leczył się?

-

Nawet się wyleczył. Bo w Niemczech nie miał takich

kłopotów...

-

Gdy rozmawialiśmy z Gontarzem, przepraszam, z pa
nem trenerem Gontarzem,
powiedziałeś, że nie miał więk
szych kłopotów.
-

Naciskałem.
-

Czyli miał mniejsze, ale miał.
Dlaczego Kos rozstał się z narzeczoną?

-

To wygląda tak, Joseph, jakby on
cię przesłuchiwał.
-

Stamm roześmiał się.

Ojciec chciał coś odpowiedzieć, gdy nad stołem rozległ się tubalny głos.

-

Widzę, że trwa tu prawdziwa narada bojowa.
-

Mokry Włoch pochylał się nad nami.

-

Spadaj stąd, Komorowski
-

syknął Stamm.
-

Zjazd!

Mężczyz
na spojrzał na mnie zza okularów.

-

Przestrzegam pana przed robieniem interesów z tymi dżentelmenami. Sprzedadzą pana
tak jak tych piłkarzy z Afry
ki. Jeżeli przyjechaliście tu
-

wyciągnął gruby palec w stronę
Kruczka
-

by podebrać mi tych trzech młodych z

Górnika, to od razu mówię: odpuście sobie.
Gontarz będzie współpraco
wał tylko ze mną. Szkoda waszego czasu.

Odwrócił się na pięcie i pomaszerował do swojego stolika.

-

Kto to?
-

zapytałem.

-

Rafał Komorowski
-

odpowiedział Stamm.
-

W skrócie Rafa. Menedż
er piłkarski.
Chociaż na wizytówce powinien mieć napisane: kawał skurwysyna.

Poprosiłem ojca, by dowiedział się, gdzie Kos się leczył. Hazard to uzależnienie jak
każde inne. Skoro nauczył się nad nim panować, musiał mieć jakiegoś terapeutę. Zapłaci
liśmy
z
a sok i kawę. Odprowadzało nas gniewne spojrzenie mokrego Włocha.

Zza chmur wyszło słońce. Zapowiadało się jeszcze kil
ka ciepłych dni. Później
spodziewano się dużych opadów, które wiosną nikogo nie powinny dziwić. Robert Kruczek w
przeciwieństwie do mnie
znał się na pogodzie. Gdy szliś
my na parking, zauważyłem, że
nieznacznie zaciąga nogą. Pochwycił moje spojrzenie.

-

Mówią, że sport to zdrowie.
-

Uśmiechnął się.
-

Gów
no prawda, proszę w to nie
wierzyć. Efekty kontuzji odczu
wam do dziś. Zwłaszcza gdy pa
da. Wtedy jestem nie do życia.

-

To prawda
-

wtrącił Stamm
-

doktor Olewnik mógłby napisać o nim w encyklopedii
medycyny. Ale ostatecznie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

-

Olewnik?

-

Tak się nazywa. Polak, ale prawie całe życie pracował za gr
anicą. Teraz siedzi chyba
w Warszawie, w centrum medy
cyny sportowej. Znasz go?

Nie znałem. Ale nazwisko kojarzyło się każdemu policjan
towi w Polsce. Spojrzałem raz
jeszcze na Kruczka. Nie on pierwszy, nie ostatni. Chłód, wilgoć i zespół Raynouda tak
że ż
yją
w symbiozie.

Pożegnaliśmy się i wsiadłem do samochodu. Gdy odje
chali, wyjąłem kluczyki ze
stacyjki i wróciłem do kawiar
ni. Sytuacja zmieniła się o tyle, że staruszkowie cofnęli się w
czasie i dyskutowali o meczu z 1968 roku, a naprzeciw mokrego Włoch
a siedział piłkarz,
którego wcześniej widzia
łem na treningu. Kupiłem małe piwo, podszedłem do stolika Rafy i
oniemiałem.

Przed menedżerem stał talerz z krewetkami. Obok, ni
czym zapasowe sztućce, leżały
trzy telefony komórkowe. Biały laptop powędrował na
skraj stołu. Komorowski wyglą
dał,
jakby był w siódmym niebie. Przewracał oczami ni to do młodego piłkarza, ni to do świata.

-

Królewskie krewetki dla króla
-

powiedziałem i nie pyta
jąc o zgodę, dosiadłem się.

-

Krewetki, masełko, czosneczek i cytryna
-

w
ymamrotał mokry Włoch.
-

Nic lepszego
nie wymyślono. Zamawiam w pobliskiej restauracji i przywożą mi tutaj.

Czosnek pewnie się zgadza. W domu wystarcza ci dobrze naczosnkowana kiełbasa i
wóda, a w knajpie zgrywasz światowca.

-

O

czym to mówiliśmy, Sobiesik
?
-

zwrócił się do piłka
rza.
-

Aha, pytali o ciebie w
kilku klubach w Belgii i Holan
dii. Może nie była to najwyższa półka, ale od czegoś trzeba
zacząć.

Chłopak wpatrywał się w niego jak w obrazek.

-

Przepraszam
-

postanowiłem się wtrącić
-

nie chcę pa
no
m przeszkadzać, mam tylko
dwa pytania.

Komorowski uśmiechnął się. Budził taką samą sympatię jak wodorosty w Bałtyku.

-

Nie zajmuję się piłką
-

ciągnąłem.
-

Ci trzej proponują mi, abym wszedł do spółki.
Zdaje się, że pan ich zna...

-

Powiem ci coś, przyjaci
elu
-

Rafa żuł krewetkę
-

trzymaj się od nich z daleka. To
specjaliści od handlu żywym towa
rem w Trzecim Świecie.

-

Żywym towarem?

Czekałem tylko, aż powie coś o
Jądrze ciemności
.
Może istnieją eksternistyczne kursy
literatury dla menedżerów, by mogli pop
isywać się przed klientami.

-

Zapytaj ich, jak kupowali dzieci, by sprzedać je do za
chodnich klubów. Za psie
pieniądze. Może to nie azjatycka mafia, która handluje meczami na całym świecie, ale
zapewniam, że są niewiele lepsi. Oni z ludźmi robią o tak!
-
T
rzymał ogonek krewetki w
palcach i pstryknął nim. Pole
ciał w stronę doniczki, odbił się od liścia paproci i wylądo
wał na
ziemi.
-

Tak właśnie robią.

-

Dobrze wiedzieć.

Wstałem od stolika i poszedłem do toalety. Przy pisua
rze wisiała kartka:

Przysuń się
!
Nie jest tak długi, jak myś
lisz

. Postąpiłem zgodnie z instrukcją. Gdy wyszedłem,

zamówiłem
jeszcze jedno piwo i poprosiłem o orzeszki z baru. Mokry Włoch rozmawiał przez telefon.

-

Wiesz, kto to dzwoni?
-

zapytał Sobiesika. Nie czekając na odpowiedź, p
rzysłonił
dłonią usta i coś wyszeptał.

-

Niemożliwe...
-

wymamrotał chłopak.
-

On?

-

Ten sam, we własnej osobie.

Pewnie rozmawiał z własną matką, a nie jakimś sławnym piłkarzem, ale chłopak kupił
tę ścierne. Musiałem przyznać, że mokry Włoch ma niezłą gadk
ę.

Postawiłem orzeszki i piwo przed Komorowskim. Naj
wyraźniej krewetki nie zaspokoiły
jego apetytu. Gdy tyl
ko skończył rozmowę, sięgnął do miseczki i wsypał garść orzeszków
ziemnych do ust.

-

Uwielbiam orzeszki
-

mruczał.
-

Stymulują pracę mózgu.

-

Chcia
łem panu podziękować za przestrogę.
-

Wskaza
łem na piwo.
-

Od razu
wydawało mi się, że coś jest nie w porządku. Wszystko szło zbyt łatwo.

Nie powiedział nic, tylko wręczył mi wizytówkę.

-

A wie pan
-

wstałem od stołu
-

czytałem gdzieś, że sie
demdziesiąt
procent Polaków po
wyjściu z toalety nie myje rąk...

Patrzył na mnie zdziwiony.

-

Dlatego nigdy nie warto brać orzeszków z baru.

Dłoń mokrego Włocha zawisła w powietrzu. Potrząsnął włosami i otworzył usta. Nie
czekałem, co powie. Odwróci
łem się na pięcie
i ruszyłem do wyjścia. Usłyszałem jeszcze, jak
dwaj staruszkowie spierali się o to, ile było stopni, gdy Górnik grał mecz z Manchesterem na
zaśnieżonym boisku.

Tak naprawdę nic nie szło zbyt łatwo. Czułem się jak al
pinista, który odpada od ściany.
Żadnych

punktów zacze
pienia. Inkwizytor pozostawał nieuchwytny. Samobójstwo Kosa
spowijała mgła tajemnicy. To właśnie niepokoiło mnie najbardziej. Brak oczywistego
motywu. Był ambitnym, twardym facetem, który przeżył niejedno. Nie załamałby się

z byle
powodu. Mu
siało zdarzyć się coś naprawdę istotne
go, by targnął się na życie. A ludzie, którzy
znali

go najlepiej i byli najbliżej, nie wiedzą, co to było. Gdyby nie ta wątpli
wość, dałbym
sobie spokój i znalazł coś innego do roboty.

Pomyślałem o trzech przyjaciołac
h z boiska oraz o tym, co usłyszałem od mokrego
Włocha. Nauczyłem się, że pra
wie w każdej wypowiedzi tkwi ziarno prawdy. Stamm,
Kruczek i ojciec. Była piłkarska gwiazda, zdolny menedżer oraz trener juniorów. Niezłe
combo. Podstarzali łowcy talentów na Cza
rnym Lądzie. Współcześni łowcy niewolników.
Nie
zależnie od tego, co o nich usłyszałem, i tak nie darzyłbym ich wielką sympatią.

Co ich łączyło z Kosem? Może powinienem spojrzeć na tę sprawę zupełnie inaczej.
Zmienić sposób myślenia. Ow
szem, wszyscy dobrz
e znali obrońcę, ale czy ich zachowa
nie
nie było przesadzone? Skąd takie zainteresowanie sa
mobójstwem? Mieli przecież na głowie
wiele innych spraw. Dlaczego wszyscy trzej pojawili się w Katowicach?

Wróciłem do domu bez większych przygód. Odnalazłem w zam
rażalniku ostatnie
opakowanie pierogów i z trudem oderwałem je od grubej warstwy lodu. Powinienem
rozmrozić lodówkę. Popatrzyłem na mrożonkę i poczułem, że tracę apetyt. Z drugiej strony,
lepsze to niż orzeszki z baru.

Wybrałem numer Josepha. Pod takim imi
eniem zapisa
łem go sobie w komórce.

-

Dobrze, że dzwonisz.
-

Wydawał się ożywiony.
-

Udało mi się ustalić, do kogo Jacek
chodził na terapię. Kosztowało mnie to trochę zachodu, ale udało się. Masz pod ręką coś do
pisania?

Miałem. Alicja Solska. Psychoterap
eutka. Pracuje w Opo
lu, ale w piątki bywa w
Katowicach. Dobrze się składało. Przynajmniej wypełnię czymś kolejny dzień. Zanotowałem
adres i godziny przyjęć.

-

Co u twoich przyjaciół?
-

zagadnąłem.

-

Mówią, że jesteś fajny gość.

-

Na długo przyjechali?

-

S
tamm w przyszłym tygodniu jedzie do Zakopanego. Jest honorowym gościem
jakiegoś turnieju. Orliki lub coś podob
nego. A Kruczek wraca swoim wypielęgnowanym
sporto
wym subaru do Niemiec. Ktoś musi doglądać interesu.

-

Dlaczego jego subaru jest takie wypielęg
nowane?

-

Mógłbyś u niego jeść z podłogi. Czysto jak w szpitalu. Każdy ma jakąś słabość...
Pucuje auto przy każdej okazji.

Pomyślałem o moim samochodzie, który wyglądał jak kontener ze śmieciami. Było to
jednak moje własne wysypi
sko, na którym czułem się
przytulnie.

-

Jak się nazywa wasza firma?
-

Zmieniłem temat.

-


SKH Fussball

.
-

Wydawał się zaskoczony pytaniem.
-

Dlaczego cię to interesuje?

-

Chcę was prześwietlić. Po prostu.

Rozłączyłem się. SKH. Pierwsze litery nazwisk. Fine
zji w tym było za grosz,

ale
mogłem się tego spodziewać. W internecie odnalazłem firmową stronę. Fragmenty me
czów z
udziałem Stamma, uśmiechnięty Kruczek i Joseph wznoszący w górę jakiś puchar. Wiele
nazwisk, które nic mi nie mówiły. Rekomendacje. Informacje dla potencjalnych kl
ientów.
Wszystko po niemiecku, którego nie rozumiałem ni w ząb, oraz po angielsku. Patrzyłem na
zapisane drobną czcionką imię ojca. Joseph. Dziwnie to wygląda. Ktoś, nie pamiętam kto,
mówił mi, że bardziej współczesną formą jest w języku niemieckim Josef.
Dlaczego więc
stary zdecydo
wał się na dawniejszy, rzadko już używany zapis imienia? Chciał się w ten
sposób poczuć lepszy i dowartościować w nowej ojczyźnie? Może kiedyś spytam go o to.

To, że zainteresowałem się firmą ojca, powinno dać mu do myślenia. Po
winien
zrozumieć, że nie mam do niego zaufania. Ciekawe, czy po naszej rozmowie zadzwonił do
swoich wspólników. I co powiedziałby o

SKH Fussball


z siedzibą w Hanowerze obrońca
Jacek Kos? Tliła mi się w głowie pewna myśl.

Sięgnąłem po pierwszą lepszą płyt
ę. Na szczęście trafiłem na jakiś dźwiękowy
wypełniacz, który nie absorbował zbyt
nio uwagi. Miałem w domu trochę takiego chłamu.
Zaku
rzone nietrafione prezenty z czasów, gdy jeszcze otrzymy
wałem upominki. Spojrzałem
ponownie na ekran laptopa. Przeczytał
em uważnie biogramy trzech wspólników. Naj
krótszy
dotyczył ojca. W wypadku Stamma oraz Kruczka nazwy nieznanych miejscowości oraz
egzotycznych klu
bów migały mi przed oczami. Najczęściej pracowali razem, choć czasem
zdarzały się momenty, gdy ich ścieżki b
iegły równolegle. Sprawdzałem, czy w ich
życiorysach występu
ją Afryka i Azja. Poza jedną wzmianką nie było nic na ten temat.

Zmieniłem płytę i położyłem się.


8

Patrzyliśmy sobie w oczy, a czas stanął w miejscu. Żadne z nas nie powiedziało słowa.
Byłem ja
k rewolwerowiec go
towy zginąć w pojedynku. Dzieliło nas kilka metrów, a w pu
stej
przestrzeni między nami strzelały elektryczne iskry. Byłem bohaterem jednej z tych
magicznych, wzruszających chwil, gdy mężczyzna spotyka kobietę. Jednego z najgłup
szych,
l
ecz nieustannie powracających momentów w dzie
jach ludzkości. Ale zacznijmy od początku.

Zerwałem się rano ze zdwojoną dawką energii. Zupełnie jakbym przeczuwał, że zdarzy
się coś niezwykłego.

Myśl, która pojawiła się poprzedniego wieczoru, nie da
wała mi
spokoju. Zadzwoniłem
do Josepha. Najwyraźniej spał, odebrał dopiero przy mojej trzeciej próbie.

-

-

zapytał.
-

Przyskrzyniłeś nas?

-

Pracuję nad tym.
-

Nie chciałem tracić czasu.
-

Czy Kos miał wielu znajomych w
Warszawie?

-

A jak myś
lisz? Przecież to był znany sportowiec.

-

Bo wiesz, o czym pomyślałem?
-

Położyłem nogi na sto
liku i delektowałem się
elektronicznym chesterfieldem.
-

Zakładaliśmy, że ktoś mógł szantażować Kosa... A gdyby
było odwrotnie?

-

Nie rozumiem. Uważasz, że to Ja
cek kogoś szantażował?

-

Nie. Nie o to mi chodzi. Nagła wyprawa do Warszawy. Spieszyło mu się. Może chciał
coś zostawić, coś komuś przekazać. Jakąś wiadomość... Albo depozyt...

-

Możesz mieć rację, nie pomyślałem o tym
-

odpowie
dział po dłuższym namyśle.

Jeszcze o czymś nie pomyślałeś, powiedziałem sam do siebie, gdy rozłączyliśmy się.
Jeśli było tak, jak sądzę, śmierć Kosa byłaby nie na rękę tym, którzy mieli brud za
paznokciami. Jego wiedza nie trafiła do przechowalni baga
żu, ale do osoby mogącej zrobić

z
niej użytek. A ujawnienie faktów, które zgromadził reprezentacyjny obrońca, przy
sporzy
komuś kłopotów. Komu? Pewnej firmie z Hanoweru.

Zapewne każdy zawód odciska na człowieku jakieś piętno. Mój produkował
psychotyków, którzy nigdy, nawet podczas swoic
h urodzin obchodzonych w gronie
najbliższych osób, nie usiądą tyłem do drzwi. Wytwarzał mężczyzn i kobiety, którzy w
każdym wypowiedzianym zdaniu doszukiwali się kłamstwa. Sam zapewne też należałem do
tej niewesołej gromady, bo nie do końca wierzyłem w szc
zerość ludzkich intencji. To, że
ojciec zainteresował się samobójstwem pił
karza, nie wynikało z odruchu serca. Coś za tym
zaangażo
waniem musiało się kryć. Pomyślałem także o powodach, które sprawiły, że sam
zainteresowałem się tą sprawą. Może chciałem po

prostu pogrążyć Josepha. Złapać go na
jakichś machlojkach i potwierdzić domysły na jego temat.

Przygładziłem zmierzwione włosy i narzuciłem marynar
kę. Zapowiadał się kolejny
ciepły dzień, musiałem jednak

ukryć glocka przed spojrzeniami ciekawskich oraz p
ytania
mi
dzieci. Schodziłem po schodach. Zatrzymałem się pięt
ro niżej i zadzwoniłem do Karolaków.
Nikt nie otworzył. Wyjąłem z kieszeni kartkę, którą napisałem zawczasu, i wsunąłem w
drzwi. Nic szczególnego. Poprosiłem, by wy
kreślono mnie z listy przyja
ciół smoleńskiego
krzyża.

Alicja Solska przyjmowała w centrum Katowic. W recep
cji panowała uroczysta cisza.
Mignąłem policyjną blachą i przyrzekłem, że zajmę pani doktor tylko pięć minut. Żaden
pacjent na tym nie ucierpi.

Wszedłem do gabinetu. W pierwszej

chwili chciałem się wycofać, ale niewidzialna siła
przyszpiliła mnie do podłogi. A zresztą, po co ściemniać. Żadna tam tajemnicza siła. Tak
działały oczy koloru granatu.

-

Widzę, że jednak mnie pamiętasz.
-

Przenikliwe spojrze
nie złączyło się z dobrze
zn
anym ciepłym głosem.

-

Mam tatuaż z twoją podobizną na bicepsie.
-

Próbowa
łem nadrabiać miną, ale wcale
nie było mi do śmiechu.
-

Gdy prężę muskuły, zawsze myślę o tobie.

W gardle miałem wielką gulę. Jakbym zapchał się bisz
koptami i zabrakło mi wody.
Wpa
trywałem się w nią i nie wiedziałem, co więcej powiedzieć. Są kobiety, których uro
da nie
podlega przedawnieniu. Alicja Guerero, pod takim nazwiskiem ją znałem, zaliczała się do
tego grona bogiń ży
jących poza czasem. Bawiła się długopisem i patrzyła na mn
ie jak na
dziwny okaz w ogrodzie zoologicznym. Grzyw
ka gęstych czarnych włosów przysłaniała
brwi. Wyglądała jak mała Pocahontas. Tak zresztą nazywałem ją lata temu. Przez żaluzje
przebijały się promienie słońca i nadawały blask jej hebanowej skórze. Kolor

ten
zawdzięczała ojcu, Kubańczykowi, który na początku lat siedemdziesiątych przyjechał do
Polski w ramach wymiany studenckiej, której bynajmniej nie spędził nad książkami.

Alicja. Zupełnie jak w piosence, którą zna każdy, kto cho
ciaż raz był na koncerci
e w
najbardziej nawet upodlonym

pubie.
Alice, Who the Fuck Is Alice
?

Gdybym wiedział, że to
właśnie ją spotkam, nigdy bym się tu nie zjawił.

Zakręciła długopisem i zrozumiałem, że jest to zapro
szenie, abym usiadł przy biurku.
Bezwolnie, jak lunatyk, uczyn
iłem to. Serce przestało łomotać. Wracałem do formy.
Kiepskiej, ale jednak.

-

Co cię sprowadza, Rudolfie? Twoje problemy czy jakieś zmagania ze światem?
-

Strzeliła spojrzeniem koloru granatu.

Rudolfie. Tak właśnie do mnie mówiła. Jak do krnąbrnego ucznia
w szkole albo postaci
z kreskówki. Dobrze wiedziała, że tego nie lubię.

-

Chodzi o fale SMR oraz alfa
-

wyszeptałem i niewinnie spuściłem oczy.
-

Wciąż nie
mogę osiągnąć stanu twórczego relaksu.

Poznaliśmy się wieki temu. Ściślej, przed czternastoma laty.
Dla dzieci ery internetu to
niewyobrażalna perspekty
wa. Wspólnie występowaliśmy na szkoleniu dla policjantów. Ona
opowiadała o różnych psychologicznych sztuczkach przydatnych przy określaniu emocji
świadków i podejrza
nych. A ja? Pewnie o ojcu profilerów,

Jamesie Brusselu, któ
ry opisywał
Szalonego Bombiarza. Znam to na pamięć. Szu
kajcie dobrze zbudowanego mężczyzny w
średnim wieku, katolika, cudzoziemca, mieszkającego z bratem lub siostrą, a gdy go
znajdziecie, będzie miał na sobie dwurzędowy gar
nitur.
Jedno wówczas mówiłem, co innego
myślałem. Wpa
trywałem się w tę dziewczynę o hebanowej skórze z mie
szaniną podziwu i
nadziei, z fascynacją i lękiem, niemal tak, jak tamten młody piłkarz patrzył na mokrego
Włocha, me
nedżera, który utopi go w łyżce wody.

-

Nie jest tak źle. Chyba potrafisz się jednak twórczo zre
laksować.

Gówno prawda. Nie potrafiłem. Znałem to na wylot. Pod
łączają cię do jakiejś aparatury,
a ty falami mózgu masz przesuwać samolocik na ekranie komputera. Im wyżej sa
molocik
wz
le
ci, tym le
piej. Jeśli żyjesz w ciągłym napięciu

i stresie, maszyna będzie poruszała się na
niskiej wysokoś
ci, a czasem nawet zabłądzi we mgle. Podobno potrafiłem się koncentrować
na zadaniu. Czyli z falami beta wszystko było u mnie w porządku. Ale z tymi bardziej
p
ożądanymi, z SMR i alfa, nie było za we
soło. Dla specjalistów od neuro
feedbacku, jako
profiler z syndromem wypalenia, trwający heroicznie na posterunku, byłem zarówno zagadką,
jak i cennym obiektem badań. Tylko patrzeć, a odkryją w mojej głowie coś, co zmi
eni oblicze
medycyny.

-

Za chwilę
-

spojrzała na zegarek leżący na biurku
-

mam następną wizytę. Gdybyś
mógł się więc streszczać...

Następna wizyta. Ładnie. Żaden tam kolejny pacjent albo, co w dzisiejszych czasach
modniejsze, klient. Alicja zawsze ważyła
słowa i wysławiała się tak, jak należy.

-

Nie chcesz chyba zaprosić mnie na tygodniowe waka
cje?
-

Wyprowadziła kolejny
sztych w moją stronę.

-

Lato w tym roku ma być wyjątkowo piękne, ale i tak pewnie nie wytrzymałabyś ze
mną trzech dni. Jacek Kos
-

powie
działem.
-

On mnie do ciebie sprowadza.

Drgnęła, gdy usłyszała nazwisko. Albo tak mi się zdawało.

-

Dlaczego o niego pytasz?

-

Popełnił samobójstwo. Był twoim
-

zawahałem się
-

pa
cjentem... Jest w tej śmierci
kilka niejasności...

Wstała od biurka i podesz
ła do okna. Podciągnęła żaluzje. Słońce na jej odkrytych
przedramionach i szyi tworzyło zło
tą poświatę.

-

Prowadzisz tę sprawę?
-

zapytała.
-

Jak wiesz, informa
cje o naszych pacjentach
-

zaakcentowała to słowo
-

są po
ufne.

Pokręciłem głową i wyjąłem ele
ktronicznego papierosa.

-

Nie prowadzę śledztwa. Chodzi o pytania poza konkur
sem.
I

poza protokołem.

Wyjaśniłem jej, co wiem. Było tego niewiele. Powiedzia
łem też o ojcu, który pojawił
się nagle po czterdziestu latach milczenia. Słuchała cierpliwie. Do c
zasu.

-

Józef Heinz zjawia się w twoim życiu, a ty przychodzisz do mnie! Co ty sobie myślisz
-

parsknęła.
-

Że jesteś jak Philip Marlowe? Nie nosisz prochowca, ale tupet masz ten sam! I
cynizm też ci dopisuje.

Obracała w palcach długopis i milczała. Czekał
em, co zro
bi. Wreszcie podjęła decyzję.

-

Dobra.
-

Westchnęła.
-

Co chcesz wiedzieć? Na więk
szość pytań i tak nie będę mogła
odpowiedzieć. I pamiętaj
-

wymownie skierowała wzrok w stronę biurka
-

mamy kilka minut.

-

Po prostu
-

rozłożyłem ręce
-

opowiedz

mi o nim. Co możesz. Nakreśliłem ci sytuację.
Tak będzie najprościej.

-

Cóż
-

zamknęła notes, który przed nią leżał, jakby chcia
ła w ten sposób podkreślić, że
jest dobrze przygotowana do wygłoszenia wykładu
-

musisz pamiętać, że hazard to
uzależnienie ja
k każde inne...

Zawahała się.

Zresztą wiesz coś o tym, chciała zapewne dodać, lecz po
wstrzymała się.

-

Zakładasz się nie po to, by osiągnąć korzyść, wygrać pieniądze, ale dlatego, że nie
możesz żyć bez tej dawki adrenaliny, która jest istotą hazardu.

-

To

trochę tak jak z moją pracą w policji?

Uśmiechnęła się.

-

Ty to powiedziałeś. Kos trafił do mnie w 2002 roku, krót
ko przed wyjazdem na
Zachód. Znajdował się w punkcie, który nazywamy fazą desperacji. Krótko mówiąc, jest to
stan bezradności, wyczerpania.

Odsuwasz się od przyja
ciół. Nie liczysz już na wygraną, ale
zadłużasz się, by spłacić starych wierzycieli i jeszcze raz zagrać...

-

Rozumiem, że ktoś go do ciebie skierował?

-

To był ktoś z klubu, nie pamiętam dokładnie. Trener albo ktoś taki.

-

Czy Kos
opowiadał może coś o kłopotach finansowych? O ludziach, od których
pożyczał pieniądze?

-

Unikał tego tematu. Tylko raz, pamiętam bardzo dobrze, powiedział, że ludzie, u
których się zadłużył, to nie są plu
szowe misie. Miał w sobie jednak tyle siły, że
wypr
owadziliśmy go na prostą. Trochę to wszystko trwało, ale dał radę. Pojawiły się
perspektywy wyjazdu do dobrego klubu i to też go wzmocniło.

Zadałem jeszcze kilka pytań, ale niewiele się dowiedzia
łem. Byłem tak samo mądry jak
godzinę wcześniej.

-

O ile dob
rze cię zrozumiałem, z hazardem jest trochę tak, jak z kasowaniem plików.
Niby nic już nie ma, jest się czystym, ale coś zalega na twardym dysku?

-

Właśnie tak. Adrenalina to jedno. Ale hazardzista chce zobaczyć, czy los jest po jego
stronie. Więc nieustan
nie za
kłada się sam ze sobą. O wszystko.

-

Na przykład?

-

Na przykład czy dziś pokonasz trasę z domu do pra
cy o pięć minut szybciej niż
wczoraj. Zabawiasz się tak?
-

Drwina w jej głosie była aż nadto odczuwalna.

Wstałem. Nie było sensu brnąć w to dalej.
Wyjąłem wizy
tówkę i położyłem na biurku.

-

To na wypadek, gdyby coś ci się jeszcze przypomniało. Pewnie mój numer już dawno
wykasowałaś. A co do mnie
-

podniosłem nieco głos
-

nie mam czego sprawdzać. Los ni
gdy
nie był po mojej stronie.

Chciałem coś jesz
cze dodać, ale rozległo się ciche puka
nie i w drzwiach pojawiła się
recepcjonistka.

-

Następny gość przyszedł do pani.

Alicja odprawiła dziewczynę ruchem ręki.

-

Los nigdy nie był po mojej stronie
-

powtórzyła, roz
ciągając słowa.
-

Rudolf Heinz,
jego po
czucie winy i noto
ryczne spoglądanie w przeszłość... Widzę, że przynajmniej z
papierosami sobie radzisz. Chociaż ten e
-
papieros to jak stosunek przerywany.
-

Zmrużyła
oczy i przeciągnęła się. Prowokowała mnie.

Wyglądała jak rozdrażniona puma w klatce.

-

N
igdy nie zrozumiałam
-

ciągnęła
-

dlaczego mnie nagle zostawiłeś. Co takiego się
stało.

-

Może dlatego, że jesteś psychologiem...

-

Psycholożką!
-

warknęła.

Machnąłem ręką. Niech jej będzie. Psycholożką.

-

Może gdybyś nie traktowała mnie tak... jakbym był
jeszcze jednym przypadkiem w
twojej karierze terapeutki, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Wstała. Zacisnęła pięści i wsparła się na biurku.

-

Chciałaś mnie naprawić i dołączyć do kolekcji cudow
nie uleczonych. A ja nie chcę
być naprawiany. W sumie lu
bię
swoje niedoskonałości, Pocahontas.

Ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem bar
dziej natarczywe.

-

Dlaczego się uśmiechasz?
-

zapytała cicho.

-

Założyłem się ze sobą, że zanim skończymy rozmowę, twoja koleżanka zapuka
jeszcze raz. Recepcjonistka
zawsze puka dwa razy. Fajnie brzmi, prawda?

Odprowadzały mnie trzy pary ponurych oczu. Małej Poca
hontas nie dziwiłem się
specjalnie. Recepcjonistce też nie, o ile słyszała moje ostatnie słowa. Ale dlaczego
wychudzony czterdziestolatek w garniturze za, tak

na oko, dwie moje pensje, był równie
pochmurny? Tego nie rozumiałem. Wy
glądał bardziej na kokainistę niż hazardzistę, ale kto
go tam wie? Może też się o coś założył z samym sobą.

Spotkanie z Pocahontas odchorowałem dwoma piwami. Wróciłem do domu i sącząc

browar, odtworzyłem sobie w głowie naszą rozmowę. Pominąłem wątki osobiste. A gdy już
zapanowałem nad emocjami, zrozumiałem, że coś mnie w tej opowieści uwiera, tak jak
potrafi uwierać kamień w bu
cie. Alicja dziwnie zareagowała, gdy wymieniłem nazwisko
p
iłkarza. Bez zdziwienia przyjęła informację o jego samo
bójczej śmierci. Musiała już o tym
wiedzieć. Może nic w tym dziwnego, kiedyś był jej pacjentem. No właśnie. Kiedyś. Bez
zaglądania do notatek przypomniała sobie, kiedy Kos

poddał się terapii. A potem
zasypała
mnie okrągłymi zdania
mi. Żadnych konkretów. Z jednym wyjątkiem. Jak to było? Że
sponsorzy hazardowych szaleństw to nie są pluszowe misie. Zdziwiłbym się, gdyby było
inaczej. Czułem, że w jej wypowiedziach istniała jakaś trudno uchwytna luka. Powi
nienem ją
o parę spraw dopytać, ale miałem tylko telefon do gabinetu. Numeru komórki nie wziąłem.
Może żeby nie kusić losu. A może po prostu byłem przewrażliwiony i szu
kałem na siłę
czegoś, co pogrążyłoby tę hebanową piękność

w moich oczach.

Minęła godzi
na, gdy zadzwoniłem do Josepha. Opowie
działem mu o wizycie. Niektóre
fragmenty pozostawiłem

dla siebie.

-

Od kogo mógł pożyczać kasę? Od kolegów z drużyny?

-

Nie sądzę
-

wysapał.
-

Wiedzą, jak to się kończy. To ktoś inny, ale związany z piłką
-

stęknął.

-

Dobrze się czujesz?

-

Świetnie. Trzymam słuchawkę przy uchu i robię brzusz
ki
-

jęknął.
-

By nie wyjść z
formy.

Aha. Brzuszki. Też ćwiczę, tylko inaczej. Upiłem kolejny

łyk z puszki.

-

Możesz podzwonić i spróbować dowiedzieć się czegoś na ten temat?
-

zap
ytałem.
-

Może to jakiś kibic? Jakiś ważny w tym środowisku...

-

Dobra.

-

A wracając do twojego wcześniejszego pytania: tak, ow
szem, zajrzałem na waszą
stronę.

Sapanie ucichło.

-

Brakuje tam informacji o waszych interesach w Azji i Afryce. Nie chwalicie s
ię tym
zbyt głośno.

-

Nie wszystko zamieszcza się na stronie
-

odpowiedział po chwili milczenia. Czułem,
że opuścił go dobry humor.

I o to chodziło.

Oddzwonił po dwóch godzinach, gdy przysypiałem ko
łysany bluesami Skipa Jamesa.
Strzał z kibicem okazał się

trafiony. Był taki facet. Szalikowiec Ruchu Chorzów. Maciej
Treliński, bardziej znany jako Troll. Dziś właściciel rozlicz
nych biznesów. Czy słyszałem o
takim? Nie, raczej bym za
pamiętał, gdyby grał w mojej więziennej lidze. Obiecałem, że
rozejrzę się, m
oże nawet pogadam z tym Trollem.

-

Tak się zastanawiam
-

usłyszałem w słuchawce
-

jaki to ma sens. Nawet jeśli się
zadłużył, było to lata temu. Jaki może mieć to związek z jego samobójstwem?

Joseph zaczyna zadawać takie same pytania jak ja. Jesz
cze chwila

i odbierze mi robotę.

-

Też nie wiem. Ale może wtedy wpadł w złe towarzy
stwo. Coś widział, może był
świadkiem jakiegoś zdarzenia. A po latach przeszłość odżyła... Gdy tak chodzę wokół tej
sprawy, zauważam pewną prawidłowość.

-

Jaką?

-

Widzę, że piłkarze
mają ciekawe biografie. I że rozgry
wają interesujące mecze nie
tylko na boisku.

Nie odpowiedział na moją zaczepkę, ale na pewno zrozu
miał aluzję. Wybąkał kilka
słów i rozłączył się. Zastanawia
łem się, jak długo to potrwa, zanim uzna, że ma mnie dość.
Sa
m tego chciałeś, pomyślałem. Sięgnąłem po telefon, by odnaleźć numer komisarza
Chądzyńskiego, chorzowskiego policjanta, z którym kilka razy pracowałem. Troll był
postacią z jego bajki. W dodatku postacią pierwszoplanową, jak to bywa w wypadku
szalikowców,
którzy przepoczwarzają się w szemranych przedsiębiorców. W ostatniej chwili
zmieniłem zdanie. Coś podpowiadało mi, że powinienem wybrać mniej formalną drogę.

Zadzwoniłem do kogoś, kto także miał ciekawą biografię. I podobnie jak ja nie
przepadał za fanatyc
znymi kibicami.

-

Troll?
-

Zdziwił się.
-

Nie, nie znam. Ale nie ma takiego człowieka na Śląsku, o
którym nie dowiedziałbym się, cze
go trzeba, w ciągu godziny. Chcesz się założyć?

Przed oczami mignęła mi hebanowa skóra małej Pocahontas. Chciałem powiedzie
ć
mojemu rozmówcy, że jest na

dobrej drodze, by uzależnić się od zakładów i hazardu, ale

rozłączył się.

Purple Haze

Hendrixa odezwało się w moim telefonie trzy kwadranse później. Wiem,
bo akurat kończyłem słu
chać
Horses

Patti Smith.

-

Czterdzieści pięć mi
nut
-

krzyknął Kastoriadis.
-

Mówi
łem, że nie minie godzina?
Miałeś rację, ten Troll to ciekawa postać, a takich niełatwo namierzyć. Ale znalazłem ogniwo
pośrednie, które nas do niego doprowadzi. Musimy tylko udać się w jedno miejsce.

-

Tak?
-

przeciągnął
em sylabę. Nie zawsze przepadam za pomysłami Kastoriadisa.
Szczerze mówiąc, rzadko kiedy je akceptuję.

-

Do klubu MMA.


9

I jak ci się podoba?
-

zapytał Kastoriadis.
-

Może walki w klatce to twoje powołanie?

-

Wolę otwarte przestrzenie.

-

Ja chyba też
-

za
mruczał.

Staliśmy w uchylonych drzwiach jednej z sal AWF
-
u w Ka
towicach na Mikołowskiej, a
w środku kłębiło się kilkunastu osiłków. Wszyscy łysi, w krótkich spodenkach i T
-
shirtach.
Czterech z nich, w rękawicach bokserskich, z zapamięta
niem waliło w work
i treningowe.
Dwóch wykonywało jakieś wygibasy na macie w rogu sali. Kastoriadis wytłumaczył mi, że to
elementy brazylijskiego ju
-
jitsu, ponoć całkiem przy
datne w rozmaitych sytuacjach
życiowych. Pozostali stali przy ringu, na którym odbywał się sparing.
Dwóch ciężko
dyszących facetów sczepiło się ze sobą i przywarło do lin.

Wyglądali trochę jak syjamscy
bracia, trochę jak biesiad
nicy w ostatnich godzinach wesela. Nagle rozdzielili się. Ten niższy
błyskawicznie znalazł się za plecami przeciwni
ka, uniósł
go do góry, rzucił na matę i zaczął
dusić. Łoskot upadających ciał odbił się od ścian. Widzowie mruczeli z uznaniem, kilku
klaskało. Zwycięzca zaprosił do sparingu następnego zawodnika.

-

Niezły jest.
-

Kastoriadis z uznaniem kiwnął głową w stronę ringu.

R
ozglądałem się po sali. Dwóch bokserów przestało okła
dać worek. Odwrócili się do
siebie i zaczęli ćwiczyć ciosy proste. Do ścian oraz do ringu przytwierdzone były banery z
literami

FW


oraz rozwinięciami skrótu.
Fight Wish.
Fajna nazwa dla klubu zabijakó
w.
Prawie jak

życzenie śmierci

.

-

Wiesz, który to Krasnolud?
-

zapytałem.

Wzruszył ramionami.

-

Ten.
-

Pokazał palcem najniższego z chłopaków.
-

Albo tamten.
-

Wskazał na
dryblasa, który miał dobrze ponad dwa metry wzrostu.
-

Jeszcze nie wiem, który to,

ale zaraz
się dowiem.

Odchrząknął i niespodziewanie krzyknął. Czerwone od wysiłku twarze skierowały się w
naszą stronę. Równocześ
nie, jakbyśmy ćwiczyli to latami, unieśliśmy dłonie w geście
pozdrowienia. Dwóch komików i ich popisowa sztuczka. Dziwacznie
musiało to wyglądać.
Faceci w drzwiach. Jeden w płaszczu, z siwymi włosami opadającymi na ramiona, drugi,
równie niechlujny, w sztruksowej marynarce.

-

To ten najmniejszy
-

szepnął Kastoriadis.
-

To nasze bra
kujące ogniwo.

Troll i Krasnolud. Panie przedsz
kolanki byłyby zachwyco
ne. Ja nie byłem. Po drodze
Grek opowiedział mi co nieco o Trelińskim. Weteran i dawny wód
z

kibiców Ruchu. Słynął z
odwagi i bezwzględności wobec szalikowców

gieksy

. Wiedziałem coś o tych bitwach nie
dlatego, że byłem po
licjantem
, ale ze względu na to, że odbywały się za moimi

oknami.
Dolny Tauzen był miejscem, gdzie krzyżowały się strefy wpływów obu drużyn, z Katowic i
Chorzowa. Troll należał do legendarnych weteranów. Był zdeterminowany, najbardziej
pojebany i ogarniał temat. Ja
koś w ten sposób ujął to informator Kastoriadisa. W szczegółach
wyglądało to tak, że pod jednym z bloków znaleźli chłopaka w szali
ku GKS
-
u pociętego
maczetą. Twierdzono, że to robota Trelińskiego, ale nie postawiono mu zarzutów. Innym
razem zamaskowana br
ygada wpadła z kijami bejsbolowymi na salę gimnastyczną
wypełnioną zwolennikami

gieksy

. Za tą akcją znów miał stać Troll. Skończyło się jak
poprzednio, czyli niczym. A później, bliżej naszych czasów, watażka ki
biców rzeczywiście
ogarnął temat. Zaczął pr
owadzić skle
pik z klubowymi pamiątkami i kiełbaskami przy
stadionie. Amatorom innych wrażeń oferował dopalacze dostępne w budkach czynnych całą
dobę i obleganych przez gów
niarzy w weekendy o trzeciej w nocy. A dla wybrednych i
koneserów, którym nie pasow
ała efedryna, Troll miał coś ekstra w zanadrzu. Amfa,
metamfetamina, MMDA oraz inne kombinacje literek określające podobne substancje. Jego
żona była przykładną bizneswoman. Miała sieć sklepów z używaną odzieżą sprowadzaną z
Anglii. Nowa dostawa raz w tygo
dniu. Od takich budek zaroiło się na Śląsku w ostat
nich
latach. Pewnie nie tylko tu. I tak interes państwa Trelińskich się kręcił. W sumie nic
specjalnego, klasyczna droga od stadionowego rzezimieszka do gangstera przykrywają
cego
swoje ciemne sprawki now
iuteńkim garniturem i pli
kiem banknotów w spoconej ręce.

Trening się skończył. Wszyscy przybijali sobie piątki, a niektórzy obejmowali się, jakby
mieli się spotkać dopie
ro w przyszłym stuleciu. Okładanie się po twarzy, duszenie i
zakładanie dźwigni jedno
czy ludzi.

-

Krasnolud, możemy na chwilę?
-

Zatrzymałem chłopa
ka w drzwiach. Poczekaliśmy,
aż wszyscy wyjdą z sali.

-

Coście za jedni?
-

Zmrużył oczy.

Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Krasnolud, żołnierz Trolla. Był ode mnie niższy
przynajmniej o głowę
. W dodat
ku wyglądał tak, jakby głowa wrosła mu w kark. Jakby
szalony chirurg pozbawił go szyi. Całości dopełniały stylowe blizny przy łukach brwiowych.

-

Przyjaciele przyjaciół.
-

Kastoriadis wyszczerzył zęby.
-

Amigos dos amigos
.

-

Nie zwracaj na niego
uwagi.
-

Wskazałem palcem Gre
ka.
-

Jak trwoga, to do Trolla.
Potrzebuję się spotkać. Podob
no możesz to ułatwić.

Chłopak podrapał się w głowę. Ciężko trenował. I równie ciężko myślał.

-

Nie znam takiego.

Próbował nas wyminąć, ale Kastoriadis kocim ruchem
za
stawił mu drogę.

-

Tężyzna fizyczna i odporność psychiczna
-

Grek cedził słowa.

Krasnolud patrzył na niego szeroko otwartymi oczami i nic nie rozumiał. Nie on jeden.

-

To mięsień czworogłowy, prawda?
-

Mistrz karate wska
zał na udo chłopaka. Nie
czekał
na odpowiedź.
-

Czy dało
by się jedną z tych głów przeszczepić tu?
-

Dotknął palcem
swojej skroni.

-

Ten facet jest pojebany!
-

Krasnolud spojrzał na mnie.
-

Tak w ogóle to jestem
spokojny, ale zaraz mu przypier
dolę!

Nawet nie próbuj, synu. To ostatnia my
śl, jaka powinna ci przejść przez głowę. Dopóki
jeszcze ją masz.

-

Mówiłem ci, byś nie zwracał na niego uwagi. Lepiej za
dzwoń do pana Trelińskiego.
Powiedz mu, że jest grubsza sprawa. A ty, jak się dobrze spiszesz, dostaniesz nagrodę.

Na słowo

nagroda


p
rawie zastrzygł uszami. Prawie, gdyż zmacerowane od
zapaśniczych chwytów małżowiny na to nie pozwalały.

-

Powiedz mu tak
-

tłumaczyłem cierpliwie
-

jest duża sprawa na literę

A

. I nie chodzi
mi o anioły ani zespół ABBA. Przekaż mu jeszcze coś. Pozdrowien
ia od świętej pa
mięci
Jacka Kosa. Zapamiętasz? Jacek Kos. Wiesz, kto to był?

Ponownie zamrugał oczami.

-

Mnie o to pytasz?
-

Uderzył się palcem wskazującym w szeroką klatę.
-

Mnie?
Poczekajcie tu, zobaczę, co i jak.

Wrócił po pięciu minutach.

-

O

dziesiąt
ej w Piekarach Śląskich. Na Manhattanie pod

pubem.

Spojrzałem na zegarek. Było kilka minut po siódmej.

-

Dlaczego dopiero za trzy godziny? Trochę mi się spie
szy.

-

Wiesz, gdzie to jest?
-

nie odpowiedział na moje pytanie.

Wiedziałem. Manhattanem nazywano

część Osiedla Po
wstańców. Był tam pub

U
Jacka

, w którym rok temu gra
liśmy koncert. Z bogatego repertuaru spojrzeń Krasnolud na
pożegnanie zafundował mi takie, które nazwałbym nie
ciekawym. Może byli tacy, którym
włosy stanęłyby dęba, a kropla potu spł
ynęła wzdłuż kręgosłupa. Ale na mnie to nie działało.
Przez wszystkie lata Kastoriadis nauczył mnie z pewnością jednego. Groźny jest nie ten pies,
który głośno szczeka, lecz ten, który warczy. Grek usłyszał to lata temu od swojego senseia.
A tamten od Funa
koshiego, twórcy ka
rate. Też to komuś powiem.

I tak zakończył się mój pierwszy trening MMA.


10

Na butelce wody niegazowanej matka tuliła niemowlę i uśmiechała się do mnie. Drugą
buteleczkę Kastoriadis

postawił przed sobą. Gdy zamówiłem kebab, z dezaproba
tą pokręcił
głową i wskazał na mój brzuch. Na stole leżała poplamiona tłuszczem gazeta i Grek zaczął ją
kartkować.

-

Widziałeś ten film?
-

Kastoriadis odwrócił gazetę w moją stronę.
-

Niezły hard core.

Karate nie było jego jedyną pasją. W dyskusjach na te
mat polityki krajowej i
zagranicznej nie miałem z nim szans. Sta
ram się zresztą unikać takich tematów, bo wiem, jak
to się kończy. Efekty politycznych sporów widziałem kilka razy na podłodze. Zakrwawione i
pozbawione życia.

Zerknąłem na artykuły. Dotyczył
y reportażu pokazane
go w telewizji. Chodziło o
manifestujących pod Pałacem Prezydenckim. Jeden głos zarzucał dziennikarzowi skrajną
manipulację. Drugi brał reportaż w obronę. Nic nowego. Mieliśmy trochę czasu, więc
przerzuciłem kolejne strony. Krótka nota

dotyczyła planowanej likwidacji
Familiady.
Do
-
wiedziałem się, że program był tylko kilka lat młodszy od mojego syna. Swoją drogą,
ciekawe, czy jest w Polsce ktoś, kto obejrzał wszystkie odcinki?

Kastoriadis dwa razy wstał od stolika i wyszedł na telefo
ni
czne pogawędki.
Najwyraźniej były sprawy, w które wolał mnie nie wtajemniczać. Zerknąłem na ostatnią
stronę. Bayern Monachium wygrał z Francuzami i awansował do finału Ligi Mistrzów.
Bawarczycy zacierają ręce, licząc zy
ski. Joseph zapewne też jest w siódm
ym niebie. Gdy
Grek po raz trzeci podniósł się z krzesła, wiedziałem, że powin
niśmy ruszać.

Zbliżaliśmy się do Piekar Śląskich. Po drodze opowie
działem Kastoriadisowi o
spotkaniu z Alicją. Potakiwał gło
wą i milczał. Wiedział o moim życiu niemal wszystko
.
Czasa
mi miałem wrażenie, że wie o mnie więcej niż ja sam. Nigdy nie komentował moich
wyborów. Tylko kilka razy, podczas treningu, próbował mnie prowokować.

-

-

mruczał.
-

Ale przede wszystkim potrzebujesz stabilnych
emocji
-

dodawał, gdy

nacierałem z furią, nadziewając się na jego uderzenia o sile ładunku
atomowego.

Kastoriadis skończył kawę i bawił się kubkiem.

-

Tak ci powiedziała? Że żyjesz przeszłością? To coś ci

opowiem.

Była to historia o dwóch buddyjskich mnichach. Wędr
o
wali do klasztoru, gdy zerwała
się burza. Kiedy dotarli do skrzyżowania dróg, zobaczyli piękną młodą dziewczynę przy
brzegu rwącego strumienia. Jeden z mnichów zapro
ponował pomoc i przeniósł ją na drugi
brzeg. Potem ruszyli w dalszą drogę. Szli w milcze
niu. Nagle ten drugi wybuch
nął:

Jak
mogłeś! Przecież wiesz, że nie wolno nam dotykać kobiet!

. Na to usłyszał odpowiedź:

Ja
zostawiłem dziew
czynę przy strumieniu, a ty ciągle ją niesiesz

.

-

Co chcesz mi przez to powiedzieć?

-

Żebyś przestał żyć tym, c
o usłyszałeś dziś od Pocahontas.

Dotarliśmy na miejsce. Zaparkowałem samochód kilkaset

metrów przed pubem.

-

Jak sądzisz, dlaczego spotykamy się o dziesiątej?

-

Bo jest ciemno.

-

I?

-

Bo Troll chciał przygotować się do spotkania. Ja też jestem przygotowan
y.
-

Dotknąłem wypukłości pod lewą pachą.

-

To idź na miejsce, a ja popatrzę, jak sobie radzisz.

Stanąłem pod pubem i spojrzałem na zegarek. Pięć po.

Nie spieszy mu się. Żadnemu dilerowi nigdy się nie spieszy. W ten sposób okazują
swoją władzę i przewagę.

Usłyszałem klakson samochodu. Ktoś w eleganckim czarnym audi
mru
gnął do mnie światłami, a ja zamrugałem oczami.

-

Ty chciałeś się ze mną spotkać?
-

Padło pytanie zza

uchylonej szyby.

Uniosłem rękę do góry i podszedłem do samochodu.

-
Wsiadaj.
-

Usłyszałe
m.
-

Staniemy w uliczce obok. Mniejszy ruch.

Zlustrowałem wnętrze auta. Oprócz kierowcy nie było ni
kogo. Usiadłem obok Trolla.

Treliński nie przypominał wyglądem pospolitego zakapiora. Jeśli ktoś spodziewałby się
grubego karku, wyle
wającego się brzucha i

złotego łańcucha na szyi, byłby zawiedziony.
Pozłacane oprawki okularów sprawiały, że wyglądał jak informatyk, który właśnie przyleciał
z Doli
ny Krzemowej. Ubranie z pewnością nie było second handem z Anglii. A dzieci posłał
do prywatnych szkół. Prawie m
ógłbym uwierzyć, że w samochodowym schowku trzyma
Fenomenologię ducha

Hegla albo innego klasyka filozofii. Tylko kwadratowy obrys szczęki
świadczył o nadmiarze te
stosteronu. Dla równowagi sygnet z wygrawerowaną literą

T


był
zapewne w jego mniemaniu świa
dectwem dobrych

manier.

Skręciliśmy w boczną uliczkę. Światła samochodu omio
tły napisy na narożnej
kamienicy.

Niebieska dzielnica

.

Śmierć konfidentom i społecznikom

. Nie ma co,
przytulnie tu. Troll dotrzymał słowa i zatrzymaliśmy się. Wysiadł i oparł
się o samochód. Ja
także wysiadłem i podszedłem

do niego.

-

To o co chodzi z tym Kosem?
-

zapytał gardłowo. Coś takiego słyszę czasami na
starych, zdartych winylach.

-

Sam chciałbym wiedzieć.
-

Wzruszyłem ramionami.

-

Zacznijmy, kurwa, od tego
-

Troll sapn
ął
-

że wyjaśnimy sobie parę rzeczy. Na
początek, skąd ty się wziąłeś, ryju?

Wsunął rękę do samochodu i nacisnął klakson. Z jednej z bram wychynęły dwie
postaci, które od biedy można by zaliczyć do człekokształtnych.
O

ich związku z ludzkością
najpełniej ś
wiadczył strój sportowy. Jeden, ten większy, trzymał kij bejsbolowy. Rzut oka za
siebie wystarczył, by zo
rientować się, że ta droga ucieczki została odcięta. W moim kierunku
zbliżał się Krasnolud. Drapał się po głowie, jakby zastanawiał się, co ze mną zro
bić. Połknąć i
popić czy załat
wić to bez popity. Robiło się nieciekawie. Ja też myślałem,

czy to właśnie ten
moment, bym sięgnął po glocka. Ale wtedy z jednej z bram wyszedł ktoś jeszcze. Troglodyci
oto
czyli mnie, a Kastoriadis w rozpiętym płaszczu, cich
o po
gwizdując, zbliżał się do naszej
wesołej gromadki.

-

To pies, czuję, że to pies.
-

Krasnolud wskazał mnie pal
cem i zwrócił się do Trolla:
-

A ten łazęga
-

kiwnął w stronę Greka
-

był w klubie razem z nim.

-

Co tu jest grane?
-

Troll spoglądał to na m
nie, to na Kastoriadisa.

Mistrz przestał gwizdać. Nie wpatrywał się już w swoje buty. Popatrzył na Krasnoluda.

-

Zabolały mnie twoje słowa
-

wymamrotał.
-

Może nie wywołuję euforii przy
pierwszym spotkaniu, ale nadrabiam przy drugim.

Wszystko potoczyło się

błyskawicznie. Dłonie Kastoriadisa wystrzeliły z kieszeni i oba
palce wskazujące trafiły Kra
snoluda w oczy. Stara zasada głosi, by zaczynać od tego, który
wydaje się najbardziej niebezpieczny. Chłopak krzyk
nął, złapał się za twarz i osunął na
chodnik.
T
odome.
Cios kończący. Tak to właśnie wygląda. Krótki ruch wystarczył, by
wytrącić kij z ręki drugiego troglodyty. Grek zacisnął palce na jego kroczu. Chodzenie w
dresie ma swoje zale
ty, ale posiada także wady. Oto jedna z nich. Osiłek zawył, a po chwili
z
aczął charczeć, gdy żelazne palce lewej ręki Kastoriadisa chwyciły go za gardło. Wszystko
rozgrywało się w ułamkach sekund. Sto kilo żywej wagi uniosło się jak piórko w powietrze,
po czym Grek cisnął cielskiem o jezd
nię. Chrupnięcie, które usłyszałem, nie

wróżyło
chłopako
wi niczego dobrego. Będzie mógł przynajmniej zapisywać złote myśli na gipsie. Ten
trzeci miał najwyraźniej najwię
cej oleju w głowie. Nie czekał na egzekucję, tylko rzucił się
do ucieczki. Krzyknął przeciągle

kurwa

, jakby wznosił okrzyk

bojowy, i tyle go
widzieliśmy.

Troll także nie czekał na rozwój wydarzeń. Otworzył drzwiczki i sięgnął w stronę
schowka.

Nadszedł wreszcie ten moment. Wyszarpnąłem glocka z kabury i przystawiłem mu do
głowy.

-

Czujesz, kurwa, ten chłód na swoim popieprzon
ym łbie?
-

warknąłem.
-

To nowa
broń, jeszcze jej nie używałem. Chcesz, aby w taki sposób straciła dziewictwo?

Nie chciał. Uniósł ręce. Wykonałem krótki ruch i uderzy
łem go kolbą. Troll stracił
przytomność.

Gdy się ocknął i gdy Kastoriadis zdjął mu opaskę

z oczu, znajdował się w innym
wymiarze.

Ciekawe, jakie to uczucie? Opada kurtyna, zapada ciem
ność. Facet budzi się i
spostrzega, że już nie jest we wnętrzu ekskluzywnego audi z wygodnymi fotelami obitymi
jasną skórą. Zapachy smaru, wilgoci i gumy mieszaj
ą się ze sobą. A gdy jego oczy przywykną
do mroku, może wychwycić kontury urządzeń mechanicznych. Rozgląda się po
pomieszczeniu. Ale więcej zrobić nie jest w stanie, bo ręce i nogi ma przytwierdzone
łańcuchem do wielkiej opony od traktora.

-

Załatwimy to p
o mojemu
-

oświadczył Kastoriadis, gdy zapakował związanego Trolla
do bagażnika i złożył dwóm osiłkom propozycję nie do odrzucenia:

by zapomnieli o
spotkaniu. A potem nakazał mi jechać na przedmieścia Katowic. Nie protestowałem, nie
miało to sensu.

-

Skąd
wiedziałeś, gdzie będą czekać?
-

zapytałem.

-

Zobaczyłem tego osiłka od MM
A i jego dwóch kolegów. Poszedłem za nimi. Proste.

-

Ten płaszcz
-

spojrzałem na Kastoriadisa
-

nie krępuje ci ruchów?

-

Można się przyzwyczaić. Ważniejsze jest to, że traktują cię j
ak śmiecia. A właściwa
ocena sytuacji jest podstawą zwycięstwa. Oni mnie zlekceważyli, ja ich nie.

Fakt. Gdyby Grek chodził w obcisłym T
-
shircie, wyglądał
by jak maszyna do zabijania.

-

Dokąd jedziemy?

-

Do Papniaka.

Aha. Do Papniaka. Wszystko jasne.

-

Faj
ny człowiek. Chwytał się w życiu różnych zajęć. Zu
pełnie jak ja. Dlatego go lubię.

Powinien dodać, że Papniak, jak niemal wszyscy miesz
kańcy Śląska, miał wobec
greckiego mistrza karate dług wdzięczności. Właśnie przyszedł moment, by te zobowią
zania
spła
cić. Od opowieści Kastoriadisa rozbolała mnie głowa. Właściciel zakładu, do którego
zmierzaliśmy z Trol
lem w bagażniku, postanowił w starych czasach handlować wódką. Kupił
cztery butelki i czekał. Nikt nie przychodził, więc otworzył jedną. Pomyślał, że na

trzech,
które zostały, i tak zarobi. A że nikt nie zapukał, po dwóch godzinach na
począł następną.
Potem kolejną. I tak minął jeden z praco
witych dni w jego życiu.

-

Co z tego wynika?
-

zapytałem. Kastoriadis popatrzył na mnie zdziwiony.

-

Jak to co? Trz
eba cieszyć się chwilą.

Przed zakładem stały dwa potężne podświetlane maszty. Na jednym biało
-
czerwona
flaga z doczepionym na znak ża
łoby czarnym szalikiem. Na drugim flaga z potężną oponą
oraz napisem:

Wulkanizacja
-

Papniak

. Twórcy haseł re
klamowych
znaleźliby tu
nieocenione źródło inspiracji.

Troll nie potrafił cieszyć się chwilą. Na przemian potrzą
sał głową, jakby dopadał go
jakiś tik, albo nieruchomiał i wpatrywał się w nas z wściekłością.

-

Pożałujecie tego, kurwa. Zwłaszcza ty.
-

Spojrzał na Ka
storiadisa.

-

Potniesz mnie maczetą? Jak tamtego chłopaka pod blo
kiem?
-

Grek zmrużył oczy.
-

A
może wyciąć ci na czole trzy magiczne literki? GKS. Jak ty się wtedy, biedaku, pokażesz na
stadionie?

-

To wydziaram sobie pod spodem

chujem jest


-

Troll rzu
cił hardo. Tyle dumy nie
miał nawet Mel Gibson, gdy grał w
Bra
v
eheart
.
-

A ty już nie żyjesz!

Kastoriadis roześmiał się i bezradnie rozłożył ręce.

-

Chyba nie mam wyjścia, jak myślisz?
-

Spojrzał na mnie.

-

Posłuchaj, Trollu
-

mówiłem powoli, aby zrozumiał

każ
de słowo.
-

Chcę tylko
dowiedzieć się, co łączyło cię z Jac
kiem Kosem. To, że pożyczałeś mu kasę, już wiem.
-

Blefowałem.
-

Co w zamian? Przekręcał mecze, a ty wygrywałeś zakłady bukmacherskie? Jak
to było?

-

Nigdy nie kablowałem i nie zakabluję!

-

J
ednak nie mamy wyjścia
-

wtrącił Kastoriadis. Nacisnął przycisk i kompresor zaczął
wtłaczać powietrze w ogromną oponę.

-

Ty!
-

Troll szarpnął łańcuchami.
-

Co on, kurwa, robi? Kastoriadis wyłączył
kompresor.

-

Słyszałeś o tych nieszczęśnikach, którzy pompo
wali opony i wylecieli w powietrze?
Podobno to strasznie nie
przyjemny widok.
-

Skrzywił się.
-

Urywa człowiekowi to i owo, a
ten jeszcze żyje, dopóki się nie wykrwawi. To chy
ba
-

puknął w gumę
-

stara opona. Nie
wiesz
-

spojrzał na mnie
-

ile taka od tra
ktora potrzebuje atmosfer?

Znów uruchomił kompresor. Troll wił się i krzyczał, jakby chciał zagłuszyć syk
powietrza. Guma naprężyła się. Roz
legł się trzask, coś w oponie zaczynało pękać.

-

To jakiś pojeb!
-

wrzasnął Troll.

Już ktoś tak powiedział o moim p
rzyjacielu.

-

Przestań!
-

Treliński darł się wniebogłosy.
-

Pogadajmy!

Czerwoną twarz pokrywały kropelki potu.

-

To jest rozmowa między nami.
-

Sięgnąłem po stołek i usiadłem naprzeciwko niego.
-

Powiesz mi, co się sta
ło, i zapomnimy o naszym spotkaniu.
Nigdy się nie widzie
liśmy, okej?
Nie interesują mnie twoje lewe interesy, dopalacze ani amfa. Przynajmniej nie teraz. Więc jak
to było z Kosem?

Troll ciężko dyszał. Patrzył to na mnie, to na Kastoriadisa. Wreszcie zaczął mówić.

-

Znalem dobrze chłopaków,
Kosa też. Kręciłem się przy klubie. A on grał jak
nakręcony. Przegrał furę pieniędzy.

Poprosił, bym mu trochę pożyczył. To pożyczyłem.
Dajcie

mi coś do picia.

Podsunąłem mu do ust plastikowy kubek z wodą. Pił łap
czywie, aż się zakrztusił.

-

Spokojnie, bo
mi tu umrzesz. Kiedy to było?

-

Jakiś 2001. Już zaczęły interesować się nim zachodnie kluby, ale nie miał jeszcze
żadnych konkretnych propozycji. A on nie mógł mi oddać tej kasy. Więc zaproponowałem
mu inne rozwiązanie.

-

Wywiózł coś dla ciebie?

Wybałuszy
ł oczy.

-

Skąd wiesz? No dobra. Spalił mi się kontakt w Niem
czech, a Kos jechał tam na testy
medyczne. Dałem mu coś na drogę. To regulowało nasze sprawy.

-

Co to było? Amfa?

Nie odpowiedział.

-

Troll, nie zaczynajmy zabawy od początku.
-

Wymow
nie spojrz
ałem na kompresor.
-

Więc?

-

Amfa
-

wystękał.
-

Jedna akcja, nic więcej. Od tamtego czasu nie mieliśmy ze sobą nic
wspólnego, przysięgam! Ni
gdy nikomu o tym nie mówiłem. Grał przecież w naszym klubie,
więc mam szacun dla chłopaka.

Otworzył usta, jakby chc
iał coś jeszcze powiedzieć.

-

Chcesz coś jeszcze powiedzieć? Śmiało.

-

Powiedz mi coś. Dlaczego wszyscy nagle interesują się tym Kosem? Przecież chłopak
rzucił się pod pociąg.

Znieruchomiałem.

-

Jacy wszyscy? O kim mówisz?

-

Kiedy to było?
-

Próbował sobie

coś przypomnieć.
-

Chyba początek marca. Wyhaczył
mnie w jakiejś knajpie Grubas i dopytywał się o Kosa.

-

Kto to jest Grubas?

-

Jak to kto? Grubas to Grubas, nie pamiętam nazwiska. Wszyscy tak na niego mówią.
Dziennikarz. Facet, który wie o wszystkim, co
się dzieje w piłce. Zna tych wszystkich

trenerów i zawodników na wylot. Zaczął pytać o Kosa, ale go pogoniłem. Chwalił się, że ma
w rękach prawdziwą bom
bę i ją zdetonuje. Jakoś tak mówił. Ale po kielichu Grubas zawsze
się przechwalał.

Kos i Grubas. Pewne
zdarzenia zaczęły układać się w ca
łość.

-

Ten dziennikarz jest z Warszawy?

-

Pewnie, że nie stąd!
-

Troll szarpnął łańcuchami.
-

Czy możecie zdjąć ze mnie to
pieprzone gówno?

Kastoriadis uwolnił Trolla, a potem także jemu złożył pro
pozycję nie do odrzuce
nia.
Nie będziemy się bawić w
Kto
kolwiek widział, ktokolwiek wie.
Nic nie widziałeś i nic nie
słyszałeś. My tak samo. Rozstaliśmy się prawie jak dobrzy przyjaciele. Brakowało tylko,
byśmy wspólnie wybrali się na pizzę. Z tym od MMA też.

Był środek nocy, g
dy wróciłem do domu. Nie mogłem zasnąć. Włączyłem Davisa z
akustycznym składem z po
łowy lat sześćdziesiątych. Od tamtego czasu nic lepszego nie
wymyślono. Postęp dokonał się za to w moim prywat
nym śledztwie. Wiele wskazywało na to,
że Kos przyjechał do W
arszawy, by spotkać się z dziennikarzem. Jak o tym mówił? Że to
sprawa życia i śmierci. Kilka tygodni przed samobójstwem obrońca zaczął zachowywać się
inaczej niż zwykle. Tak twierdził ojciec. Na początku marca Grubas wy
pytywał o niego. Musi
być związek m
iędzy tymi faktami. Ale jaki? Co to mogło znaczyć, że dziennikarz miał
prawdziwą bombę? Czy to tylko pijackie napinanie się? Kos nie był niewiniątkiem, ale
czułem, że w tej sprawie nie chodziło o szantaż. A przynajmniej nie o taki pospolity.
Zdecydowa
łem,

że rano zadzwonię do Josepha. Niech uruchomi swoje kanały. Czułem, że
czeka mnie podróż do Warszawy. Może to i dobrze. Zwłaszcza że tym razem nie miał to być
pobyt służbowy. Przypo
mniałem sobie Karloffa i Maciej
ewskiego, policjantów, z którymi
pracowałem
przy dwóch sprawach. A także policjantkę chorą na raka.

Prywatne śledztwo Rudolfa Heinza. Kto by pomyślał. Philip Marlowe poklepałby mnie
po ramieniu. Też należał do ery analogowej. A ja byłem niedobitkiem po tamtych

czasach.

Spojrzałem na zegarek. Zbliżał
a się czwarta. Nie mogłem wiedzieć, że osiem godzin
później będę przyglądał się zma
sakrowanemu ciału mężczyzny, a świat, nie wiadomo który
już raz w moim życiu, wywróci się i stanie na głowie.


11

Siedziałem z ojcem w hotelowej restauracji i piłem kawę. P
oprosiłem o americanę w
jakimś naczyniu o rozsądnej objętości. Nigdy nie rozumiałem, jak można posługiwać się
filiżankami i tygielkami mikroskopijnych rozmiarów. Rów
nie dobrze można by posługiwać
się kieliszkami do wódki.

Joseph nadgryzł croissanta i przy
glądał mi się uważnie. Pewnie dostrzegł to, co sam
zobaczyłem rano w lustrze. Sine smugi pod oczami pogłębiły się, a linie zmarszczek stały się
czytelniejsze. Udręczenie wypisane na twarzy było nieodłącznym symbolem mojego życia.
Pasowało do mnie tak, jak
magnum 44 do Brudnego Harry'ego. Jednak nie ma co się nad sobą
użalać. Ostatecznie nie startuję w konkur
sach piękności.

-

Grubas?
-

Joseph skrzywił się, gdy zapytałem o dzienni
karza.
-

Jest taki. Skąd go
wytrzasnąłeś?

Opowiedziałem o spotkaniu z Trollem.

O drastycznych okolicznościach, w jakich
odbyła się pogawędka, wolałem milczeć. To są powiastki dla ludzi o mocnych nerwach. Nie
pominąłem natomiast historyjki o Jacku Kosie i przemy
cie amfetaminy. Joseph słuchał jak
skamieniały. Okruchy

rogalika osia
dły mu na brodzie. Nie miałem wątpliwości, że nigdy
wcześniej o tej sprawie nie słyszał. Patrzyłem na niego, byłem świadkiem jego klęski, ale nie
sprawiło mi to wielkiej satysfakcji. Wspomniałem o dziennikarzu.
I

o tym, że jestem prawie
pewien, jaki był ce
l wizyty Kosa w War
szawie.

Joseph chwycił za telefon. Sam o Grubasie wiedział nie
wiele. Tak, owszem, poznali się.
Było to ze dwa lata temu. Grubas naprawdę nazywał się Sławomir Rejtan. Przyjechał do
Hanoweru, by napisać artykuł o dawnych gwiazdach fut
bo
lu.
O

tym, jak im się teraz żyje.
Stamma i Kruczka odwie
dził jeszcze kilka razy. Ich trzeba by zapytać.

-

Przyjechał do Kruczka?
-

Zdziwiłem się.
-

On chyba nie był żadną gwiazdą piłkarską.

Ojciec machnął ręką.

-

On nie był w ogóle żadnym piłkarzem. Był m
łodym chłopakiem, gdy kontuzja
zakończyła jego karierę. Ale on i Stamm są prawie jak papużki nierozłączki.
-

Uśmiechnął
się.

-

Chcesz powiedzieć, że oni...

-

Nawet tak nie myśl.
-

Joseph energicznie potrząsnął głową, a drobiny croissanta
wylądowały na czar
nej koszuli. Wyglądał na oburzonego moją sugestią.
-

Stamm dwa razy
był żonaty, wokół Kruczka zawsze kręciły się jakieś dziew
czyny. Co to ma zresztą wspólnego
z Grubasem?

-

Próbuję rozeznać się w sytuacji.
-

Wzruszyłem ramiona
mi.
-

Dowiedz się czegoś
wię
cej o tym dziennikarzu. Gdzie mieszka, co to za typ. Najpewniej będziemy musieli do
niego pojechać.

-

My?
-

Zdziwił się.
-

Razem?

Zapomnij o tym. Ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłem, był ojciec jako towarzysz podróży.

-

Umówimy się w Warszawie. Mam tu jeszc
ze trochę spraw do ogarnięcia.
-

Kłamstwo
w takich sytuacjach przychodzi
ło mi bez trudu.
-

Chyba chcesz dowiedzieć się, dlaczego

Kos
strzelił samobója? I nie zamierzasz siedzieć wiecznie w hotelu w Katowicach? To pewnie
sporo kosztuje.

-

Stać mnie
-

warkn
ął.
-

Wpisuję to w koszty firmy.

Ciekawe, co na to powiedzą twoi wspólnicy. Oni raczej nie
mieli
tak sentymentalnego
stosunku do reprezentacyjnego obrońcy. Fazę ocieplania naszych stosunków przy porannej
kawie mieliśmy za sobą. Znów zaczynała się zimna woj
na. Nic zamierzałem się tym
przejmować.

Usłyszałem sygnał komórki. Spojrzałem na numer. Dzwo
nił Kulesza. Ułamek sekundy
wystarczył, bym zrozumiał, że

stał
o się coś ważnego. Mieliśmy sobotnie przedpołudnie,
a

ja
nie byłem niebieską linią ani żadnym innym t
elefonem
z
aufania.
Zanim usłyszałem głos,
poczułem, jak tężeją mi

mięśnie.

-

Przyjeżdżaj do Sosnowca na Głogowską.
-

Podał mi nu
mer kamienicy.
-

Natychmiast!

Głogowska. Niedawno tam byłem. Wygłosiłem nawet po
uczenie. Ale najwyraźniej to
nie wystarczyło.
Albo szalony chemik zabarykadował się i znów chciał wysadzić kamieni
c
ę

-

Coś z bin Ladenem?
-

zapytałem.

-

Jakim bin Ladenem?

Rozłączył się.

Poderwałem się od stołu. Pewnie ojciec uznał, że zawsze
t
ak się zachowuję. Rzuciłem
mu:

Cześć!

, zo
stawiłem na stole dziesięć złotych i wybiegłem do samochodu. Nie, tu nie
chodzi o bin Ladena. Kulesza nie angażowałby się w tę

sprawę.

Minęło południe, gdy dojechałem na miejsce. Policyjne samochody na światłach stały w
poprzek ulicy. Ich licz
ba świadczył
a o powadze sytuacji. Podwórko oddzielono
t
aśmą, na
którą napierał tłum ciekawskich. Wyglądało to tak, jakby za chwilę na dachu budynku miał
się rozpocząć rockowy koncert. Zawsze jest tak samo. Jazgot kilku pod
a na miejscach dla VIP
-
ów paru

miejscowych meneli. Mignąłem blachą i przedostałem się do
środka. Na schodach minąłem trzech policjantów w mundurach.

Drzwi do mieszkania bin Ladena były zamknięte. Zauwa
żyłem, że od mojej ostatniej
wizyty przybyło na nich kil
ka krótkich słów. Na
tomiast drzwi naprzeciwko otwarto na oścież.
Ubrany w kombinezon technik zabezpieczał ślady. Wszedłem do środka i natknąłem się na
Kuleszę. Bez słowa chwycił mnie za ramię i poprowadził do pokoju.

Widok był nieciekawy. Mężczyzna, który groził sąsiadowi śmi
ercią, wspierał się na
kolanach. Jego głowa za pomocą skórzanego paska była przytwierdzona do klamki. Rzemień
głęboko wżynał się w szyję. Obrzmiałą twarz, klatkę piersio
wą i ramiona pokrywała
zakrzepła krew. Czerwone plamy znajdowały się także na podłodze
.

-

Został powieszony na psiej smyczy
-

powiedział Kulesza.

-

Dlatego mnie wezwałeś?

Kulesza spojrzał na mnie zdziwiony.

-

Znalazła go żona. Pojechała na noc do chorej matki, a gdy wróciła, zastała taki widok.
Jest w szoku. Odwieźliś
my ją do szpitala. Fa
cet nazywa się... nazywał się Andrzej Kuśmierz.
Miał mieć dzisiaj dyżur, ale zamienił się z kolegą. Był pielęgniarzem w szpitalu
psychiatrycznym...
-

Popa
trzył mi w oczy.
-

Już wiesz, czemu tu jesteś?

Przytaknąłem. Wiedziałem już, dlaczego twarz mężczy
zn
y podczas wcześniejszego
spotkania na klatce wydawała mi się znajoma. Był świadkiem mojej rozmowy z
Inkwizytorem, gdy pojechałem do psychiatryka, by zrobić sobie rendez
-
vous z mordercą.

-

Kiedy to się stało?

-

Ustalamy to. Przejmujemy sprawę. Ktoś rozsądny

w So
snowcu skojarzył fakty i
zadzwonił do nas. Kilku ludzi ob
serwuje też, co się dzieje na zewnątrz.

A więc ten cały cyrk na dole był zainscenizowany. Na wszelki wypadek, gdyby
morderca chciał przyjrzeć się

efektom swojej pracy. Wbrew pozorom takie powr
oty zda
rzają
się nie tylko w książkach i filmach. Zabójcy często czu
ją nieodpartą pokusę, by przeżyć
wszystko jeszcze raz, jak na telewizyjnej powtórce.

Rozejrzałem się po pokoju. Wszystkie meble całe, pousta
wiane jak należy. Inna sprawa,
że nie było ic
h zbyt dużo. Przestrzeń zdominowana była przez małżeńskie łoże oraz plazmę z
rozstawionymi po bokach głośnikami. Nie zauwa
żyłem śladów walki. Morderca musiał
zaskoczyć swoją ofia
rę. Byłem pewien, że rozpytywanie po sąsiadach nic nie da. Każdy
pilnuje swo
ich spraw.

-

Skoro go powiesił, dlaczego tu w koło jest tyle krwi?

Kulesza przełknął ślinę.

-

On... wyrwał mu język.

Przymknąłem oczy. Zaczęło się. Jeśli to Inkwizytor, zmie
nił metody działania. Tym
razem nie posłużył się ogniem ani prądem.

-

Jesteś pewi
en, że to Urbaniak?

Nie odpowiedział, tylko poprowadził mnie do stołu. Na blacie leżało coś, co wyglądało
jak mały kotlet, a może ja
kieś zwierzę. Zakrwawiony język przytwierdzony był no
żem.

-

Jak myślisz, dlaczego język?

Wzruszyłem ramionami. Może dlateg
o, że kocha Rolling Stonesów. Nie powiedziałem
jednak tego głośno.

-

Skąd wiesz, że to on?

Kulesza podał mi foliową koszulkę. W środku znajdowała się kartka. Smuga krwi nie
przesłaniała napisu wykonanego czarnym cienkopisem.

Z pozdrowieniami dla RH minus

.
Kulturalny człowiek z tego Urbaniaka. I jaki dowcipny. Ru
dolf Heinz minus. Ujemny Heinz?
Zredukowany Heinz? Martwy. Równie dobrze mogło być RH plus. Heinz z krzy
żykiem na
drogę. Tak czy inaczej wszystko wskazywało na to, że byłem następną niewiadomą w
tym
równaniu, które powstało w głowie obłąkanego mordercy.

-

Ta karteczka też leżała na stole.

Usiadłem na krześle. Żałośnie skrzypnęło pod moim cię
żarem. Powróciły wspomnienia
sprzed dziewięciu lat. Sie
działem przywiązany do podobnego krzesła, a Inkwizy
tor układał
stos. A teraz znowu był na wolności. Na liście naj
bardziej poszukiwanych przestępców
Urbaniak będzie piął się do góry. I wysokość nagrody za informacje o nim na pewno także
wzrośnie.

Z korytarza dobiegł krzyk i odgłosy szamotania.

-

To zrobił
ten wariat z brodą
-

wrzeszczała kobieta.
-

Jak mogliście go wypuścić na
wolność?
-

Wtórował jej męski głos. Jeden z policjantów próbował uspokoić
rozhisteryzowaną parkę.

-

O

trzeciej
-

Kulesza spojrzał na zegarek
-

mamy być u szefa.

-

Co z psem?
-

zapytał
em.

-

Pies? Zdechł dwa miesiące temu. Tylko ta smycz po nim została.

Podążyłem za jego spojrzeniem.


12

Atmosfera w gabinecie naczelnika wydziału kryminalne
go gęstniała z każdą minutą.
Milczałem, popijałem lurę, która od lat uchodziła tu za kawę, i dyskre
tnie przygląda
łem się
mojemu sąsiadowi. Komisarz Józef Grzywa był dla mnie człowiekiem zagadką. Spędził lata
w szkole policyjnej w Szczytnie i tam go poznałem przy okazji wykładów, na które byłem
zapraszany. Wystające przednie zęby Grzywa próbował maskowa
ć rudymi wąsami i brodą.
Bez większe
go sukcesu. Po latach spędzonych na Mazurach powrócił

w tym roku na Śląsk.
Nigdy nie pracowaliśmy razem, nie
wiele o nim wiedziałem. Podobno był przyjacielem
Gawlika. Może obaj należeli do jakiegoś tajnego związku praco
holików. Obok komisarza
siedział Kulesza. Może coś bym do niego powiedział, ale był zajęty wklepywaniem
najdłuższe
go esemesa w historii, jakby świat wokół niego nie istniał.

Starałem się nie myśleć o pielęgniarzu z wyrwanym języ
kiem ani o kartce
pozostaw
ionej przez Inkwizytora. Podob
no są okoliczności, w których tylko głupiec się nie
boi. Ale ja nie odczuwałem strachu. Może to zabrzmi dziwnie, lecz czułem coś w rodzaju
ulgi. Najgorszy jest stan hibernacji, bezruchu, czekania na akcję zaczepną ze strony
p
rzeciwni
ka. Ten etap się skończył. Dotychczas Urbaniak działał pre
cyzyjnie, ale teraz
wreszcie pojawiła się szansa, że popełni błąd. Wyszedł z ukrycia. A skoro zrobił to i zabił,
zapewne zdecyduje się na kolejny krok. I może będzie wtedy mniej ostrożny.

Do pokoju wszedł naczelnik i zamknął drzwi. Usłyszałem w głowie jakiś dzwonek
ostrzegawczy. Zwykle w takich sy
tuacjach sprasza się więcej ludzi. Albo wręcz stawia
wszyst
kich na nogi. A tu spotkanie w kameralnym gronie. Zupeł
nie tak, jakby któryś miał
wy
jąć talię kart i zaproponować partyjkę brydża.

-

Przyznaję, mogliśmy to rozegrać lepiej.
-

Gawlik nie ba
wił się w zawiłe wstępy.
-

Zlekceważyliśmy go. Czekaliśmy, aż sam wpadnie nam w ręce. Byliśmy bierni. Ale
-

spojrzał
na mnie
-

to się zmieni. Kulesza,
zreferuj, co wiemy.

Aspirant opowiedział o tym, co zastaliśmy w Sosnowcu. Grzywa wpisywał
najważniejsze informacje do laptopa z szybkością, jakiej nie powstydziłby się zawodowy
infor
matyk programista. Sygnały ostrzegawcze w mojej głowie nasiliły się. Po d
iabła mu te
notatki?

-

Dlaczego wybrał

właśnie

pielęgniarza?

-

Naczelnik znów spojrzał na mnie.

-

Syndrom siostry Ratched
-

odpowiedziałem.

Trzy pary oczu spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Najwy
raźniej żaden nie pamiętał
Wielkiej Oddziałowej.

-

Ten cały K
uśmierz był pielęgniarzem. Raczej, tak sądzę po naskórkowym kontakcie,
jaki z nim miałem, nie był zbyt wyrafinowanym facetem. W przeciwieństwie do Urbaniaka.
Raczej nie pałali do siebie miłością. Pielęgniarz zalazł Inkwi
zytorowi za skórę. Musimy
znaleźć i
nnych, którzy znajdują się na czarnej liście.

Znowu spojrzeli na mnie. Nic nie powiedzieli.

-

To tłumaczy, dlaczego urwał mu język
-

wtrącił Grzy
wa.
-

Pielęgniarz go wyzywał,
poniżał... No to dostał za swo
je. Wspominałeś
-

obrzucił mnie spojrzeniem
-

o c
zarnej liście.
Masz jakieś typy?

Nie wyczułem w tym pytaniu drwiny. Mało kto żartuje z gróźb psychopaty. Ale
wreszcie stało się dla mnie jasne, dlaczego spotkaliśmy się w tak wąskim gronie. To nie było
zebranie zespołu prowadzącego sprawę. Chodziło im o to
, by wykluczyć mnie z gry. By
pokazać mi czerwoną kartkę.

-

Rozumiem
-

cedziłem przez zęby
-

że obstawiacie moją skromną osobę. Bukmacherzy
przyjmują już zakłady.
-

Spojrzałem na Gawlika z wściekłością.

-

Posłuchaj.
-

Naczelnik splótł palce.
-

Ten skurwysy
n zo
stawił czytelną informację.
Ostrzeżenie nie dotyczy mnie. Ani komisarza. Ani Kuleszy. Jest skierowane do ciebie.

-

Tym bardziej dajcie mi szansę, bym rozwiązał sprawę!
-

Nie zapanowałem nad sobą.

-

To nie jest Dziki Zachód.
-

Naczelnik pokręcił głową.

-

A ty nie jesteś samotnym
szeryfem. Jesteś za bardzo zaan
gażowany, a wiesz, czym to grozi? A może
-

zawiesił głos
-
sprowokowałeś go, by uciekł i znów zaczął zabijać?

Nie wierzyłem własnym uszom. To był brutalny faul.

-

Po co wtedy pojechałeś do niego do

szpitala?
-

Gawlik zniżył głos.
-

Rzuciłeś się na
niego. To były prywatne po
rachunki? Może on postanowił je teraz wyrównać?

-

To działo się dawno temu
-

broniłem się
-

i nie ma żad
nego związku z jego ucieczką.
Trzeba pogadać z jego stary
mi znajomymi, z

tym grabarzem, który widział go na cmen
tarzu,
przycisnąć siostrę.
-

Grzywa cały czas głośno uderzał w klawiaturę.
-

Trzeba nastroić
dziennikarzy i odpowiednio przedstawić zabójstwo w Sosnowcu. Urbaniak jest narcy
zem. Na
pewno będzie śledził informacje o

dochodzeniu. Skąd on wie, co się dzieje?
-

Prawie
dostałem zadyszki.
-

Należy sprawdzić kafejki internetowe...

-

I przepytać wszystkich kioskarzy.
-

Grzywa wyekspono
wał przednie zęby.
-

Nie
martw się, zrobimy to. Panujemy

nad tym.

-

Może ty, kurwa, coś w
reszcie powiesz?
-

Spojrzałem na Kuleszę wściekłym
wzrokiem.

Aspirant bezradnie rozłożył ręce. Być może dostało mu się za to, że sprowadził mnie do
Sosnowca. A teraz wolał nie pogarszać swojej sytuacji.

-

Powiem krótko, Hipis.
-

Naczelnik dosunął krzesło d
o stołu.
-

Trzymasz się z daleka
od tej sprawy. Jeśli trafisz na jakiś ślad, informuj nas o tym. Grzywa przejmuje dochodze
nie,
a Kulesza będzie mu pomagał. Aha, i jeszcze jedno. Bę
dziesz miał Anioła Stróża. Na pewno
nie dwadzieścia cztery godziny na dobę
, ale jednak. Więc się nie zdziw.

-

Jadę do Warszawy, mam tam coś do załatwienia. I co? Anioł Stróż dostanie na
benzynę? I dietę też?

Kulesza westchnął. Zdawało mi się, że odetchnął z ulgą. Zniknę z pola widzenia
zarówno Gawlika, jak i Inkwizytora.

-

Wytyp
ujcie alternatywną ofiarę.
-

Nie kryłem szyder
stwa w głosie.
-

Nie sądzę, by
Urbaniak ścigał mnie w War
szawie.

-

O każdym miejscu pobytu masz nas informować
-

na
czelnik nie dawał za wygraną.
-

Kulesza, dopilnuj tego. I nie podtop się w stolicy.

Fala pow
odziowa zbliżała się do Warszawy. Ale ja nie zamie
rzałem stać na wałach z
worków piasku. Liczyłem na krótki

wypad, spotkanie z dziennikarzem i rozmowę, która może
rozjaśni sprawę samobójczej śmierci Kosa. Nie podtopię się. Ani nad Wisłą, ani w żadnej
knaj
pie, użalając się nad włas
nym losem. Przez twarz Grzywy przebiegł nikły uśmiech, który
był oznaką satysfakcji. Kulesza siedział jak skamienia
ły. Naczelnik ziewnął, zamykając w ten
sposób spotkanie.

Moja rola w teatrzyku dobiegła końca. Chciałem na od
cho
dnym popisać się jakąś
ripostą, wymierzyć rozstrzy
gający cios, ale nic nie przyszło mi do głowy. Kompletna pustka.
Czułem się tak, jakby wydrążono mnie w środku. Bezradny walnąłem pięścią w stół. Kubki
po kawie podsko
czyły, ale żaden się nie przewrócił.

-

Ćwiczy karate, a głupiego stołu rozwalić nie umie.
-

Usłyszałem głos szefa, gdy
zamykałem drzwi.
-

Myślałem, że drzazgi chociaż polecą, a tu nic.


13

Zadzwoniłem do ojca. Potrzebowałem informacji o Gruba
sie. Dowiedziałem się, że
uruchomił już łańcuszek
infor
matorów. Stamm, ten drugi wspólnik, ktoś tam jeszcze po
drodze. Nalegał, abyśmy pojechali do Warszawy razem, ale ponownie zdecydowanie
odmówiłem. Chciałem mieć spokój, aby zebrać myśli. Wysłuchiwanie sentymentalnych
wspomnień, a może, co gorsza, piłk
arskich opowieści, do
prowadziłoby mnie do furii. Z kim
grał i przeciwko komu. W jakich nieprawdopodobnych okolicznościach strzelił bramkę. I że
stało się to w ostatniej minucie meczu. Pewnie musiałbym wyrzucić
J
osepha z pędzącego
samochodu.

Niedziela minę
ła bez większych wrażeń. W ogóle majowe weekendy nie dostarczały mi
nadmiaru emocji. Mieszkańcy

Katowic wyjeżdżali nad morze lub w jego okolice. Na
przykład do Bornego Sulinowa, najmłodszego miasta w Polsce i dawnej jednostki wojsk
radzieckich. W majowy we
ekend Katowice robiły się przejezdne i przewiewne. Pasowało mi
to. Gdy wcześniej czekałem w komendzie na raporty, które nie chciały spływać, przeglądałem
wiadomości w internecie. Na lokalnym katowickim portalu zachęcano do zapa
lania zniczy na
cmentarzu żo
łnierzy radzieckich w parku Kościuszki. Niewiele obchodził mnie ten nagły
przypływ uczuć do Armii Czerwonej. Miałem swój własnoręcznie zbi
ty krzyż przy drodze i
tam stawiałem znicze. Czy człowiek pełniący obowiązki głowy państwa powinien jechać na
defi
la
dę do Rosji? Chce, niech jedzie.

Po południu znowu rozmawiałem z ojcem. Grubas został namierzony. Mieszkał na
Powiślu. Zapisałem numer jego komórki, ale na razie nie zamierzałem dzwonić. Zła wia
-
domość była taka, że dziennikarz wziął kilka dni urlopu. W re
dakcji powiedział, że ma coś
ważnego do dokończenia. Mógł wyjechać, ale skoro miał robotę, istniała szansa, że nie
pocałuję klamki.

-

Skąd ty to wszystko wiesz?
-

zapytałem Josepha.
-

Szyb
ko działasz.

Szybciej niż śląscy policjanci w sprawie Inkwizytora,
pomyślałem z goryczą. Roześmiał
się.

-

Zawsze byłem szybki. Zostało mi z boiska.

Tylko nie to. Zaraz znowu się zacznie. Może wyczuł, jakie myśli krążą mi po głowie,
bo tym razem jednak się poha
mował.

-

Magia mojego nazwiska wciąż działa w pewnych krę
gach
.
-

Ojciec był w podejrzanie
dobrym nastroju.

-

Raczej wąskich kręgach
-

powiedziałem rozdrażniony.

Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań, które obowiązkowo

powinny znaleźć się w każdym
podręczniku prowadzenia konwersacji oraz dobrych manier. Każda rozmowa z oj
cem

kończyła się moim rozdrażnieniem. Widocznie tak miało być. Nie potrafiłem zapanować nad
sobą. Wiedziałem, że jego powrót po tylu latach musi na mnie wpłynąć. Ale ja nic nie
chciałem zmieniać. Przynajmniej nie za bardzo. Przez lata czułem do niego skami
eniały żal i
nienawiść, a teraz zaczęły pojawiać się inne emocje. Musiałem przyznać, że działał cholernie
skutecznie. I konsekwentnie drążył spra
wę Kosa.

Następnego dnia czekała mnie podróż. Wyjąłem ze spor
towej torby kimono i wrzuciłem
kilka ubrań na wy
padek, gdybym w Warszawie musiał zatrzymać się na noc. Nie pla
nowałem
tego, ale nigdy nic nie wiadomo. O piątej po po
łudniu pojechałem do Sosnowca. W lewej ręce
trzymałem pokrowiec z gitarą. Prawą wolałem mieć wolną, gdybym z jakiegoś powodu
musiał sięgn
ąć po glocka. Czułem się jak Antonio Banderas. Śląski Desperado.

Na próbie trzech facetów w średnim wieku z zachwy
tem oglądało pistolet. Ostatni raz
równie podekscytowani byli pewnie w piaskownicy. Zupełnie jakbym przywlókł ze sobą jakiś
bajeczny efekt do

gitary lub wzmacniacz. Lub gatunek piwa produkowany w krótkiej serii.
Śmiechu było co niemiara. To co gramy?
Machin
e

Gun
?

A może
Guns of Brixton

Clashów?
Bawili się świetnie. Ja gorzej. Tego wie
czoru chciałem wcześniej położyć się spać. Ale
wyszło jak zw
ykle.

W poniedziałek o siódmej rano niewyspany wyruszyłem w drogę. Około dziesiątej, gdy
wlokłem się za kolumną tirów rozkopaną gierkówką, zadzwonił Kulesza. Tak jak
oczekiwałem, szef wszystkich szefów dołożył kolejne dziesięć tysięcy za informację o
Inkwi
zytorze. Śledztwo ruszyło pełną parą. Wiadomość o zabójstwie w Sosnowcu trafiła do
prasy. Dras
tyczne szczegóły udało się utrzymać w tajemnicy. Zobaczy
my, na jak długo.
Przesłuchano mieszkańców kamienicy i sąsiedniego blokowiska. Na razie bez efektów.
Wyp
rzedzi
łem kolejną ciężarówkę i słuchałem.

-

Dwie informacje powinny cię jednak zainteresować
-
powiedział Kulesza.
-

Przesłuchaliśmy jeszcze raz tego gra
barza. Trochę to trwało, bo był mocno przedwczorajszy.
Zaklinał się, że Urbaniak pojawił się po raz dr
ugi.

Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że tak będzie. Życie na
uczyło mnie, by nie lekceważyć
takich sygnałów. Po raz kolejny pokpiono sprawę.

-

On trzeci raz się tam nie pojawi. Nie liczcie na to. Trze
ba było obserwować teren
wcześniej. Mówiłem to od po
czątk
u.

-

Na razie przesłuchujemy wszystkich, którzy go pamięta
ją. Nie ma ich zresztą zbyt
wielu. Tych z cmentarza zabrała błękitna kostucha.

-

Kto?

-

Denaturat. Król i ojciec wszystkich żuli. Wracamy do czasów, gdy był jeszcze
księdzem, ale nikt z czarnych ni
e chce z nami rozmawiać. Jakby się zmówili. Sprawdziliśmy
też szpital. Wszystko wskazuje na to, że Urbaniak działał sam. Bałagan mieli tam niezły, już
jakieś głowy poleciały, a to, zdaje się, dopiero początek.

No tak. Spis zaniedbań mógłby pewnie konkurowa
ć z listą Macierewicza. Nie miało to
większego znaczenia. Inkwizy
tor znalazł przytulniejszy kąt i nie w głowie był mu powrót do
wariatkowa.

-

Przy okazji jednak czegoś się dowiedzieliśmy. Ten za
mordowany pielęgniarz złożył
wymówienie. Miał pracować jeszc
ze tylko dwa tygodnie. A potem...

-

A potem miał wyjechać. Na przykład do brata siedzące
go w Anglii.
-

Przerwałem mu.

-

Skąd wiesz?
-

Zdziwił się.
-

Prawie trafiłeś. Miał tam jechać. Tylko z bratem się
pomyliłeś.

Okoliczności zmusiły mordercę do działania
. Obawiał się, że ofiara wymknie mu się z
rąk. Być może wyszedł z ukry
cia wcześniej, niż planował.

-

Skąd o tym wiedział?
-

Kulesza głośno myślał.

Wyprzedzałem na trzeciego i nie zamierzałem ułatwiać mu zadania. Kierowca jadący
przeciwległym pasem mrug

ł ostrzegawczo światłami.

-

Nie doceniacie go
-

mruknąłem.
-

Nie doceniacie. Po
wtórz to temu mędrcowi
Grzywie.

Pod Warszawą tradycyjnie utknąłem w korku. Poniedział
kowy wjazd do stolicy jest
rozrywką dla ludzi o stalowych nerwach. Miałem mnóstwo czasu, b
y znów napatrzeć się na
pseudopałacyki z kolumnami i restauracje stylizowane na chłopskie chałupy, rozłożyste
niczym rozjechana ropu
cha. Oraz sześcienne pudełka w kolorze seledynu i brudu. Więcej
finezji mają w sobie klocki w tetrisie. Ciekawe, ilu kierow
ców zostało doprowadzonych przez
styl raszyński na skraj depresji? Ilu miewało myśli samobójcze w okolicach Janek?

Tych negatywnych emocji nie podzielał z pewnością Joseph. Zadzwonił, gdy wreszcie
udało mi się rozpędzić do czterdziestu kilometrów na godzin
ę.

-

Gdzie jesteś? Czekam na ciebie na Powiślu.

A więc Joseph nie odpuścił. Pewnie wybrał pociąg, i dob
rze zrobił. Westchnąłem
ciężko. Wiedziałem zresztą, że nie odpuści. Może jego obecność się jeszcze przyda.
Rozmawiał już z Grubasem. Zna człowieka. No i

ma nazwisko, biografię i urok osobisty,
które wciąż działają jak magiczne zaklęcie.

-

O której będziesz?
-

Niecierpliwił się.
-

Zanim pójdzie
my do Grubasa, spotkamy się z
kimś jeszcze. Umówiłem się w kawiarni na Oboźnej. To taka uliczka koło uniwersytetu
.
Trafisz?

Trafię.

Wielokrotnie w czasach studiów schodziłem tamtędy i parkiem u stóp uniwersytetu na
Powiśle. Jakiś automa
tyczny pilot kierował mnie w stronę nadwiślańskich budek z piwem, w
których zatrzymał się czas. Nie zliczyłbym, ile godzin przesiedz
iałem w

Rybitwie

.

Zostawiłem samochód przy Browarnej i wspiąłem się kil
kadziesiąt metrów w kierunku
Krakowskiego Przedmieścia. W oddali usłyszałem znajomą melodyjkę wygrywaną przez
zegar na budynku starej biblioteki uniwersyteckiej. Cztery dźwięki, pauz
a i znów cztery
dźwięki. Joseph siedział przy stoliku w rogu kafejki. Na krześle obok tkwił trzydziestola
tek w
koszulce polo i jasnej marynarce. Przed nimi stały dwie latte, a pośrodku leżał dyktafon.
Rozejrzałem się po wnętrzu. W menu kawa w pięciuset sm
akach, ciasteczka owsiane i inne
logia i wyrafinowanie. Regały zastawione książkami,
a na ścianach wyszukane fotografie. Kultura pełną gębą. Prawie nie było wolnych stolików, a
liczba laptopów przypadająca na metr kwa
dratowy była doprawdy imponująca. Zupełnie
jakby bywalcy umówili się, że pobiją w ten sposób rekord

Guinnessa.

Kupiłem americanę. Manewrując między stolikami, poło
wę rozlałem na spodek.

-

Pana ojciec
-

mężczyzna rozpiął marynarkę
-

jest nie
zwykłym rozmów
cą.
Wspominaliśmy stare czasy.
-

Wskazał ręką dyktafon.

Joseph. Niezwykły rozmówca. Jeszcze trochę i okaże się, że jest też niesamowitym
ojcem.

-

Opowiedz mu co nieco o Grubasie
-

zachęcił ojciec.
-

Był taki moment, że pracowali
razem
-

wyjaśnił.
-

Próbowa
łem do niego dzwonić, ale ma wyłączony telefon.

-

Pewnie nachlał się, chrapie, że aż szyby drżą i nie wie, jak się nazywa.
-

Nasz
rozmówca wzruszył ramionami.
-

Grubas to dusza towarzystwa. Tu się zakręci, tam wpadnie
na bankiecik, poklepie prezesa związk
u po plecach, opowie anegdotę, wysłucha plotek. Sporo
takich mętów kręci się wokół piłki. A teraz, gdy mamy organizować Euro
-

mach
nął ręką
-

szkoda gadać. Namnożyło się gnid.

Przyjrzałem mu się uważnie. Dziennikarz nie krył frustra
cji. Na policzkach
poz
bawionych zarostu ukazały się czerwone plamki. Nie wiedziałem, kim jest ten facet.
Ostatnim sprawiedliwym czy jednym z tych, którzy mimo usilnych starań nie załapali się do
vipowskiej loży.

-

Ten cały Grubas rozpowiadał, że szykuje prawdziwą bombę
-

powied
ziałem.
-

Co
mógł mieć na myśli?

Chłopak roześmiał się.

-

Z takich mitomanów jak on można by stworzyć kilka drużyn. Każdy z nich ma jakąś
bombę w zanadrzu. Szyku
je wielki artykuł, który rozsadzi kosmos lub przynajmniej zmieni
świat. Chociaż w wypadku Grub
asa...

Zamyślił się, a ja nie chciałem go poganiać.

-

Jedno mnie zawsze zastanawiało...
-

Patrzył to na mnie, to na Josepha.
-

To był taki
dość przeciętny facet, nie prze
męczał się, a ostatnio nagle mu się poprawiło...

-

Chce pan powiedzieć, że niespodzie
wanie stał się boga
ty?
-

zapytałem.

-

Zaczął prowadzić dość wystawne życie. Tak mówiono. Zdaje się, że kupił jakiś dom...
Chodziły słuchy, że sporo wie o szemranych interesach robionych wokół sportu...

-

Czyli umiał się zakręcić, a potem spieniężał zdobyt
ą wiedzę
-

powiedziałem bardziej
do samego siebie.
-

Wiado
mo, kogo mógł szantażować? Może była jakaś giełda?

-

Tego nie wiem.
-

Chłopak schował dyktafon do mary
narki.
-

Nie wiem, czy był
szantażystą. Mówię wam raczej to, co inni opowiadali o Grubasie. To

zawistne środowisko. A
ile w tym prawdy? Chociaż z drugiej strony, na czymś musiał się dorobić.

Spojrzał na zegarek i wstał.

-

W każdym razie jeśli się z nim zobaczycie, nie pozdra
wiajcie go ode mnie.

Uniosłem głowę.

-

Widzę, że nie należy pan do jego fa
n clubu.

Uśmiechnął się.

-

Gdy go poznałem, byłem dziennikarskim szczawiem. A u dziennikarzy sportowych
jest podobnie jak w klubie.

Młody skoczy po piwo, będzie nosił torby za starszyzną, ro
zumie
pan?

-

Wszędzie jest tak samo. Życie polega na wyzbywaniu
się złudzeń
-

przemówiłem
głosem mędrca.

-

No to Grubas mnie ich pozbawił. Podkradł mi kilka faj
nych tematów. A potem zresztą
je po swojemu w mistrzow
ski sposób spartaczył. Szkoda gadać.

Pewnie tak.

-

Przyj
emniaczek z tego Grubasa, nie ma co
-

powiedzia
łem, gdy zostaliśmy we dwóch.
-

Masz jego adres?

Joseph wyjął z kieszeni karteczkę. Sięgnął po telefon. Dziennikarz znowu nie odebrał.
Zrobimy mu pobudkę. Wyleczymy z kaca. Albo przeszkodzimy w konstruowaniu bomby.

Ruszyliśmy w dół. Minęliśmy ulicę Leszczy
ńską. Po
patrzyłem na potężną dziurę
wykopaną w ziemi. Krater w środku miasta zupełnie jak w Katowicach. Za kilka mie
sięcy
postawią tu pewnie kolejny budynek z apartamenta
mi w kosmicznej cenie za metr. Może z
okien będzie nawet widać Stadion Narodowy na
drugim brzegu Wisły. Sto lat temu gdzieś tu
znajdowały się zakłady przemysłu wódczanego. Ktoś, nawet nie wiem kto i w jakich
okolicznościach, mi to opowiedział. Pewnie w jednym z nadwiślańskich ba
rów. W każdym
razie Grubas ze swoimi upodobaniami do mocnyc
h trunków wiedział, gdzie osiąść. Duch
miejsca to ważna rzecz. Minęliśmy zamknięte osiedle. Dzieci bawiły się na patio. Z balkonów
rozanieleni rodzice przyglądali się pociechom. Jeden z ojców trzymał w dłoni miskę z zupą, a
może z chińszczyzną. Idealny świ
at odgrodzony od pro
blemów.

Pomyślałem nagle o MMA i walce w klatkach. Sam nie wiem dlaczego. Byłem w
swoim świecie, a ojciec orbitował zupełnie gdzie indziej. Rozmawiał przez telefon.
Poruszaliśmy się jak dwie monady po równoległych torach.

-

Mówiłeś coś
?
-

Wyrwał mnie z zamyślenia.

-

To tu.
-

Wskazał budynek.
-

Nie ma co, rozmowny je
steś. Dobrze, że Stamm
zadzwonił i opowiedział o nocy za
rwanej przy pokerze.

-

Nie mam tak emocjonujących przeżyć jak twój przyja
ciel. Rozumiem, że wygrał?

-

On prawie zaw
sze wygrywa.

Zatrzymaliśmy się przed kamienicą. Drzwi oklejone były kartkami. Zakaz karmienia
gołębi pod karą administracyjną. Zakaz dokarmiania bezpańskich psów i kotów. Przyjemnie
tu. Powinni jeszcze napisać, że wstęp wzbroniony obcym, akwizytorom i rozn
osicielom
ulotek, ale takiej informacji akurat nie dostrzegłem. Wyrwany domofon wisiał smętnie na
dwóch cienkich kablach. To była pewnie zemsta gołębi, psów oraz kotów. Weszliśmy do
środka. Grubas mieszkał na drugim piętrze. Zadzwoniłem do drzwi. Dźwięk by
ł taki, że
obudziłby zmarłego. W mieszkaniu naprzeciwko zaczął ujadać pies. Ojciec kolejny raz
sięgnął po komórkę. Dzien
nikarz nie otworzył. Telefon milczał.

Usłyszeliśmy jakiś szmer na klatce, następnie szczęk zamka i drzwi naprzeciwko
uchyliły się. Star
sza kobieta, siwiuteńka, mrużyła oczy i przyglądała nam się ciekawie. Chude
palce położyła na łańcuchu blokującym dostęp do mieszkania, jakby bała się, że za chwilę
sięgniemy po cęgi i sforsujemy tę zaporę.

-

Panowie w sprawie domofonu?
-

zapytała drżącym
gło
sem, który niknął wśród
skowytów psa.
-

Fred! Zamknij się!
-

Bezskutecznie próbowała uciszyć zwierzę.

Bez zastanowienia wyjąłem służbową legitymację. Ten gest daje wiele możliwości.
Zwłaszcza w kontaktach z taki
mi staruszkami jak ta. Nieważne, że doku
menty wskazywa
ły
na mój katowicki przydział. Policjant to policjant, na
ogół

ludziom wszystko jedno, skąd jest.
Na szczegóły takie jak ten mało kto zwracał uwagę.

-

Nie przyszliśmy w sprawie domofonu. Jestem z policji.

Zamrugała oczami.

-

Przecież widzę.

Ale ja nikogo nie wzywałam. Odkąd wy
prowadzili się ci nade mną, w
kamienicy jest spokój. A wręcz
-

uśmiechnęła się
-

jest za spokojnie. Mało rozrywek nawet
dla kogoś w takim wieku jak ja. Fred!
-

Znowu skarciła psa.

-

Próbuję skontaktować się z panem Rej
tanem. To chyba zresztą dosyć rozrywkowy
człowiek.

Łańcuch zazgrzytał, staruszka wyszła na korytarz i za
mknęła za sobą drzwi. Była
jeszcze drobniejsza, niż się zda
wało.

-

Nie wpuszczę panów do środka ze względu na psa. To zresztą jego pies.
-

Wskazała
dr
zwi naprzeciwko. Zawsze zostawia mi go, gdy wyjeżdża. Mówi pan, że Grubas to
rozrywkowy człowiek?
-

Roześmiała się. Grubas. Widocznie wszyscy tak nazywali
dziennikarza.
-

Kiedyś to i był zaba
wowy, ale teraz? Na przykład była taka sytuacja...

-

Chce pani p
owiedzieć, że Rejtan gdzieś pojechał?
-

przerwał jej ojciec.

-

A pan kim jest?
-

Spojrzała na Josepha.

-

To piłkarz
-

wyjaśniłem.
-

Znajomy Grubasa.

-

Trochę stary jak na piłkarza.
-

Przyglądała nam się nie
ufnie.
-

No, wyjechał
-

nagle
zmieniła temat.
-

P
rzedwczo
raj. Jak zwykle zostawił mi Freda i klucze do mieszkania. Raz,
gdy go nie było, pękła u niego rura i zalało sąsiadów z dołu. Kłopotów było co niemiara.

Pies zapewne usłyszał swoje imię i zaczął drapać w drzwi.

-

Pan na pewno jest z policji?
-

star
uszka zwróciła się do mnie.
-

Pytam, bo ten jego
wyjazd był trochę dziwny. Zda
rzało się, że wyjeżdżał niespodziewanie. Ale tym razem był
jakiś podenerwowany. Może to ze względu na tę straszną powódź...

-

Powódź?

-

Grubas ma dom w Sandomierzu, a akurat szł
a tam fala. Tak w telewizji mówili. Chciał
mnie tam nawet kiedyś za
brać. Trochę się o niego martwię, wiedzą panowie, co się tam
dzieje.

Wiedziałem. Sandomierz tonął. Mieszkańcy bronili swo
ich domów oraz huty szkła.
Informacje przypominały do
niesienia z
pola bitwy. Czasem na wałach pojawiał się znany
polityk, rosła wtedy liczba kamer telewizyjnych.

-

Jest pani pewna, że tam pojechał?

-

Tak mówił. Ale był jakiś zmartwiony... Sama nie wiem... Zupełnie jakby nie chodziło
o ten dom. Poza tym, gdy wy
jeżdża, d
zwoni do mnie. Zawsze pyta o Freda. Ma obsesję na
punkcie tego psa.

Dobiegł kolejny skowyt. Pies mógłby konkurować z naj
lepszymi wokalistami heavy

-

A tym razem nie zadzwonił?
-

Popatrzyłem na Josepha.

-

Nie. Sama też próbowałam dzwonić, bo ciekaw
a jestem, co się dzieje w Sandomierzu,
ale nie odbiera.

Zapisałem numer telefonu staruszki i zostawiłem swój. Gdyby Grubas się pojawił,
proszę dać znać. Sandomierskie
go adresu sąsiadka nie znała. Ale podobno jest tam popu
larny,
wystarczy zapytać, ludzie
wskażą, gdzie mieszka. Czy coś złego się stało? Nie, na pewno nie,
proszę pani. Proszę się nie przejmować. Zawsze tak mówiłem w podobnych okolicznościach.

-

Przejmuję się tym, co to będzie, gdy nas zaleje
-

powie
działa.
-

Idę tam zaraz
-

kiwnęła
głową w k
ierunku rzeki
-

popatrzę sobie.

W mojej głowie także odezwał się sygnał alarmowy. Coś w tej sprawie z Grubasem jest
nie w porządku. Facet wy
jeżdża nagle, zaniepokojony. A może to nie był niepokój, tylko
strach? Może chciał przed kimś uciec? Czego mógł się

bać? I kogo? Może raz udało mu się
zebrać naprawdę interesujący materiał i nie były to czcze przechwałki. I na
prawdę
przygotowywał dzieło życia. A potem znika. Nie odbiera telefonu. Nie dzwoni, nie pisze. Czy
to wszystko ma jakiś związek ze śmiercią piłk
arza? Coś drapało mnie pod skórą i
podpowiadało mi, że te sprawy się ze sobą łączą.

W drodze do samochodu próbowałem zniechęcić ojca do wspólnego wyjazdu. Bez
większego skutku. Dobra, niech jedzie. W końcu zna Grubasa. Ale jeśli uważa, że ta podróż
zbliży
nas do siebie, to jest w błędzie.

Jechaliśmy w milczeniu. Uznałem, że dobrą alternatywą dla pomruków silnika będzie
składanka Black Sabbath.

O

dziwo, Joseph dzielnie zniósł starcie z głosem Ozzy'ego, czasami
przepełnionym bólem, niekiedy pełnym furii. Cięż
kie dźwięki gitary nie przeszkodziły mu w
przeprowadze
niu godzinnej rozmowy w języku niemieckim. Zrozumiałem jedynie
pojedyncze słowa, najpewniej rozmawiał z kimś z klubu. Poza piłką chyba żaden inny temat
w jego życiu nie istniał. W pewnym momencie wyci
ągnął się na fotelu

i

wydawało mi się, że
przysnął. Ściszyłem muzykę.

-

Dlaczego nie przyjechałeś na pogrzeb matki?
-

zapyta
łem cicho. Liczyłem na to, że nie
usłyszy pytania.

A jednak nie spał. Otworzył oczy, odwrócił głowę w stro
nę bocznej szyby i
przyp
atrywał się mijanym drzewom.

-

Za późno się dowiedziałem. Trzy tygodnie po jej śmier
ci.
-

Wyglądał, jakby mówił do
samego siebie.
-

Żałuję, że wtedy nie przyjechałem. Może inaczej by się między nami
ułożyło, chociaż i tak domyślam się, że nie przywitałbyś

mnie z otwartymi ramionami. Może
bylibyśmy w innym miejscu. Dobrze, że przynajmniej ostatnią drogę twoja mat
ka miała
spokojną.

Zamknął oczy. Najwyraźniej nie chciał o tym mówić. Spoj
rzałem na jego poszarzałą ze
zmęczenia twarz i siwy zarost. Byliśmy w p
ołowie trasy, gdy odezwał się jeszcze raz.

-

Opowiedz mi coś o swojej żonie. Nic o niej nie wiem.

Zacisnąłem mocniej ręce na kierownicy. Nie byłem przy
gotowany na to pytanie.
Zresztą nawet gdybym był, niewiele by to zmieniło. Pewne sprawy muszą wybrzmieć
w
ciszy. Chciałem pozostawić je tylko dla siebie.

Od lat z nikim o niej nie rozmawiałem. Nie trzymam pie
czołowicie odkurzanych zdjęć
w ramkach. Wolę wspomnienia. Gdy była zniecierpliwiona lub nie zgadzała się z czymś,
dmuchnięciem odgarniała kosmyk włosów

na bok. Pamię
tam, jak się uśmiechała. Jej gesty i
mimika trwają gdzieś we mnie. Odległe echa słów i dotyku. Kiedyś one znikną, wy
blakną, tak
jak bledną fotografie w rodzinnych albumach. I wtedy ona odejdzie na zawsze. Nie potrzebuję
filmów ze wspólnych
wakacji, nie oglądałbym ich wieczorami, za
nurzony w fotelu z
kieliszkiem wina w ręce. Kilka pamiąt
kowych zdjęć zostawiłem młodemu. Nigdy mi o tym
nie mówił, ale chyba ma żal, że tak niewiele po matce zostało. Zresztą miał do mnie żal o
wszystko. Nawet ni
e wiem, gdzie te fotografie przechowuje. Mnie wystarcza siła pamięci,
pry
watny rytuał, gdy piętnastego każdego miesiąca jeżdżę zło
żyć kwiaty na miejscu
wypadku, oraz pewna piosenka Led Zeppelin, przy której się poznaliśmy.

-

Nie polubiłaby cię
-

odpowied
ziałem w końcu.

-

Nie wątpię w to. Domyślam się też, jak musiałeś przeżyć jej śmierć.

Tylko się nie wczuwaj. Nie właź w moją skórę i nie wska
kuj w moje buty. Zachciało
mu się Zaduszek. Chociaż w su
mie to ja zacząłem te wspominki.

-

Miałem czas w szpitalu
, by się z tym oswoić. Przebiegu wypadku nie pamiętam. Gdy
się ocknąłem, było po wszyst
kim. Jej... już nie było.

Być może powiedziałbym coś jeszcze, gdyby nie dźwięk komórki. Joseph odebrał i
znów zaczął rozmowę po nie
miecku. Gdy skończył, wskazał palcem

na telefon.

-

Słyszałeś to?

-

Gratuluję, masz nienaganny akcent. Jak rodowity Nie
miec. To bawarski akcent?
Cieszysz się, że Bayern awanso
wał do finału Ligi Mistrzów?

-

Nie o tym mówię.
-

Zignorował pytanie i nie skomento
wał mojego popisu erudycji.
-

Py
tam, czy słyszałeś sygnał?

Zaczęło się. Melodyjka była kibicowską piosenką.
You'll Never Walk Alone
.
Hymn
fanów The Reds, ale także Borussii

Dortmund. Nawet ktoś, kto nie interesuje się piłką,
powinien o tym wiedzieć. Patrzył na mnie zdumiony, jakby rozma
wiał z największym
ignorantem, jakiego kiedykolwiek spo
tkał. Pomyślałem, że tytuł nie bardzo odnosi się do
mojego życia. Kroczyłem przez nie samotnie. Trochę z przypadku. Trochę z wyboru.

Zbliżaliśmy się do Sandomierza. Powoli docierało do mnie, jak wielk
ie były
spustoszenia spowodowane przez powódź. Połacie ziemi przemieniły się w wielkie bajora.
Gdzieniegdzie mieszkańcy poukładali worki z piaskiem. Przede wszystkim jednak rzucała się
w oczy pustka, jak
by w jednej chwili wypłukano stąd wszelkie ślady życ
ia. Kluczyliśmy
objazdami. Dwa razy próbowały zawrócić nas policyjne samochody. Magia mojej legitymacji
jednak zadziałała. Okazała się niezawodna także wtedy, gdy wje
chaliśmy do miasta. Jeden ze
strażaków wyjaśnił nam, jak dostać się do siedziby sztabu an
tykryzysowego. Uznałem, że tam
najszybciej zdobędę informacje, jak dotrzeć do Grubasa.

Sztab antykryzysowy ma tę przewagę nad innymi insty
tucjami, że pracuje na okrągło.
Nie ma godzin otwarcia ani przerwy technicznej jak na stacjach benzynowych albo dworc
ach.

Zbliżał się wieczór, gdy dotarliśmy na miejsce.


14

Grubas? Jaki Grubas?
-

Postawny mężczyzna patrzył na mnie bez cienia sympatii.
-

Co
mi pan, panie komisarzu
-

raz jeszcze omiótł spojrzeniem moją legitymację
-

dupę zawraca?

Przypatrywał się nam prze
krwionymi oczami. Na szyi miał zawieszony identyfikator.
Był jakimś specjalistą z sane
pidu wydelegowanym na powodziową linię frontu.

-

Jest tu komendant policji? Albo jego zastępca?

Szukałem kolegi po fachu. Z takim łatwiej nawiązać nić

porozumienia. W s
ztabie
antykryzysowym służby mundu
rowe są zawsze dobrze reprezentowane. Czasem nawet aż za
dobrze. Ambicja i testosteron górują wtedy nad zdrowym rozsądkiem. Przypomniałem sobie,
że mieszkał tu proku
rator, z którym kiedyś zetknąłem się przy okazji pewneg
o zabójstwa.
Nazywał się Szacki. Ale szukanie jednego czło
wieka w takich okolicznościach zupełnie mi
wystarczało, łańcuch pośredników tylko wydłużyłby sprawę.

-

W tej chwili
-

mężczyzna z identyfikatorem obejrzał się
-

nie ma tu żadnego z nich. Są
na wała
ch. Rozkładają czerwo
ny dywan przed kolejną szychą z rządu, kolejnym zbawcą
narodu, który chce nas pocieszyć. A skoro ten Grubas jest dziennikarzem, to na pewno jego
też pan tam znajdzie.

Z każdym kolejnym zdaniem gniew zatykał go coraz bar
dziej. Czułem,

że zaraz
odwróci się i splunie na podłogę. Być może wtedy by mu ulżyło.

Rozejrzałem się w koło. Przy komputerze siedziała młoda dziewczyna i wpatrywała się
w wykresy na ekranie. Dwóch mężczyzn rozmawiało przez krótkofalówki, spośród szu
mów i
trzasków łow
iąc słowa zrozumiałe chyba tylko dla nich.

Ten starszy, z kozią bródką i w gumiakach na nogach, skończył rozmowę i podszedł do
nas.

-

Dobrze słyszałem, że szukacie Grubasa? Tego dzienni
karza sportowego? Dwa
podbródki, trzy podgardla, cztery żołądki i sumi
asty wąs solidniejszy od mojego?

-

Sam bym go lepiej nie opisał.
-

Ojciec zatarł ręce.

-

Grubas jest sąsiadem mojego znajomego, mieszka po tamtej stronie miasta.
-

Domyśliłem się, że wskazuje w kie
runku zalanej części Sandomierza.
-

Po tym, co tu się
stał
o,

nie wiem, czy będę miał jakichś sąsiadów i znajomych. Kto tu zostanie...
-

Drgnął mu
policzek.
-

Grubas ma dom nie
daleko ulicy Flisaków, nazwa w sam raz pasuje do
okoliczności, prawda?

-

Jak się tam dostaniemy?

-

Dajcie mi pół godziny.
-

Znów chwycił k
rótkofalówkę.
-

Załatwię kilka spraw i
popłyniemy tam.

-

Popłyniemy?
-

Joseph zdziwił się.

-

Pontonem
-

odparł tak, jakby mówił o najbardziej po
spolitym środku komunikacji.

Joseph kręcił się niepewnie po pomieszczeniu, jakby nie wiedział, co ma ze sobą zr
obić.
Wreszcie usiadł na krześle i z daleka zaczął wpatrywać się w monitor komputera. Ja także
pokręciłem się trochę, a w końcu wyszedłem na ze
wnątrz. Spojrzałem w niebo i wyjąłem
papierosa. Poczułem wzbierającą falę wspomnień. Nie wiedziałem już, czy to
powódź, czy
rozmowa z ojcem tak mnie nastroiła. Przypo
mniałem sobie małą Pocahontas i wielką wodę w
1997 roku. A także to, jak wszystko między nami się zaczęło.

Poszliśmy na kawę. To znaczy ona piła kawę, a ja piwo. Dowiedziałem się, że
niedawno jej chłop
ak zmarł na bia
łaczkę. Opowiedziałem o żonie, która zginęła w wypadku
pięć lat wcześniej. Cierpienie i tragedia zbliżają ludzi. Na
wet gdy jedno mieszka w Opolu, a
drugie w Katowicach. Jeździłem do niej, gdy tylko mogłem, ona przyjeżdżała rza
dziej.
Trwał
o to rok. Do wielkiej powodzi, która zalała Dol
ny Śląsk. W takich sytuacjach, gdy w
jednej chwili traci się wszystko, ludzie zachowują się nieobliczalnie i zabierają ze sobą
najdziwniejsze przedmioty, zupełnie jakby wybierali się w podróż na bezludną wysp
ę. Ona
nie ratowała kota, ro
dzinnych albumów, telewizora ani srebrnej zastawy. Płaka
ła i podawała
mi dziesiątki książek, a ja odpływałem z nimi w bezpieczne miejsce. Takie doświadczenia
mogą łączyć. Nas rozdzieliły. Dwa miesiące później było po wszystkim
. Zupełnie jakby ktoś
odciął nam tlen. Jakby woda ugasiła

w nas cały żar. W Opolu, mieście, w którym w wielką
piłkę grał Joseph, pamiętają o powodzi. Niektórzy na budynkach zaznaczyli poziom, do
którego podeszła woda. Ku pamię
ci i przestrodze. Ale mnie w
świecie tych wspomnień nie
było. Nawarstwiły się zupełnie inne. Takie na przykład, by zatrzymywać się na stacji

Lotos

,
gdy z Opola skręca się na Rybnik, bo tam jest najlepsza na Śląsku rolada. Poko
nywałem tę
trasę kilkakrotnie, zmierzając do granicy z C
ze
chami, gdy pomagałem wyjaśnić sprawę
pewnego zabój
stwa. Ofiarą był Wietnamczyk, członek watahy skośnookich handlarzy
alkoholem bez akcyzy w przygranicznych skle
pach. Zabił go Polak. Takie miałem
wspomnienia. Przez te wszystkie lata Alicja osunęła się
w głębsze pokłady pamię
ci. A może
w krąg zapomnienia. By teraz niespodziewanie powrócić.

Podniesione głosy rozgoniły wspomnienia, tak jak wiatr rozgania mgłę. Kilka kobiet
otoczyło człowieka w czarnej kurtce. Ton głosów nie wskazywał, by była to sąsiedzka

pogawędka. Sprzeczkę rejestrowała kamera telewizyjna.

-

Nic nie mogę w tej sprawie obiecać ani zrobić
-

zarzekał się mężczyzna.

-

To niech pan powie, kiedy te skurwysyny z rządu ogło
szą stan klęski żywiołowej
-

krzyczała jedna z kobiet.
-

No kiedy?

Towar
zysząca jej gromadka potakiwała głowami. Nagle, jakby się umówiły, wszystkie
zaczęły się przekrzykiwać.

-

W ten sposób
-

facet spojrzał nerwowo na kamerę
-

nie będziemy rozmawiać. Może
zaczęlibyście z nami współpra
cować? Dlaczego nie opuścicie domów, mimo

że apelujemy o

to?

Zakrzyczały go. Kamerzysta krążył wewnątrz grupki. Wiedziałem, o co chodzi. To
samo słyszałem podczas po
wodzi przed kilkunastu laty. Wprowadzenie stanu klęski
żywiołowej spowodowałoby, że państwo musiałoby w pełni pokryć koszta usuwani
a szkód.
Żadnej władzy się do tego

nie pali. A poszkodowani woleli tkwić w zalanych domach i
pilnować tego, co im jeszcze pozostało. Koczowali na wyż
szych kondygnacjach razem z
uratowanym inwentarzem. Jak w arce Noego. Nikt nikomu nie ufał. Może w sytuacj
ach
nadzwyczajnych jest to całkiem normalne.

Udaliśmy się za naszym przewodnikiem. Wcześniej po
prosiłem go, by pożyczył nam
latarkę. Po drodze minęli
śmy potężną reklamę wycieczki objazdowej po Włoszech z udziałem
w beatyfikacji księdza Popiełuszki. Ksiąd
z Jerzy Tour. Tak to brzmiało. Fantazja ludzka nie
zna granic. Do
tarliśmy do miejsca, gdzie stał ponton przytwierdzony do brzegu łańcuchem.

-

Ma pan kapok?
-

zapytał ojciec.

Niemiecka szkoła. Porządek musi być. Mężczyzna spoj
rzał na niego tak, jakby zoba
czył
kosmitę z amerykańskiego filmu z lat pięćdziesiątych.

Kozia bródka nazywał się Jerzy Kmita. Od niepamiętnych czasów, to znaczy od
dwudziestu lat, był radnym. W sztabie antykryzysowym był kimś w rodzaju negocjatora.
Nama
wiał ludzi, by przenieśli się d
o sąsiadów, sal szkolnych albo w inne bezpieczniejsze
miejsce. Wczoraj wyprowadził mał
żeństwo osiemdziesięciolatków. Dziś kolejną osobę.
Komuś innemu dowiózł pożywienie.

Otaczała nas brudna, spieniona woda. Uderzył mnie odór fekaliów pomieszany ze
smrodem

rozkładającego się mię
sa. Zamknąłem oczy i poczułem wzbierające mdłości. Oj
ciec
był zapewne w nie lepszej formie. Poza tym panowała dojmująca martwa cisza. Poświeciłem
latarką. Na połama
nych konarach drzew powiewały płaty folii pozrywanej z in
spektów
w
ogródkach warzywnych.

Kmita odtrącił coś wiosłem i splunął do wody.

-

Martwy pies
-

mruknął.
-

Już drugi dzisiaj. Ludzie tego nie wytrzymują. Tej głupoty.
Mojemu sąsiadowi padł koń. Wiecie, co mu poradzili? By zapakował padlinę do worka.
Konia do worka!
Rozumiecie?

Kmita wziął latarkę i mrugnął światłem dwa razy. W od
dali pojawiły się trzy błyśnięcia,
po chwili kolejne dwa.

-

A gdy już się dziś obrobię
-

uprzedził moje pytanie
-

czeka mnie spławik z
przyjaciółmi.

-

Spławik?
-

Joseph ożywił się.

-

Powodzi
owa imprezka.

Imprezka. Słowo, które pasowało do tych okoliczności jak teledyski Madonny do
spotkania kółka różańcowego.

-

Nie macie co się dziwić. W sztabie antykryzysowym też chleją. By rozładować stres.
Przez chwilę zapomnieć o tym syfie, który nas otac
za. I zasnąć chociaż na kilka godzin. Te
dwa sygnały ode mnie oznaczały dwie półlitrówki.
-

Roze
śmiał się.

Teraz rozumiałem go doskonale. Aż za dobrze.

Chcesz o tym porozmawiać?

, mógłby
zapytać mnie pierwszy lep
szy psycholog, a ja, podobnie jak Jerzy K
mita, miałbym o czym
mówić.

Przy jednym z mijanych domów stał ponton. Podpłynęliś
my w tamtym kierunku.

-

Tu nikt nie mieszka. Dom jest prawie skończony, goto
wy do zamieszkania, ale nie ma
jeszcze nadanego numeru. Dlatego facet nie dostanie teraz żadnego
odszkodowania.
-
Westchnął.
-

Będzie musiał zaczynać wszystko od nowa.

Przesiedliśmy się do pustego pontonu. Kmita pokazał nam, gdzie mamy płynąć. Jeszcze
dwieście pięćdziesiąt metrów prosto i po lewej stronie będzie stał dom Grubasa. Znajdziemy
go bez trud
u. Na ganku gości wita sporych roz
miarów figurka piłkarza. Jakiegoś znanego
zawodnika, ale on się na tym nie zna. Widać ją z ulicy. Woda nie powinna jej przykrywać.
Cóż, jedni trzymają krasnale w ogrodzie, inni stawiają lwy w bramach, a dziennikarz dał
up
ust swojej futbolowej obsesji. Gdy będzie po wszystkim, ponton mamy zostawić na brzegu.
Albo zadzwonić do Kmity. Dał nam swój numer telefonu. Może będzie w stanie odebrać. A
jeśli powodziowa imprezka rozkręci się na dobre i spławik

z
atonie, podeśle kogoś d
o nas.
Poczułem do tego gościa sympatię. Ma u mnie kratę dobrego piwa. W lepszych cza
sach i
bardziej sprzyjających okolicznościach.

Gdy dotarliśmy na miejsce, było już ciemno. Omiotłem latarką posesję. Woda podeszła
do okien, figurka piłkarza zanurzyła si
ę w brunatnym szlamie po ramiona. Nic nie
wskazywało na to, aby ktoś był w domu. Zastanawiałem się, jak najłatwiej dostać się do
środka. Raz jeszcze poświeci
łem w szyby. Tak. Tak będzie najprościej. Podpłynęliśmy do
ściany. Pchnąłem dłońmi zmurszałe okien
nice. Drewno trzasnęło, rozległ się huk i posypało
się szkło.

W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co się stało. Silny snop światła skierował się w
naszą stronę. Zmrużyłem oczy i przesłoniłem dłonią. Rozległ się jeszcze jeden huk, który
niósł się echem.

-

N
ie ruszajcie się!
-

Usłyszałem zachrypnięty głos. Zro
zumiałem, że ktoś do nas
strzelał.

W naszym kierunku podpłynęły dwie łodzie. Czterech mężczyzn przyglądało nam się
uważnie. Jeden trzymał strzelbę myśliwską, inny widły, a trzeci dzierżył oburącz siekie

wzniesioną do góry. Dubeltówka i narzędzia ogro
dowe. Byli uzbrojeni zupełnie jak pospolite
ruszenie. Nie było na co czekać.

-

Policja! Komisarz Rudolf Heinz!
-

ryknąłem. Wiedzia
łem, że muszę przejąć
inicjatywę, bo inaczej będzie gorą
co.
-

Ma pan pozw
olenie na broń?
-

zawołałem w kierunku
mężczyzny, który jak mi się wydawało, dowodził gromadką. Nie czekając na odpowiedź,
powoli odchyliłem poły mary
narki i sięgnąłem po legitymację.
-

Nie zamoczcie mi tego!
-
krzyknąłem i rzuciłem ją w kierunku bliższej
łódki.

Mężczyźni nieufnie oglądali dokument. Przypatrywali się nam tak, jak tubylcy w
puszczy amazońskiej patrzyli przed wiekami na białych podróżników. W tej egzotyce nie
było jednak nic pociągającego. Doskonale wiedziałem, za kogo nas uważają. I rozumiał
em
też, że jeśli szybko nie wyjaśnimy

sytuacji, znajdziemy się w naprawdę kiepskim położeniu.
Lincz w dzisiejszych czasach to nie przeżytek, o którym czyta się tylko w książkach.
Policjant? Z Katowic? Czego tu szukacie? Kilka moich odpowiedzi i następne py
tania.
Wreszcie oddali mi legitymację. Atmosfera rozluźniła się. Jednak będziemy żyli.

-

Grubas? Na pewno go tu nie było!
-

powiedział męż
czyzna ze strzelbą, a pozostali
potaknęli.
-

Woda podeszła tu przedwczoraj wieczorem. Od tego czasu nikt by tu nie do
tarł.

Dziennikarz właśnie przedwczoraj wyjechał z Warszawy. Albo został do tego
zmuszony. Ma wyłączony telefon. Mógł tutaj dotrzeć.

I coś mogło się wtedy stać.

-

Muszę się dostać do środka
-

powiedziałem stanowczo. Teraz to ja rozdawałem karty.
-

Wiele dom
ów już obrobio
no?
-

Zmieniłem temat.

To też była lekcja z przeszłości. Szabrownicy grabili opuszczone podczas powodzi
posesje. Bywało, że mieli ło
dzie motorowe. Zdarzało się, że byli uzbrojeni. Wśród hien
trafiali się najbliżsi sąsiedzi oraz ludzie, któr
ym powszech
nie ufano. Nauczyciel. Strażak.
Żywioł w każdym potrafi wyzwolić demony. Wszystko zależy od okoliczności. Prawie
wszystko.

-

Przedwczoraj w sąsiedztwie
-

mężczyzna wskazał kieru
nek dubeltówką
-

podpłynęło
takich dwóch skurwysynów. Zobaczyliśmy

was i myśleliśmy, że pojawiły się kolejne
ścierwojady.

-

I co z nimi zrobiliście?

Odchrząknął zaniepokojony. Jeden z jego towarzyszy za
śmiał się nerwowo.

-

A co? Prowadzi pan śledztwo w tej sprawie?

Zaprzeczyłem.

-

No to pytania nie było. A jeśli chodzi

o pozwolenie na tę fuzję, to mam.

Odpłynęli, a ja zauważyłem, że ojciec się trzęsie. Z ner
wów albo z zimna. Lub z obu
powodów naraz. Podałem mu marynarkę.

Spojrzał na mnie zaskoczony, chociaż we mnie wcale nie obudziły się synowskie
uczucia.

-

Pilnuj moi
ch rzeczy
-

powiedziałem.
-

Wejdę do środka i się rozejrzę. Nie ma sensu,
byśmy wchodzili tam obaj.

Nie protestował. Widziałem, że ma dość naszej wyprawy. Sam chciał. Zdjąłem spodnie
i ześlizgnąłem się po para
pecie do środka. Woda sięgała mi do pasa. Odór

zgnilizny
zaatakował kolejny raz. Ciekawe, czy tę kąpiel w szlamie przypłacę chorobą skóry i wizytą u
dermatologa? Trzyma
łem latarkę wysoko w górze i oświetlałem pokój. Jedna ze ścian była
pomalowana w czerwone, białe i ciemne pasy. Pewnie były to barwy
jakiegoś klubu
piłkarskiego. Joseph by wiedział. Przy krótszej ścianie stał regał. Półki były puste. Brodziłem
po pokoju i rozglądałem się uważnie. Nie zauwa
żyłem śladów, które świadczyłyby o tym, że
był tu niedawno gospodarz. Poczułem, że depczę po jakic
hś przedmiotach. Schyliłem się. Pod
wodą zalegały książki i kasety wideo. Za
stanowiło mnie, skąd się tam wzięły. Dłonią
natrafiłem na skryty pod wodą stół. W rogu dostrzegłem masywny fotel, który wyglądał jak
zatopiony pancernik oraz coś, co kiedyś było t
elewizorem. Dotarłem do łazienki. Krem do
golenia na półeczce i szampon przeciwłupieżowy należały zapewne do właściciela. Na
umywalce leżał ręcznik. Wziąłem go i prze
wiesiłem sobie przez ramię. Udałem się do kuchni.
Najwyż
sze szuflady, wystające ponad po
ziom wody, były wysunię
te, a szafki pootwierane.

Dreszcz przebiegł mi po plecach. Wszystko wskazywało na to, że coś wydarzyło się w
tym domu. Wspiąłem się po schodach prowadzących na piętro. Wytarłem ręcznikiem uda.
Drzwi do pierwszego pokoju były uchylon
e. W przejś
ciu leżała pusta butelka po wódce, a na
podłodze walał się stos gazet sportowych. Na stoliku stała kolejna pusta butelka.

W rogu pod niewielkim oknem było łóżko. Leżał na nim po
tężny mężczyzna.

Podszedłem bliżej i skierowałem snop światła na j
ego twarz. Grubas nie zmrużył oczu.
Nie mógł tego zrobić. Umarli tak nie potrafią. Zdawało się, że twarz dziennikarza wykrzywiła
się w upiornym uśmiechu. Nie był to jednak przedśmiertny grymas. Jedno oko opuściło
oczodół, spły
nęło po policzku i znalazło s
ię niewiele ponad linią wąsów. Dziennikarz
spoczywał w kałuży krwi. Co mówił Kmita? Jak to było? Dwa podbródki, trzy podgardla.
Jeden z tych pod
bródków był przecięty na pół. Czerwona smuga ciągnęła się przez szerokość
całej szczęki. Mięsiste wargi dzienni
karza były rozchylone. Pochyliłem się nad twarzą
zmarłego. Ję
zyk zniknął gdzieś w czeluściach ust. Dłonie mężczyzny były zaciśnięte.

Nie
próbowałem rozprostować palców, przyjrzałem się natomiast nadgarstkom. Przeszukałem
kie
szenie spodni. Nie znalazłem w

nich nic oprócz chusteczki higienicznej, zmiętej pustej
paczki papierosów oraz starego biletu kolejowego.

Powoli wycofałem się z pokoju i zszedłem na dół. Zro
zumiałem, dlaczego książki nie
stały na regale. I dlaczego szafki w kuchni były otwarte, a szufl
ady wysunięte. Jeszcze raz
rozejrzałem się po pokoju. Nie odkryłem nic nowego, co zwróciłoby moją uwagę.
Poświeciłem w okno i ujrzałem gło
wę ojca. W świetle latarki wyglądał jak zjawa. Joseph
syknął przestraszony i zasłonił dłonią oczy.

Milczałem. Nie wie
działem, co powiedzieć. Wytarłem się ręcznikiem, który należał do
dziennikarza, i ubrałem się. Podjąłem decyzję, co zrobię w ciągu najbliższych go
dzin.
Napięcie nie znikało z twarzy ojca. Czuł, że coś się stało.

-

On nie żyje
-

powiedziałem.

-

Utonął?
-

P
alce Josepha zacisnęły się na moim ramie
niu. Zachwiał się. Podtrzymałem
go, by nie wpadł do spie
nionego ścieku.

-

Jest gorzej. Ktoś pomógł mu się przedostać na tamten świat. Leży na piętrze z
poderżniętym gardłem. Ktoś chyba chciał mu założyć kolumbijski

krawat, ale to już szczegół.

Nie wiem, czy rozumiał, co mówię. Przez chwilę wpatry
wał się we mnie bez słowa, a
następnie wychylił się z pon
tonu i zwymiotował.

Kilka godzin później zapaliłem e
-
papierosa. Zbliżałem się do Warszawy. Nad ranem
przynajmniej
nie ma korków. Na stacji benzynowej przebrałem się w czyste ubranie, które
miałem w bagażniku, i kupiłem kawę. Kilka minut po piątej sięgnąłem po telefon i
zadzwoniłem do staruszki mieszkają
cej na Powiślu.


CZĘŚĆ DRUGA

15

Liczyłem na to, że sąsiadka Gruba
sa, jak wielu ludzi w jej wieku, wstaje bladym
świtem. Nie pomyliłem się. Gdy za
dzwoniłem, była już na nogach. Odebrała po drugim
sygna
le. Przypomniałem się jej, a ona skojarzyła mnie od razu.

-

Niestety mam złe wiadomości. Pan Rejtan nie żyje.

Milczała
. Wyjaśniłem jej, co się stało. Powiedziałem, że na

pewno zjawi się u niej
policja. A na razie przyjadę sam. I po
proszę o klucze do mieszkania dziennikarza. Nie
zadawała pytań, nie protestowała.

Ojciec początkowo też nie protestował. Przed wyjazdem z Sand
omierza wyjaśniłem mu,
jak się powinien zacho
wać. Miał zadzwonić do Kmity i opowiedzieć o zwłokach Grubasa. O
tym, że został zamordowany. Gdy pojawią się policjanci, miał przekazać im mój numer
telefonu i powie
dzieć, że czekam na kontakt. Bo to ja widzia
łem ciało. Może opowiedzieć też
o samobójstwie piłkarza i o tym, dlaczego znaleźliśmy się u Rejtana.

Mówiłem to wszystko, a Joseph mechanicznie kiwał gło
wą. Nie miałem pewności, ile z
tego wszystkiego do niego docierało.

-

Rozumiesz wszystko?

Spojrzał na
mnie. Kąciki ust mu drżały.

-

Kurwa!
-

wycedził przez zaciśnięte zęby.

-

Co?
-

Po raz pierwszy usłyszałem z jego ust przekleń
stwo.

-

Polska. Cała Polska.
-

Pokręcił głową.
-

Jak nie katastro
fa smoleńska, to powódź i
beatyfikacja księdza. Jak nie po
wódź,

to morderstwo, w które będę zamieszany. Kraj, kur
wa,
sportów ekstremalnych!

Bałem się, że Joseph, człowiek, który jak się zdawało, panuje nad sobą w każdej
sytuacji, straci jednak kontrolę. Atak histerii zbliżał się wielkimi krokami.

-

Daj spokój, ojciec
.
-

Próbowałem go uspokoić.

Pierwszy raz tak do niego powiedziałem. Być może ostat
ni. Zareagował na to słowo tak,
jak pies reaguje na znajomą komendę.

-

Dobra
-

wyszeptał.
-

Zrobię, jak powiedziałeś.

Kraj sportów ekstremalnych. Dziki kraj. Co miałem mu od
powiedzieć. Że w Niemczech
jest takie powiedzenie, że trening czyni mistrza? No to jesteśmy wytrenowani i roz
maite stany
wyjątkowe są tutaj normą.

Sam też byłem wyćwiczony. Nie jestem medykiem są
dowym, ale rzut oka wystarczył
mi, by stwierdzić, że Gru
ba
s leżał tak od kilkudziesięciu godzin. Biorąc pod uwagę wszelkie
okoliczności, został zamordowany w sobotę. Jed
nak godzina śmierci nie była dla mnie
najważniejsza. Zanie
pokoiło mnie coś innego. Ktoś bezwzględnie rozprawił się z
dziennikarzem. Obtarcia na

nadgarstkach wskazywały, że Rejtan został związany przed
śmiercią. Jeśli chce się kogoś po prostu zabić, nie trzeba go do tego krępować. Bezbolesna
śmierć stanowiłaby dla Grubasa wybawienie. Jego przy
padek był jednak inny. Miałem do
czynienia ze zbrodnią

rozłożoną w czasie. Morderca unieruchomił ofiarę, bo chciał ją
przesłuchać. I nie przebierał przy tym w środkach. Oko spływające po policzku było
dostatecznym dowodem. A na koniec coś w rodzaju kolumbijskiego krawata. Czło
wiekowi
podrzyna się gardło w ta
ki sposób, by wyciągnąć

język przez zrobiony w ten sposób otwór.
Podobno Kolumbijczycy przećwiczyli tę metodę podczas wojny domowej w połowie
XX
wieku, a potem podobnie zabawiali się roz
maici mafiosi. Pojawiło się kolejne pytanie. Czy
zabójstwo Grubasa na
leży potraktować jako ostrzeżenie skierowane do wszystkich, którzy
wtykają nos w nie swoje sprawy?

Co zabójca chciał uzyskać od Rejtana? Przeszukał dom. I uciął sobie pogawędkę z
Grubasem. W domu w Sando
mierzu nie znalazłem laptopa. Morderca musiał zabrać

też
telefon komórkowy. Być może znalazł coś jeszcze. Zabrał również klucze do warszawskiego
mieszkania. Właśnie dla
tego byłem w drodze na Powiśle.

Piłem drugą kawę, gdy zadzwonił telefon. Facet nazywał się Bąk, Strąk albo jakoś
podobnie i był komendantem

poli
cji w Sandomierzu.

-

Czy może mi pan powiedzieć, co się właściwie stało?

Opowiadałem, popijając kawę. Na stacji benzynowej ci
cho pobrzmiewała muzyka,
oprócz mnie i jednej zakocha
nej pary spijającej sobie słowa i red bulla z dzióbków nie było
nikogo
. Wspomniałem o tym, że dom Grubasa został przeszukany.

-

Nie sądzę, by była to robota jakiegoś szabrownika.

-

Aha.

Rozmowny koleś. Ale pewnie mu ulży, jeśli śledztwo przejmie Warszawa. Na miejscu i
bez tego zabójstwa mieli ręce pełne roboty i błotnisty s
zlam po pachy.

-

Dlaczego pan tak nagle wyjechał? Jest pan pierwszym znanym mi policjantem, który
odjeżdża z miejsca zdarzenia.

To mało widziałeś, pomyślałem.

-

Byłem

tam

prywatnie.

Nie

prowadzę

żadnej

spra
wy związanej z ofiarą. Ten starszy
mężczyzna, któ
ry was
o

wszystkim powiadomił, to mój ojciec. Poprosił mnie, bym mu
pomógł rozwikłać pewną historię. W ten sposób trafiliś
my do Grubasa.

-

Aha.

-

Morderca przeszukał dom. Pomyślałem, że to samo ze
chce zrobić w Warszawie, gdzie
Rejtan miał jeszcze miesz
k
anie.

-

I ten trop postanowił pan sprawdzić na własną rękę?

-

Tak. Jak samotny szeryf. Bezimienny mściciel. Rozumie pan?

-

Aha.

Nie wiem, co pomyślał sobie mistrz elokwencji. Zachowy
wałem się jak bohater
czarnego kryminału. A Grubas był jak kapitan Nemo w


Nautilusie

.

Pogadaliśmy z komendantem jeszcze chwilę. Ja coś do niego, a on:

Aha

. Był w latach
osiemdziesiątych taki nor
weski zespół. Na koniec Bąk
-
Strąk powiedział, że pewnie czeka nas
kolejna rozmowa. Ucieszyłem się jak diabli. Chy
ba że, westchnął
, centrala przejmie
dochodzenie. W jego głosie dawało się wyczuć zmęczenie i rezygnację. Tej dru
giej zresztą
znacznie więcej.

Byłem na parterze kamienicy przy Dobrej, gdy usłysza
łem szczekanie psa. Zanim
wspiąłem się na drugie piętro, sąsiadka Grubasa wy
szła na korytarz. W jej dłoni dzwoniły
klucze do mieszkania dziennikarza. Wziąłem je bez słowa i otworzyłem zamki. Poprosiłem
kobietę, by weszła ze mną do środka. Nie odzywała się. Nie zadawała pytań. Posłusz
nie
poszła za mną.

Większy z dwóch pokojów wype
łniony był sportowymi pamiątkami. Centralne miejsce
na ścianie zajmował plakat w antyramie. Stał na nim mężczyzna w wieku Josepha, z
czerwonymi plamami na twarzy i w okularach w cien
kich oprawkach. Przez środek biegł
zamaszysty autograf zrobiony grubym fl
amastrem:

For Grubas
-

Alex

. Plakat był
obwieszony mniejszymi fotografiami. Na najstarszej do obiektywu uśmiechał się brodaty
młodzieniec, a pod foto
grafią znajdowało się zdanie:

Wydałem dużo pieniędzy na wódę,
babki i szybkie samochody. Resztę po pros
tu roz
trwoniłem

. Piękny przepis na
nieśmiertelność. Coraz wię
c
ej wskazywało na to, że Grubas chciał ten aforyzm wcielać w
życie po swojemu i że to właśnie go zgubiło.

-

To George Best
-

odezwała się za moimi plecami sta
ruszka.
-

W tym samym roku, w
któr
ym debiutował w Manchestrze, wychodziłam za mąż. Ładniutki był. Nie to, co mój.
Nazywali go piątym Bitelsem.

Piąty Bitels. Jeśli tak, to pełen szacunek. Na fotografii obok widniał kolejny brodacz o
oczach szaleńca.

-

A ten to Eric Cantona. Francuz. Nie doś
ć, że piłkarz, to jeszcze poeta. Ale to już inna
epoka.

Odwróciłem się.

-

Pani zna to wszystko?
-

Zatoczyłem ręką koło. Złożyła dłonie jak do modlitwy.
Zaciśnięte palce w jednej

chwili posiniały.

-

Tyle się o tym nasłuchałam! Grubas był fanatycznym kibicem

Manchesteru United. W
Sandomierzu kazał zrobić posąg piłkarza i chciał, by wyglądał jak Wayne Rooney, wie pan,
który to? A tu
-

wskazała miejsce nad telewizorem
-

jest replika tablicy z nazwiskami
piłkarzy, którzy zginęli w katastrofie lotniczej w Monachi
um w 1958 roku. On tak ładnie o
nich mówił. A teraz sam...

Staruszka mogłaby zostać przewodniczką po tym osob
liwym muzeum. Sam nie
gromadzę takich przedmiotów, gdyż kojarzą mi się z krainą wiecznych łowów wypełnioną
martwymi myśliwymi.

-

Proszę pani
-

zmi
eniłem temat
-

proszę rozejrzeć się uważnie. Czy wszystko jest na
swoim miejscu? Gdyby coś było nie tak, proszę powiedzieć.

Chodziła powoli jak saper po polu minowym. Rozglą
dałem się za laptopem, ale w
pokoju go nie było. Spraw
dziłem zawartość szuflad. N
ic szczególnego. Trochę rachun
ków,
jakieś ponaglenie do zapłaty. Przekartkowałem kilka książek.

Niczego poza zakładką z herbem Manchesteru United nie znalazłem.

-

To zdjęcie
-

staruszka zmarszczyła brwi i wskazała fo
tografię na półce z książkami
-

zawsze

stało tam, przy tele
wizorze.

Spojrzałem uważnie na fotografię. Grubas, młodszy o do
bre dziesięć lat i odchudzony o
kilkadziesiąt kilogramów, obejmował kilkunastoletniego chłopca. Blondynek nie patrzył w
obiektyw, jego głowa była skręcona pod kątem i opu
szczona w dół.

-

To Jacuś
-

wyjaśniła.
-

Nigdy inaczej o nim nie mówił. Syn Grubasa.
N
iepełnosprawny umysłowo. Załatwił mu elegancki ośrodek niedaleko Sandomierza. Cisza,
spokój, czyste powietrze, pielęgniarki. A ta jego żona, była żona, podobno wciąż mu
z
arzucała, że za mało się nim opiekuje. Ludzie to mają tupet!

-

To stare zdjęcie?

-

Pewnie tak. Zawsze stało tam.
-

Wskazała palcem.
-

On

o

Jacusiu zawsze tak czule
mówił... I co ten biedny chłopak teraz zrobi?

Kilka spraw rozjaśniło mi się. Zajrzałem do dr
ugiego poko
ju, który był sypialnią. W
szufladzie znalazłem opakowanie viagry, a na półce kolekcję filmów porno. Grubas nie był
pią
tym Bitelsem, ale szedł przez życie pełną parą. Każdy orze, jak może. Staruszka także
spojrzała na okładki, westchnę
ła i ws
tydliwie odwróciła wzrok. Zlustrowałem łazienkę

i

kuchnię. Przejrzałem zawartość lodówki. Zapas jak na oblę
żenie Stalingradu. Miał tego tyle,
że starczyłoby mi na mie
siąc. Gorzały też było pod dostatkiem. Butelki smirnoffa oraz
finlandii pokryte były zac
hęcającym szronem.

Szukałem jednak czegoś innego. Laptopa, a także śladów cudzej obecności w tym
mieszkaniu. Tutaj nikt nie narobił bałaganu jak w Sandomierzu. Zrezygnowany pokręciłem
gło
wą. Wiedziałem, że czegoś szukam, lecz nie wiedziałem, co to może by
ć. Coś ważnego dla
dziennikarza i dla kogoś jesz
cze, kto nie zawahał się zabić Rejtana. Błądziłem we mgle.
Gdyby Grubas miał coś wartościowego, jakieś notatki albo

dokumenty, na których mu
zależało, nie przechowywałby ich w komputerze ani w telefonie komó
rkowym. Może miał
jakąś skrytkę w redakcji? Nie, to zbyt duże ryzyko. Cenne rzeczy trzyma się pod ręką. Pod
pełną kontrolą.

-

Kiedy popsuł się domofon?
-

zapytałem.

-

W sobotę. Do dziś nikt nie przyszedł go naprawić, wy
obraża pan sobie?

W sobotę. Wtedy Gr
ubas zdecydował się wyjechać. Jed
na sprawa mi umknęła. Przy
zwłokach nie znalazłem klu
czy, nie było przy nich także kluczyków do samochodu. Co się
stało z wozem? Będę musiał to sprawdzić. Może właśnie tam coś przechowywał?

-

A w niedzielę? Wychodziła pan
i z domu?

-

Cały dzień byłam w mieszkaniu. Wychodziłam tylko z psem. O, musi nas słyszeć, bo
drapie w drzwi.

Rzeczywiście, po piętrze niósł się dźwięk pazurów drapią
cych drewno. Raz jeszcze
wróciłem do pokoju. Spojrzenie ostatniej szansy. Czasem w takiej
chwili w mgnieniu oka
łapie się coś, co wcześniej umknęło. Tak jakby zadziałał do
datkowo wmontowany skaner.
Tym razem było inaczej. Ska
ner nie zadziałał. Zrezygnowany cofnąłem się. Spojrzałem na
zamki w drzwiach. Przyjrzałem im się dokładnie. Dwa z nich
wyglądały na stare. Odłaziła z
nich farba i poczer
niały po latach używania. Ale trzeci Grubas musiał założyć niedawno.

-

Wie pani, kiedy to zamontowano?
-

Wskazałem na lśnią
cy nowością zamek Gerda.

-

A wiem. Bo to było w moje imieniny 21 lutego. Bo Ele
o
nora mam na pierwsze. Nawet
pytałam, czy coś się stało i dlaczego ten zamek montuje.

-

I

co powiedział?

-

Że licho nie śpi. Że tak na wszelki wypadek. A poza tym, żebym się nie martwiła.

Wziąłem do ręki klucze i zamknąłem drzwi. Pies zaszcze
kał. Swoją dro
gą, ciekawe, co
się z nim stanie? Podrzuciłem

w ręku metal i oddałem klucze staruszce. Chowała je do
kieszeni, gdy chwyciłem ją za nadgarstek. Najwyraźniej przestraszyła się i otworzyła usta,
jakby chciała krzyknąć.

-

Pani Eleonoro, bardzo przepraszam. Pro
szę mi je jesz
cze raz pokazać.
-

Wskazałem na
kieszeń.

Dwa klucze były stare, dwa nowe. W mieszkaniu były trzy zamki. Nie kojarzę faktów.
Przegrywam ze zmęczeniem. Nie widzę tego, co oczywiste.

-

Ten czwarty klucz jest od piwnicy?

-

A od czego ma być?
-

b
urknęła.

Zbiegłem na dół i przekręciłem włącznik. W piwnicy pa
nowała wilgoć i unosił się
zapach zbutwiałych szmat. Przed oczami mignął mi Grubas z okiem spływającym po
policzku. Ile razy ten obraz jeszcze do mnie powróci? Otworzyłem mosiężną kłódkę i
obej
rzałem ją uważnie. Także wyglądała na kupioną niedawno. Nikt nie próbował jej
przeciąć. Zresz
tą w wypadku kabłąka wykonanego z utwardzanej stali nie jest to proste
zadanie. Uchyliłem drzwi. Obok piwnicy znajdowało się okno i poranne światło w zupełności
m
i wystarczało. Pomieszczenie było niewielkie. Zobaczyłem kilka paczek gazet
przewiązanych sznurkiem oraz sztuczną choinkę. Przejrzałem pudełko z zakurzonymi
bombkami, zapewne nieużywanymi od wielu lat. Ze zdumieniem spo
strzegłem niewielkie
drewniane sanki
. Nie wiem, czy dzisiaj jeszcze takie produkują. Nagle pomyślałem o
młodym. O mo
im synu, który nie chciał nim być. Nie, nie myślałem o tych czasach, kiedy był
dzieckiem, ale o życiu, które go jeszcze czeka. A w nim jakieś sanki najnowszej generacji, z
two
rzyw sztucznych i włókien węglowych, pewnie się poja
wią. Ja zaś będę dryfował na
peryferiach
tego świata. Pod moim butem chrupnął kawałek szkła. Dziennikarz nie byłby
sobą, gdyby nie trzymał tu kilku butelek po wódce. Jedna z nich musiała się rozbić. Odgłos
ten podziałał tak, jakby ktoś wymierzył mi siarczysty policzek albo mnie uszczyp
nął.

Robię

się

nieznośnie

sentymentalny.

Najwyraźniej

Grubasowi takie emocje także nie były obce. Ale
chrzęst szkła sprawił, że powróciłem do rzeczywistości.

Miałem zabrać się za przeglądanie gazet, gdy moją uwa
gę przyciągnęła wnęka w
murze. Jedna z cegieł w lewym
rogu w głębi piwnicy była usunięta. Pochyliłem się i
wsunąłem tam palce. Wziąłem głęboki wdech. Wydawało mi się, że usłyszałem czyjeś kroki.
Odruchowo sprawdziłem, czy glock jest na swoim miejscu. Czekałem bez ruchu. To jednak
musiało być złudzenie. Albo n
iósł się dźwięk dobie
gający z parteru.

Po chwili powoli wysunąłem z wnęki małą drewnianą skrzynkę, jakiej używa się do
przechowywania rozmaitych dupereli. Otworzyłem ją. Wyjąłem kawałek złożonego mate
riału
i ostrożnie go rozwinąłem. W środku znalazłem ka
rtkę wyrwaną z kołonotatnika. Uniosłem ją
i obejrzałem pod świa
tło. Kilka cyfr. Jedno nazwisko i skrót imienia. Nazwy dwóch
miejscowości. To wszystko. Miałem to, czego szukałem. To, co Grubas z jakichś powodów
ukrywał przed światem.

Złożyłem kartkę na pół

i schowałem do skrzynki. Ma
teriał, w który była zawinięta,
także uniosłem do światła. Wpatrywałem się w brązowy kwadrat pokryty poczernia
łymi
plamami. Nie, o pomyłce nie mogło być mowy. Kie
dyś już coś podobnego widziałem. To nie
była szmatka do ścieran
ia kurzu ani ściereczka z mikrofibry do czyszczenia okularów. Nie był
to też papirus ani fragment ubrania.

W dłoni trzymałem kawałek ludzkiej skóry.


16

Może masz płytę z tymi wrzaskami, których słuchaliśmy rano? Ten kawałek o
Auschwitz i doktorze Mengele?

Mój rozmówca roześmiał się.

-

Przyniosę ci jeszcze jedną kawę, żebyś tu nie zasnął.

Zbliżało się południe. Napięcie, które towarzyszyło mi od wielu godzin, odpłynęło.
Poczułem natomiast nadciągającą falę zmęczenia. Siedziałem w ciasnym pokoiku w budynku
komendy stołecznej w Warszawie. Aspirant Maciejewski przesunął stertę teczek z jednego
rogu biurka w inne, jakby ta czynność miała nam ułatwić rozmowę. Poznaliśmy się półtora
roku temu, gdy szukaliśmy zabójcy warszawskich kloszardów. Maciejewski znał się n
a
swojej robocie. Miałem nadzieję, że sprawa Grubasa trafi właśnie w jego ręce.

Rano, gdy podszedłem do samochodu i raz jeszcze przyj
rzałem się piwnicznemu
znalezisku, wybrałem numer inne
go policjanta. Karloff nie odebrał. Gdyby w mojej robocie
przyznawa
no nagrody za urodę albo zrobiono casting na nowego Jamesa Bonda, komisarz o
twarzy Frankensteina, z blizną ciągnącą się przez pół policzka, nie miałby naj
mniejszych
szans. Może ta skaza sprawiała, że Karloff był zwolennikiem wolnej amerykanki i uważał, ż
e
wszystkie środki są dozwolone, o ile prowadzą do celu. I trzeba przy
znać, że był mistrzem w
tej dyscyplinie. Odrażający, brudny i zły. Tak. Coś w tym stylu. Kusiło mnie, by zadzwonić
do inspektora Krygiera. Znaliśmy się od lat. Był moim szefem w Katowic
ach. Najlepszym
szefem. A teraz pracował w cen
trali, w komendzie głównej w Warszawie. Powstrzymałem się
jednak. Nawet makabryczne znalezisko nie usprawiedli
wiało takiego ruchu. Krygier to był
zupełnie inny kaliber. A jeszcze ci z komendy stołecznej pomyś
leliby, że szukam dojść, by
przejąć sprawę. I trudno byłoby nie przyznać im racji. Znałem tę złożoną pajęczą sieć
służbowych zależności i powiązań, wielokrotnie ją też zrywałem. Tym razem jed
nak nie było
powodu. Moje prywatne śledztwo nie dobiegło końca,
ale przestało być jedynie moją sprawą.

Maciejewski przyjechał po czterdziestu minutach od mo
jego telefonu. Towarzyszył mu
policjant o nazwisku Wąsik.

Aspirant przesiadł się do mojego samochodu, ten drugi ru
szył przed nami, jakby
konwojował ważną przesyłk
ę. Coś w tym zresztą było. Nie codziennie wozi się fragment
ludz
kiej skóry znalezionej w piwnicy.

-

Jesteś pewien, że to jest właśnie to?
-

zapytał, gdy ru
szyliśmy. Włączył radio i szukał
jakiejś stacji. Denerwował mnie tym. Nie lubię, gdy ktoś ingeruje
w moją muzykę. Ale
zignorowałem to.

-

To jest stara skóra, ale jestem prawie pewien. Kiedyś widziałem coś podobnego.

To prawda. Przesłuchiwałem mężczyznę, który zdjął skó
rę ze swojej matki. Potem
zakładał to wdzianko na siebie i tak ubrany paradował po mi
eszkaniu. Hitchcock by się nie
powstydził. A Lady Gaga spłonęłaby z zazdrości.

Z radia dobiegł wrzask. Maciejewski zaczął rytmicznie machać głową.

-

Ale jaja!
-

powiedział.
-

Taka muzyka z rana! Byłem trzy razy na ich koncercie.
Wiesz, o czym śpiewają? O d
oktorze Mengele! Swoją drogą, pamiętasz, tak właśnie
nazwaliśmy naszego mordercę.

Spojrzałem na Maciejewskiego. Nie znałem go od tej stro
ny. Nigdy nie spodziewałbym
się, że słucha muzyki. A już z pewnością nie takiej.

-

Angel of death
!

Monarch to the king
dom of the dead
!

-

po
licjant wtórował wokaliście.
-

Lubisz to? Ech, to były czasy!

Wyłączyłem radio. Jak dla mnie trochę za szybkie. Cho
ciaż na gitarach młócili jak
należy.

-

Skończysz jak Karloff
-

sapnąłem.

Kilka minut wcześniej dowiedziałem się, że ko
misarz o twarzy potwora siedzi w
szpitalu psychiatrycznym. Za
częło się od tego, że polubił grać w kręgle. Zupełnie jak ten hipis
z filmu. Mówił, że kręgle go uspokajają. A potem opowiadał, że ten stukot go niepokoi. Że
zaczął słyszeć gło
sy. Uśmiechnąłem
się. Nieźle to sobie wykombinował. To był już jego
trzeci pobyt w psychiatryku. W końcu komisja

orzeknie ciągłość i przewlekłość stresu lub
czegoś tam jesz
cze i Karloff dostanie bonus. Piętnaście procent dodatku do emerytury. Tak to
działa.

-

Karloff wymi
enił się z Inkwizytorem
-

odpowiedział Maciejewski.
-

Ważne, że liczba
pacjentów się zgadza.

A więc wiedział. Zresztą trudno, by było inaczej, skoro Urbaniak trafił na listę
najniebezpieczniejszych przestęp
ców w kraju.

-

Dziwię się, że nie ma cię przy tej

sprawie
-

dodał.

-

Sam się dziwię.

Zmieniliśmy temat. Opowiedziałem mu o poszukiwa
niu Grubasa i zabójstwie w
Sandomierzu. Dojechaliśmy do komendy. Na korytarzu mignęło mi kilka twarzy, które
przewinęły się podczas wspólnie prowadzonych spraw. Raz jeszcze

obejrzeliśmy moją
zdobycz, a następnie Wąsik zapakował wszystkie elementy w osobne torebki foliowe.
Warszawa przejmowała śledztwo, jeden z policjantów poje
chał już do Sandomierza.

Przepisałem treść notatki znalezionej w piwnicy i wpatry
wałem się w kartk
ę.

08.06.1991
-

? Kr

16.05.1993
-

Zygm. Olczyk Warszawa

Bądź tu mądry. Poprosiłem Maciejewskiego, by spraw
dził, czy nazwisko Olczyka
figuruje w papierach. Popatrzył na mnie dziwnie. Wyglądało to tak, jakbym wsadzał nos w
nie swoje sprawy. Ale zadzwonił,

gdzie trzeba, i popro
sił o informacje. Jeśli osoba była
notowana, a na dodatek w Warszawie, nie powinno być większych problemów z od
szukaniem
danych. Chociaż różnie to bywa. Zwłaszcza gdy chodzi o czasy, gdy komputery były
egzotycznymi okazami. Siedział
em przy kolejnej kawie. Wypuściłem z ust dym z mojego
chesterfielda i popatrzyłem na aspiranta.

-

Moim zdaniem sekwencja zdarzeń była taka.
-

Wziąłem czystą kartkę oraz leżący
obok długopis i zacząłem rysować koła.
-

Grubas zdobywa jakieś informacje. Jakie
, nie wiem.

Krąży wokół sportowców, klubów i prezesów, a tam w grę wchodzą duże pieniądze.
Rejtanowi się poprawia. Może nie jest królem życia jak ten... George Best...

-

Kto?

-

Nieważne
-

ciągnąłem
-

może nie jest królem, ale czuje, że trafił na żyłę złot
a. Że
ustawi się do końca życia. Aż na
depnął komuś na odcisk.

-

A dalej Grubas zdobywa coś naprawdę cennego
-

wtrą
cił aspirant.

-

I sprawy nabierają przyspieszenia. Pojawia się u niego reprezentacyjny obrońca Jacek
Kos. Chłopak wychodzi ze spotkania zdru
zgotany i zrozpaczony. Nie umiem sobie jego stanu
inaczej wyobrazić. Coś w nim pęka. Rzuca się pod po
ciąg. Śmierć Kosa najwyraźniej jest dla
kogoś ostrzeżeniem. Los Grubasa jest przesądzony. W sobotę zostaje wywabio
ny z
Warszawy...

-

Co mówiła w tej spra
wie jego sąsiadka?

-

Że dziennikarz był podenerwowany, niespokojny... Za
stanawiałem się, co mogło go
doprowadzić do takiego sta
nu. I chyba wiem. Pani Eleonora...

-

Najpierw George Best, teraz Eleonora. Fajnych masz znajomych.
-

Maciejewski
roześmiał się.

-

Wrzuć ich sobie na Facebooka.

-

Opowiedziała mi
-

kontynuowałem
-

że Grubas miał niepełnosprawnego umysłowo
syna w ośrodku pod San
domierzem. Może ktoś zadzwonił, że z chłopakiem coś się dzieje?
Albo groził mu. Sprawdź to.

Maciejewski szybko zapisał coś

na kartce.

-

Grubas jedzie i wpada w pułapkę. Jest torturowany. Zabójca pozostawia ostrzeżenie.
Za dużo widziałeś, tracisz oko. Jest jeszcze ten nieudolny kolumbijski krawat. W każ
dym
razie zabójca ma zimną krew. To wszystko musiało się dziać w sobotę, z
anim zalało miasto.
Przy okazji dom w Sandomierzu zostaje przeszukany i giną laptop i komórka Grubasa.

-

Skoro Rejtan jechał do syna, po co zabierał ze sobą laptopa? Chciał mu pokazać film
na DVD? I jeszcze jedno. Dlaczego zabójca od razu nie pojechał do W
arszawy?

Dopiłem kawę. Była o niebo lepsza od naszej w Katowi
cach. Albo tylko tak mi się
wydawało.

-

Dobre pytania. Sam się nad tym zastanawiałem. Nie wiem, jak było z laptopem. Może
chciał popracować. Po
dobno miał coś pilnego. A jeśli chodzi o przeszuka
nie mieszkania,
zabójca czekał na dogodny moment. Był week
end. Ludzie w domach. Nie sądził, że ktoś tak
szybko za
cznie szukać Grubasa.

Maciejewski milczał. Znów przełożył akta. Zachowywał się jak człowiek, którego
uwiera niewygodne ubranie. Po
tarł palca
mi czoło, jakby w ten sposób chciał pobudzić do
pracy szare komórki.

-

Sądzisz, że to, co znalazłeś, przyczyniło się do jego śmierci?

Ludzie zabijają z najgłupszych powodów. Posprzeczają się o flaszkę. O kilogram
bananów. Padnie o jedno słowo za dużo. Tym
razem przyczyna nie wydawała mi się błaha.

-

W grę wchodzi nie tylko ta kartka, lecz także ludzka skóra. Założę się, że jest znacznie
ważniejsza od tych kil
ku cyfr i literek. Chociaż ta kartka i skóra na pewno są ze sobą
powiązane. A swoją drogą
-

narysow
ałem kolejne kręgi na kartce
-

dlaczego tak długo trwa
sprawdzanie tego nazwiska?

Maciejewski nie odpowiedział. Wstał, zabrał moją filiżan
kę i wyszedł z pokoju. Gdy
wrócił po półgodzinie, był innym człowiekiem. W dłoni trzymał teczkę. Towarzyszył mu
siwie
jący mężczyzna, którego nie znałem. Z trudem mieści
liśmy się w tej klitce we dwóch,
więc nie wyobrażałem so
bie, że moglibyśmy się tam upchnąć we trzech. Obaj stanęli w
drzwiach.

-

Miałem nadzieję, że się znudzisz i sobie pójdziesz
-

po
wiedział Maciejews
ki.

-

Coś się stało?
-

Podniosłem się z krzesła.

-

Zygmunt Olczyk
-

wymienił nazwisko, które widniało na kartce.
-

Wydaje mi się,
Hipis, że poruszyłeś lawinę.

Senność opuściła mnie w jednej chwili.


17

Usiedliśmy w policyjnej stołówce. Znaleźliśmy wolny st
olik za filarem. Nieznajomy
zamówił kawę. Wsypał trzy łyżeczki cukru i powoli zamieszał, a my wpatrywaliśmy się w
niego z napięciem, jakby wykonywał najbardziej niezwykłą czyn
ność w dziejach ludzkości.
Odłożył łyżeczkę i pochylił się do przodu, a my postą
piliśmy tak samo. Musieliśmy wyglą
dać
jak spiskowcy, którzy zamierzają wysadzić w powietrze rządowy budynek.

Maciejewski przedstawił nas sobie. Mężczyzna nazywał się Florian Konieczny i
pracował w wydziale technicznym.

-

Do nich wchodzi się od drugiej str
ony, a nie głównym wejściem
-

wyjaśnił aspirant.
-

Trochę to trwało, zanim go odnalazłem.

Wydział techniczny zajmował się kontrolą rozmaitych procedur. Pracujących tam
powszechnie uważano za służbistów i nudziarzy, którzy są w stanie przyczepić się do
wszy
stkiego. Trafiało się wśród nich wielu cywilów, co utrudniało porozumienie i
ograniczało pole negocjacji. Tym bardziej nie rozumiałem, dlaczego Maciejewski sprowadził
takiego człowieka.

-

Poznaliśmy się przy okazji jakiegoś nalotu kontrolerów
-

powiedział
aspirant.
-

Okazało się, że moja lampka stoi nie po tej stronie biurka, po której powinna.
-

Uśmiechnął
się.

-

A spinacze leżą za blisko krawędzi
-

wtrącił Konieczny.

Oho, zaczyna się. Przypomniał mi się Joseph i jego kum
ple od piłkarskich interesów.
Tym
razem zaistniało niebez
pieczeństwo, że wkroczymy w świat procedur, paragrafów i
przepisów BHP.

-

Florian wiele lat pracował w wydziale zabójstw.
-

Maciejewski nagle spoważniał.
-

Był tu już w czasach, gdy mnie nie było na świecie.

Pokiwałem głową. Wszystk
o stało się jasne. Przyjrzałem się policjantowi. Był z
dziesięć lat ode mnie starszy. Głębo
kie bruzdy przecinały jego twarz, a szyję pokrywało kilka
ciemnych plamek. Gdy uznał, że ma dość oglądania okale
czonych zwłok i przesłuchiwania
podejrzanych, nie o
dszedł na wcześniejszą emeryturę, tylko zmienił pracę na spokoj
niejszą.
Ciekawe, czy mnie czeka to samo.

-

Jak sam wiesz, czasami wracamy do spraw z przeszłoś
ci
-

kontynuował aspirant.
-

Nie
tylko nasze archiwum
X
się tym zajmuje. Florian pomógł mi kilka

razy. Więc i teraz, gdy
tylko dostałem tę teczkę
-

stuknął palcem w akta
-

i zoba
czyłem, co jest w środku,
postanowiłem się do niego zwró
cić. I dobrze zrobiłem.

-

A co jest w środku?

Objętość skoroszytu nie była zachęcająca. Najwyżej kilka kartek. Nie b
yłem
zachwycony takim obrotem spraw. Maciejewski otworzył wychudzoną teczkę.

-

Zygmunt Olczyk został znaleziony 16 maja 1993 roku w Lasku Bielańskim
-

odczytał
informację z pierwszej stro
ny.
-

Sekcja zwłok wykazała, że chłopca uduszono.

-

Chłopca?

-

Miał
dwanaście lat.
-

Aspirant podniósł wzrok.

Poruszyłem lawinę. Zabójstwo dziecka. Takie sprawy ni
gdy się nie starzeją. Dotyczy to
zwłaszcza tych przypadków, w których nie złapano mordercy. Wiedziałem, że wkraczam w
świat jednej z tych historii. Myśli się o
nich latami, jesz
cze długo po tym, gdy akta trafią do
archiwum z adnotacją, że sprawcy nie wykryto.

-

Pan brał udział w tym śledztwie?
-

Popatrzyłem na Ko
niecznego.

-

Pracowałem przy tym z doskoku. Ale pamiętam, co się wtedy zdarzyło. Chłopca
uprowadzono

z placu zabaw ty
dzień wcześniej. Początkowo myśleliśmy, że jest to zwykłe
porwanie. Ale nikt nie odezwał się do rodziny w sprawie okupu. Jak to zwykle bywa,
pojawiło się kilka hipotez.
-

Upił łyk kawy i skrzywił się.

Znałem to dobrze. Porywacz się nie zg
łasza, więc trzeba kombinować. Opcja pierwsza
-

chłopiec stał się dawcą or
ganów. Lata temu, gdy Polska stała się przytułkiem dla Ru
munów,
uczestniczyłem w makabrycznym śledztwie. Ciała zaginionych rumuńskich dzieci
odnajdowano okaleczone i pozbawione nar
ządów. Sprawców wtedy także nie ustalo
no. Opcja
druga
-

historyjka zaaranżowana przez rodzinę i sfingowane porwanie. Opcja trzecia
-

zemsta.
Opcja czwar
ta
-

nieszczęśliwy wypadek. W grę wchodziło jeszcze kilka innych możliwości.

-

Najgorsze zaczęło się w
tedy
-

Konieczny przekartkował akta, jakby chciał się w ten
sposób upewnić, że wszystko dobrze pamięta
-

gdy znaleźliśmy już ciało...

-

Motyw seksualny?

Pokręcił przecząco głową. Skrzyżował ręce przed sobą w okolicy mostka, jakby chciał
się w ten sposób ob
ronić przed wspomnieniami.

-

Chłopiec został uduszony. Ale sekcja zwłok wykazała coś jeszcze. Przez tydzień, gdy
był przetrzymywany, nie do
stawał nic do jedzenia. Rozumie pan? Był głodzony...

Tydzień bez posiłków. W takich wypadkach obowiązuje reguła trze
ch trójek. Możesz
wytrzymać trzy minuty bez powietrza, trzy dni bez płynów, trzydzieści dni bez poży
wienia.
Teraz stało się jasne, dlaczego policjant tak dobrze pamiętał tę sprawę. Siedemnaście lat temu
policjanci nie mieli do czynienia z przeciętnym mord
ercą. Trafił im się sadysta.
Przypomniałem sobie skrawek znalezionej ludzkiej skóry. Porozrzucane elementy zaczynały
się ze sobą

łączyć.

-

Czy ten chłopiec...
-

Nie wiedziałem, jak zadać to pyta
nie.
-

Czy on był cały? Miał
skórę?

-

Wiem, do czego pan zmie
rza.
-

Konieczny popatrzył na Maciejewskiego. A zatem
aspirant opowiedział mu o moim znalezisku.
-

Chłopiec był cały. To nie jego skórę znalazł
pan na Powiślu.

Coś mi się jednak nie zgadzało. Stuknąłem dłonią w akta.

-

Dlaczego ta teczka jest taka cienka?
Przecież musieliście prowadzić szeroko zakrojone
śledztwo. Poza tym istnieje duże prawdopodobieństwo, że zabójca miał na rozkładzie także
inne ofiary...

-

Też się dziwię, że tego jest tak mało
-

odparł Konieczny.
-

Ale w papierach sprzed lat
często panuje
bałagan. Nikt do nich pewnie od dawna nie zaglądał. Wędrują z półki na pół
kę.
Czasem ktoś je nieumyślnie przestawi. Gdzieś muszą być.

-

Ta druga data...
-

Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem kart

-

8 czerwca 1991. Zapewne
jest jakiś związek między nią i za
bójstwem tego chłopca. Litery

Kr


pewnie oznaczają
Kraków. Albo czyjeś inicjały...

Konieczny dopił kawę. Odstawił filiżankę z wyraźną ulgą. Nie wiem, czy chodziło o
jakość napoju, czy też wspomnie
nia, z których mógł się otrząsnąć.

-

Tak jak mówiłem, prac
owałem przy tym śledztwie wa
hadłowo. Ale jest ktoś, kto
powie panu o tym o wiele więcej. Tylko że nie mogę go złapać.
-

Wskazał na telefon.
-

On już
nie pracuje w firmie. Będzie pan w Warszawie?

Maciejewski poruszył się niespokojnie na krześle. Nie chciał
em, by wyszło na to, że
zajmuję się jego sprawą i chcę przejąć dochodzenie.

-

Mam tu jeszcze dziś coś do załatwienia
-

skłamałem.
-

Zatrzymam się w policyjnym
hotelu. Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko
-

spojrzałem w kierunku aspiranta
-

a pański
znajom
y zechce się spotkać...

Aspirant mruknął coś pod nosem. Uznałem to za z tru
dem wyrażone przyzwolenie.

-

Może być pan pewien, że Marian Chyży będzie chciał się spotkać, gdy tylko dowie
się, o co chodzi.

Wymieniliśmy się telefonami. Pożegnałem się z nimi i
wy
szedłem na parking. Zza
chmur wyszło słońce. Zmrużyłem oczy i trwałem tak dobrą chwilę, jakbym chciał w ten
sposób oddalić od siebie wspomnienia z Sandomierza, smród stęchlizny i wilgoć z piwnicy
Grubasa. Nie ma co, trafiłem w sam środek makabrycznej hi
storii sprzed lat. Pojecha
łem na
Pragę do naszego branżowego hotelu. Zapłaciłem za jedną dobę. Dostałem inny pokój niż ten,
który trafiał mi się ostatnio, gdy uczestniczyłem w śledztwach w War
szawie. Wtedy, jeśli
zapowiadał się dłuższy wyjazd, zabie
rałe
m ze sobą laptopa i sporo muzyki na bezsenne noce.
Tym razem byłem zdany na nocny szmer ulicy. Dobrze, że miałem przynajmniej ubranie na
zmianę. Położyłem się na łóżku i zasnąłem.

Znów byłem małym chłopcem. Długo machałem do ko
goś ręką na pożegnanie. A po
tem
kąpałem się w stawie nie
daleko naszego domu. Tak naprawdę nie był to żaden staw, tylko
zwykła żabianka, w której stała woda. Ale rozgrywaliś
my tam z kolegami prawdziwe bitwy
morskie. Najbardziej nieustraszeni z nas zanurzali głowę. Była to próba char
ak
teru, bo nikt
nie wiedział, co się kryje w odmętach. Oczy
wiście należałem do grupy śmiałków.
Powiedziałem coś do kolegów, roześmiałem się i znikłem pod wodą. Gdy zaczęło mi
brakować powietrza, chciałem się wynurzyć. Ale jakaś tajemnicza siła mi na to n
ie pozwalała.
Czułem, że czyjaś ręka naciska na moją głowę i przytrzymuje mnie pod wodą. Szarpnąłem
się, uniosłem twarz i zacisnąłem zęby na dłoni. Woda wdarła się do moich ust i zachłysnąłem
się. W ostat
niej chwili wydostałem się na powierzchnię. Krztusz
ąc się, chciwie chwytałem
powietrze i patrzyłem na zaniepokojo
ne twarze towarzyszy. Zbierało mi się na wymioty.

-

Co mi się stało?
-

zapytałem wreszcie.

-

Był tu twój ojciec
-

odpowiedział jeden z nich.
-

Szukał cię. Był na ciebie zły.

Poderwałem się gwał
townie, zaskrzypiały sprężyny łóżka. Rozejrzałem się po pokoju i
uświadomiłem sobie, gdzie je
stem. Bolała mnie głowa i czułem ucisk w mostku. Prawdzi
wy z
ciebie psychol, Heinz. Przydałaby ci się terapia. Może nawet u samej Alicji Solskiej. Kto wie,
czy w
tedy, przed laty, gdy odrzuciłeś jej uczucia, podjąłeś dobrą decyzję. Jeśli w ogóle
chodziło o uczucia. Myśli krążyły bezładnie i odbi
jały się od ścian jak oszalała mucha, gdy
wpadnie do pokoju.

Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się piąta po południu. Poczu
łem, że nic nie jadłem.
Zamordowany chłopiec nie jadł znacznie dłużej. Spojrzałem na komórkę. Nikt przez ten czas,
gdy spałem, nie zechciał mi pomóc, zadzwonić do mnie i przerwać tego koszmarnego snu.
Cholerny Joseph. Znowu musiał powrócić.

Wiedziałem, że
muszę się ruszyć na miasto. Inaczej zwa
riuję. Przydałoby się piwo w
jakimś towarzystwie. A wcześ
niej chińszczyzna albo kebab. Krótka lista warszawskich
znajomych skróciła się jeszcze bardziej, gdy Karloff trafił do wariatkowa. Już miałem
zdecydować się n
a samotną wypra
wę, gdy przyszła mi na myśl pewna osoba. Wahałem się
przez chwilę. W końcu podjąłem decyzję.

Odebrała niemal natychmiast. Tak jakby od dawna czeka
ła na mój telefon.

-

Proszę, proszę...
-

Przeciągała wyrazy, jakby należała do szkolnego kółk
a
recytatorskiego.
-

Rudolf Heinz. Kto by się spodziewał...

-

To jak?
-

zapytałem.
-

Zrobimy kufelek?

-

A jak myślisz? Nie leżę jeszcze sześć stóp pod zie
mią
-

warknęła do telefonu.


18

Umówiliśmy się w pubie na rogu Świętokrzyskiej i Marszał
kowskiej. Wc
ześniej
zjadłem kebab i falafel w barze turec
kim. Sąsiadujące z nim kino

Bajka


pamiętałem z
dawnych czasów. Wciśnięty obok sex shop należał do późniejszej epoki. Falafel był
zdecydowanie lepszy. Przełknąłem ostat
ni kęs i od razu poczułem się lepiej. Po
prawiło mi się.
Jak świętej pamięci Grubasowi w ostatnim okresie jego ży
cia. Nie musiałem długo czekać, by
przekonać się po raz kolejny, że dobre samopoczucie to niezwykle chwiejna sprawa.

-

Rany, jak ty wyglądasz?
-

powiedziała gotycka Jolka.

To taki spo
sób okazywania troski i zarazem formuła przy
witania. Spojrzałem na siebie.
Wygnieciona marynarka i wymięta koszula, która nigdy nie miała styczności z żelaz
kiem.
Resztki sosu ułożyły się na niej w fantazyjny kształt.

-

Wyglądasz jak popowodziowe dziecko.
..

Prawie zgadłaś. Znalazłem w kieszeni zużytą chusteczkę i spróbowałem doprowadzić
się do porządku.

-

Albo
-

ciągnęła
-

Kevin Costner w
Wodnym świecie
,
w tych, wiesz, postrzępionych
ciuchach. Tylko że uroda u ciebie nie ta. Dobrze, że umówiliśmy się tutaj
, a nie na Nowym
Świecie. Nie wpuściliby nas
-

znów obrzuciła mnie krytycznym spojrzeniem
-

nawet do

Piotrusia


ani do

Amatorskiej

. O

Nowym Wspaniałym Świecie


nie wspo
minając. Jeśli
chcesz, pójdę do empiku i kupię ci jakieś pis
mo dla eleganckich męż
czyzn.

Z uśmiechem wysłuchałem, jak wyrzuca z siebie kolejne zdania. Przyjąłem te
złośliwości z prawdziwą ulgą. Nie mia
łem przecież żadnej pewności, kogo przywitam w
pubie. Wiele wskazywało na to, że będzie to kobieta wyniszczo
na chorobą. Tymczasem
gotyc
ka Jolka była w bardzo do
brej formie. Na głowie postrzępione włosy, każdy sterczący

w
inną stronę, czarny T
-
shirt, dżinsy w tym samym kolorze, skórzana kurtka z przypinką Sonic
Youth. Te znaczki mają swoją nazwę, ale nigdy nie mogę jej zapamiętać. Basista

z mojej
kapeli ma całą kolekcję własnoręcznie zrobionych. Przypomniałem sobie, że gdy byłem u niej
w mieszkaniu wiele miesięcy temu, słuchaliśmy Spear of Destiny. Paznok
cie pomalowane na
fioletowo i mocny makijaż. Powiedzia
łem jej, że świetnie wygląda,
ale zbyła komplement
milcze
niem. Był to dla mnie wystarczający sygnał, by nie brnąć dalej, nie pytać o zdrowie i o
to wszystko, co porusza się na takich spotkaniach.

-

No dobra
-

uniosła szklankę z tyskim i stuknęła w mo

-

wysłów się.

Opowiedziałem. Na
jpierw o Inkwizytorze i jego uciecz
ce.
O

zabójstwie pielęgniarza i
odciętym języku. O wiado
mości, którą pozostawił dla mnie morderca.

Słuchała uważnie. Czułem, że brakuje jej takich historii. Choroba odcięła ją od
policyjnej codzienności. Wiedzia
łem, że

w mojej opowieści nie szuka ekscytacji, tylko
kontaktu z dawnymi, lepszymi czasami. Pracowałem z nią dwa lata temu. Drugi raz pomogła
mi przypadkiem i by tak rzec, już po godzinach. Gotycka Jolka była kimś w rodzaju lustra, w
którym odbijały się moje hipo
tezy i wątpliwości. Tym ra
zem było podobnie.

-

To się nie trzyma kupy, Hipis
-

powiedziała wreszcie.
-

Facet się ukrywa, a
jednocześnie dwa razy jest widziany koło cmentarza. Obok miejsca swojej ostatniej pracy.
Wy
jaśnij mi to.

Nie potrafiłem.

-

Poza tym

-

zajęła się oglądaniem lakieru na paznok
ciach
-

jeśli chciał cię zabić,
zrobiłby to od razu, nawet gdyby musiał przez to odpuścić sobie tego cholernego pie
lęgniarza.
Z pewnością jesteś dla niego ważniejszy. A tym
czasem Urbaniak wysłał ci ostrzeżenie.
Tak
może być w fil
mie o psychopatach, ale nie w rzeczywistości.

Z tym bywa różnie. Tak czy inaczej były w tej sprawie niejasności.

-

Może nie chodzi mu o zwyczajną zemstę po latach.
-

Wypuściłem obłok z
elektronicznego papierosa.

-

Być może
-

przytaknęła.

-

Powinniście wziąć w obroty siostrę Urbaniaka. To znaczy
twoi błyskotliwi koledzy po
winni to zrobić.

-

Podobno tańczą z nią. Ale niewiele z tego wynika.

Piliśmy piwo w niewielkim ogródku, a obok nas siedziała

zmęczona życiem parka. W
pewnej chwili mężc
zyzna wstał i podniósł dłoń. Piwo zachybotało się na stoliku.

-

Panie Andrzeju, niech pan się nie boi
-

ryknął i zama
chał ręką.
-

Dwie trzecie Sejmu
za panem stoi.

Mężczyzna stojący na przystanku autobusowym po dru
giej stronie ulicy odkrzyknął coś
niezro
zumiałego, rozejrzał się, wykorzystał kilka chwil, gdy Świętokrzyską akurat nic nie
przejeżdżało, i przebiegł przez jezdnię.

-

Zaaresztuj go, złamał przepisy
-

teatralnym szeptem po
wiedziała Jolka.
-

Co
sprowadziło cię do Warszawy? Chyba nie ucieczka prze
d Inkwizytorem.

Powiedziałem o ojcu i cudownym powrocie po czterdzie
stu latach. Gwizdnęła
przeciągle i powiedziała, że ostatni raz spotkała się z czymś takim w latynoskiej telenoweli.
Opowiedziałem o samobójstwie piłkarza. O wyjeździe do Sandomierza i zwł
okach Grubasa.
A także o drewnianym pudełeczku, makabrycznej zawartości i rozmowie w ko
mendzie
stołecznej. Słuchała spokojnie, a mnie zaschło w gardle, więc je przepłukałem. Prychnęła
dopiero, gdy wymieniłem nazwisko Mariana Chyżego.

-

Maciejewski jest w
porządku, Konieczny był okej, pa
miętam go. Ale na Chyżego
uważaj. To niezłej klasy skur
wysyn.

Jolka opowiedziała mi o Chyżym. Pracował w wydziale zabójstw, by po latach
przenieść się do Biura Spraw We
wnętrznych. Tym razem to ja zareagowałem gwałtownie.

Policja w policji jest ciałem, od którego trzeba trzymać się jak najdalej. Każdego traktują jak
potencjalnego przestęp
cę. Więc co z Chyżym? Pewnego pięknego dnia, takiego jak ten,
wkroczył na stare śmieci, by porozmawiać z pew
nym komisarzem. Podobno był
ucholem
mafii. Wspólna wódka, wspólne dziwki, kasa do podziału. Klasyka. Chło
paka zawieszono,
później postawiono w stan oskarżenia. Sprawa ciągnęła się pięć lat. To także klasyka.
Rodzina policjanta rozpadła się, życie zawodowe legło w gruzach. Zakończyło

się
uniewinnieniem. Człowiek trafił do szpi
tala psychiatrycznego, a Chyży przy kolejnym
spotkaniu zbył wszystko wzruszeniem ramion, bo po prostu taką ma

pracę.

-

Gdy już go spotkasz
-

powiedziała Jolka
-

przekaż mu ode mnie znak pokoju.
Powiedz, że jego
matka...
-

Nachyliła się ku mnie i szepnęła coś do ucha. Minęła chwila,
zanim zrozumiałem. Z uznaniem kiwnąłem głową. Muszę powie
dzieć to Gawlikowi. Z
pewnością dorzuci do swojego arse
nału przekleństw.

Przy stoliku obok zrobiło się głośniej.

-

Pytasz mni
e o Albinosa?
-

Facet nazwany Andrzejem podniósł głos.
-

Znaczy pytasz,
gdzie on, Albinos, teraz mieszka? Człowieku, ja nie wiem, gdzie sam mieszkam, a mam
wiedzieć, gdzie ktoś mieszka?

Gotycka Jolka znalazła godnego rywala. Sami oratorzy przesiadują w tym

pubie.

-

Nie znam sprawy tego chłopca
-

powiedziała Jolka.
-

Ale to działo się prawie
dwadzieścia lat temu. Też uważam, że druga data łączy się z tym zabójstwem. Nie rozumiem
tylko, co ma z tym wspólnego dziennikarz. Skąd ludzka skó
ra? I dlaczego to wszy
stko
powraca po tylu latach?

Lubiłem jej słuchać. Zawsze uważałem, że dobrze posta
wione pytania są ważniejsze od
udzielanych odpowiedzi. Jolka umiejętnie mnożyła wątpliwości, a ja wiedziałem, że nie
powinienem ich zlekceważyć.

Dopijaliśmy trzecie piwo. Mę
żczyzna zwany Andrzejem gdzieś poszedł. Może szukać
swojego domu. Parka dopiła to, co miała w szklankach, i też się ulotniła. Gotycka Jolka
spojrzała na zegarek.

Klepnęła się po udzie.

-

Więc chcesz wiedzieć, jak się czuję?

Wolałem nie odpowiadać. A może w
olałem tego nie wy
słuchiwać.

-

Teraz czuję się znośnie. Ale nie mam wątpliwości, jak to się skończy. Dostałam bilet
w jedną stronę. I nie będę zgrywała celebrytki, która napisze książkę o tym, jak poko
nała
raka, bo liczą się nastawienie oraz wola życia.
Głodne kawałki do telewizji śniadaniowej.
Wiesz, co te skurwysyny mi zrobiły?
-

Podniosła głos.

-

Kto?

-

Moi szefowie. Czuję się lepiej, chciałam wrócić do fir
my, ale oni nie chcą.
-

Po raz
pierwszy widziałem łzy w jej oczach.
-

Zupełnie jakbym miała ich
tym rakiem
zarazić.
Tłumaczą, że nie powinnam się przemęczać, radzą zapomnieć o stresie i opowiadają mi takie
duperszmity. Wytoczę im sprawę. Ale na razie
-

sięgnęła po sportową torbę
-

mam to.

Odsunęła zamek i wyjęła aparat fotograficzny z potężnym teleob
iektywem.

-

Bawisz się w prywatnego detektywa? Fotografujesz nie
wiernych mężów i żony?

-

Rogacizną się nie zajmuję.
-

Roześmiała się.
-

To są obiekty moich łowów.

Wyjęła kilka odbitek i wręczyła mi je. Znajdowały się na nich samoloty. Pas ziemi
widoczny u

dołu każdej fotografii świadczył o tym, że zdjęcia robiono w chwili startu lub
przy podejściu do lądowania.

-

To jest
powe
r
!

-

Pokazała na zdjęcia i zacisnęła pięść.
-

Za chwilę mam podwózkę.
Jedziemy na Okęcie. Na pas 33. Od strony pól, tam od ulicy Karn
awał
-

mówiła szybko,
jakby bała się, że jej przeszkodzę.

I tak nie wiem, gdzie to jest, i zapewne nigdy się nie do
wiem. Nie jestem airspotterem.
Samoloty to nie moja dział
ka. Latam, jeśli muszę, a gdy tylko mam wybór, wolę czuć grunt
pod stopami.

-

Służ
ba Ochrony Lotniska daje mi spokój, gdy pokazuję blachę, nawet właściciele tych
pól się wtedy nie wpieprzają. A dziś ląduje boeing 737. Z Norwegii. Już go kiedyś złowi
łam,
ale zdjęcie wyszło niewyraźne.

-

Długo się tym zajmujesz?

-

Pasjonowało mnie lotnic
two,

gdy byłam w liceum, a potem na studiach. Chciałam
nawet zrobić kurs pilo
tażu...

Był taki jeden, co też chciał, przypomniałem sobie Jacka Kosa. Ale nie zdążył.
Odpędziłem od siebie nieprzyjemne myśli.

-

Może chcesz jechać z nami?

Odmówiłem. Wolałem in
ne atrakcje. Na przykład skrzy
piące łóżko w policyjnym
hotelu. Cmoknęła mnie w poli
czek i wstała.

-

Daj znać, gdy coś będzie się działo. Jestem ciekawa, jak to się skończy.

Ruszyła w stronę ronda ONZ. Odwróciła się i pomachała mi. Uniosłem rękę. Tę, któr
ą
miałem wolną. W drugiej trzy
małem piwo.

W hotelowej knajpie dobiłem się jeszcze jednym. Gdy je kończyłem, odezwał się
Hendrix w telefonie. Dzwonił Ko
nieczny.

-

Złapałem go wreszcie. Widzimy się jutro o dziesiątej. Na Myśliwieckiej w

Returnie

.

Zapytał
em, gdzie to jest. Koło radiowej

Trójki


i stadionu Legii. Trochę kultury,
trochę sportu. I trochę zabójstw. Poli
cyjna lista przebojów.

-

Maciejewski będzie?
-

bardziej stwierdziłem, niż zapy
tałem.

-

Zadzwonię do niego.
-

Konieczny zakończył rozmowę.

Wr
óciłem do pokoju i nastawiłem budzik w telefonie. W torbie znalazłem ostatni czysty
T
-
shirt. Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Od spotkania z ojcem na cmenta
rzu
minęły dwa tygodnie. Sporo się przez ten czas wyda
rzyło. Dwunastoletni chłopiec. Sadys
ta.
Grubas. Głodzenie i ludzka skóra. Lasek Bielański i piwnica na Powiślu. Sady
sta. Grubas i
Jacek Kos. Tortury. Poderżnięte gardło i samo
bójcza śmierć. Data, której nie potrafiłem
rozszyfrować.

Skojarzenia przeskakiwały w mojej głowie jak piłeczki podc
zas losowania lotto. Nie
wiedziałem, jak je poukładać. Tym razem nie trafiłem szóstki. Nie złowię nic, w
przeciwieństwie do gotyckiej Jolki. Zdecydowanie to nie był mój dzień.


19

Kilka minut po dziesiątej wkroczyłem do pubowego ogród
ka i skierowałem się
do
stolika zajętego przez czterech mężczyzn. Maciejewski w okularach przeciwsłonecznych
siedział rozparty z rękami założonymi za głowę. Żuł gumę i wyglądał jak śmiertelnie
znudzony wczasowicz na wie
czorku z muzyką etniczną i regionalną kuchnią. Konieczny
siedział pochylony nad rozłożonymi na stoliku gazetami, a dwóch nieznanych mi facetów
rozprawiało w najlepsze. Ten rudy, żylasty, ubrany był w krótkie spodenki i koszul
kę polo.
Wydawało się, że za moment pożegna wszystkich, chwyci rakietę tenisową i uda s
ię na kort.
Jego kumpel z pu
cołowatą twarzą i sińcami pod oczami wyglądał niewinnie jak niedźwiadek
panda. Obaj byli starsi ode mnie.

-

O, to pewnie komisarz Heinz.
-

Żylasty podniósł się z wiklinowego fotela i podał mi
rękę.
-

A ja jestem Chyży.

-

Chyży
-
ryży
-

dopowiedział pucołowaty i wybąkał jakieś nazwisko.

Chyży
-
ryży. Sam bym się domyślił.

-

Bo my tu
-

Chyży omiótł dłonią stół
-

rozmawiamy na ważkie tematy. A pan jak sobie
radzi z trupami?

-

Słucham?

-

Bo wie pan, my należymy do weteranów. Pamiętamy s
tare czasy. Nie wierzę, że
istnieją gliniarze odporni na odór rozkładającego się ciała. I wie pan, ja miałem taki patent, że
nosiłem ze sobą paczkę papierosów, chociaż nie palę. Najczęściej carmeny. I gdy
wkraczaliśmy do środka, odry
wałem filtry i wkładał
em je sobie do nosa.

-

Ja miałem inny sposób
-

wtrącił pucołowaty.

Poczułem się jak na konwencie policjantów. Wspomnień

czar.

-

Przykładałem sobie do twarzy gazetę, która najbardziej śmierdziała farbą drukarską.
Za moich czasów najlepszy był

Przekrój

. N
o, można było jeszcze zrobić sobie gaziki z
octu. Prawie w każdym domu mieli butelkę. Nawet jak się nie znalazło u denata, to jego
sąsiedzi użyczali.

Nie miałem ochoty na takie inspirujące poranne rozmo
wy. Nie miałem własnych
patentów, więc odpowiedziałem

cokolwiek, by się odczepili, i poszedłem po kawę. Opo
wieści
retro w pubie retro. Wnętrze

Returnu


ozdobio
ne było zdjęciami gwiazd tenisa z przeszłości.
Na jednym Jimmy Connors z nienaturalnym grymasem na twarzy. Obok Bj
ö
rn Borg z opaską
na czole szykuj
ący się do forhendu. I jeszcze jakaś zawodniczka, której nie rozpozna
łem, w
stroju z zamierzchłej epoki. Przypomniałem sobie niedawne spotkanie w Zabrzu, mokrego
Włocha i postaci, które przyglądały się nam z fotografii. Kto tam był? Ernest Pohl, a ten
dru
gi? Chyba

Epi


Kowal. Pierwszy raz wtedy o nim słyszałem. Ciekawe, przemknęło mi
przez głowę, co się dzieje z ojcem? Jego milczenie wydało mi się nie
naturalne, a sam także
nie znalazłem czasu, by do niego

zadzwonić. Może pochłonęła go wielka woda w
Sando
mierzu?

Wróciłem do stolika. Szczęśliwie Chyży i panda zmienili temat. Być może uznali, że
nie mają publiczności, przed któ
rą mogliby się popisywać. We trzech, wraz z Koniecznym,
przeglądali gazety i komentowali artykuły. Tytuły od lewa do prawa. Wachlarz

poglądów na
każdy temat. Prasówka emerytów przy porannej kawie. Jedynie Maciejewski sie
dział
zblazowany, wsunął do ust kolejną gumę i zachowy
wał dystans wobec pozostałych.
Zrozumiałem, że podobnie jak gotycka Jolka, także nie przepadał za Chyżym. I dawa
ł mu to
odczuć.

-

Co to się dzieje
-

mruknął pucołowaty i zaszeleścił gaze
tą.
-

Przedwczoraj pod
pałacem złapali jakiegoś faceta z gra
natem. Podobno miał dosyć demonstracji.

-

A tu piszą
-

Konieczny wskazał palcem obszerny arty
kuł
-

że dla odmiany wczor
aj
ktoś chciał się tam ukrzyżo
wać, ale tłum go powstrzymał. Chciał to zrobić na znak
-

czytał
-

odwiecznej męki polskiego narodu i w imię prawdy

o

katastrofie.

-

Ale jaja
-

pucołowaty nie dawał za wygraną.
-

Szkoda, że ten z granatem nie
rozpieprzył wszys
tkiego w cholerę. Ale mam coś lepszego.

Wyglądał jak pokerzysta, który próbuje przebić rywali

i

zgarnąć całą pulę.

-

W hipermarketach zaszywają pracownikom kieszenie. Żeby nic nie ukradli. I jest
jeszcze o rybaku z Darłowa, który wypił spirytus z kompasu.

Jednym zaszywają kieszenie, innym wszywają esperal, a jeszcze innym zaszywają
mózgi. Przede mną siedział naj
wyraźniej ten ostatni przypadek. Spojrzałem na wyświet
lacz
telefonu. Nie spieszyłem się nigdzie, ale towarzystwo przy stoliku zaczęło mnie męczyć.

-

Mamy coś nowego?
-

zwróciłem się do Maciejewskiego.

-

Odnaleźli podtopiony samochód Grubasa w Sandomie
rzu. W środku nic ciekawego.
Oczywiście można zapomnieć o wszelkich śladach. Sprawdzamy, co robił w ostatnich
tygodniach, z kim się spotykał, dokąd je
ździł. Znaleźli przy nim bilet kolejowy, ale nie
pamiętam teraz z jakiej trasy. My przeczesaliśmy dokładnie mieszkanie na Powiślu i piwnicę.
Nic nowego nie znaleźliśmy. Wciąż nie wiemy, dlaczego po
jechał do Sandomierza.
Sprawdziliśmy ten ośrodek, w któ
ry
m przebywa jego syn. Stamtąd nikt nie dzwonił. Słowem
niewiele.

Pokiwałem głową. Niewiele to w tym wypadku i tak za dużo powiedziane. Ale
mechanizm śledztwa został wpra
wiony w ruch.

-

Nie chcę przerywać panu prasówki
-

popatrzyłem na Chyżego
-

ale przysze
dłem tu,
żeby porozmawiać o tym za
mordowanym chłopcu. Rozumiem, że wie pan o wszystkim, co
się ostatnio zdarzyło.

Zapadło milczenie. Tak jakby wszyscy czekali na tę chwi
lę. Pomyślałem o aktorach,
którzy wygłupiają się za kurty
ną, zanim rozpocznie się pr
emierowe przedstawienie. Z
pobliskiego kanału niósł się krzyk kaczek, a zza przepierzenia oddzielającego pub od kortów
dobiegały odgłosy uderza
nych piłek.

-

Prowadziłem tę sprawę.
-

Twarz Chyżego przypominała maskę.
-

To było sadystyczne
zabójstwo. Może n
ie sama śmierć, ale to, co dzieciaka spotkało przez ten tydzień.
Wypróbowałem wszystkie sposoby, by znaleźć skurwie
la, który to zrobił. Sprawdzałem każdą
pogłoskę, każdy sygnał...

Mówił tak, jakby przeniósł się w czasie. Znów był policjan
tem prowadzącym
śledztwo.
Zrezygnowanym gliną świado
mym porażki. Czekałem na ciąg dalszy opowieści. Tymcza
sem
Chyży zadał pytanie.

-

Jesteś profilerem, dobrze słyszałem? Specjalistą od tych rozmaitych seryjnych
czubów?

Zaczął mi mówić na ty, jakby w ten sposób chciał wy
ko
rzystać zawodową solidarność i
sprawić, że będę go lepiej rozumiał.

-

Dobrze słyszałeś.

-

Więc powiem ci, że nie wierzę w takie sztuczki. Dla mnie liczy się to.
-

Dotknął
czubka nosa.

Słyszałem takie uwagi nie raz i byłem na nie doskonale impregnowany.

-

I co podpowiedziały ci intuicja i wieloletnie doświadcze
nie?
-

zapytałem.

-

Że ten facet, założyłem, że mamy do czynienia z męż
czyzną, musiał zrobić coś
podobnego już wcześniej. Roze
słałem pytania do wszystkich komend wojewódzkich. Oka
zało
się, że mi
ałem rację. Zygmuś Olczyk nie był jedyny. 8 czerwca 1991 roku zaginął chłopiec z
Sosnowca. Jego ciało odnaleziono przy torach kolejowych. Został uduszony pa
skiem. Przed
śmiercią był głodzony. Nazywał się Krzysztof Letni.

Wszyscy przy stoliku siedzieli bez

ruchu. Jakby bali się, że szelest gazety lub odgłos
odstawianej filiżanki zatrą wspo
mnienia. Krzysztof Letni. Wyjaśniło się, co znaczyły litery

Kr


znajdujące się przy dacie. Nie musiałem przypominać sobie, co robiłem w 1991 roku.
Będę pamiętał to do ko
ńca życia o każdej porze dnia i nocy. Leżałem w szpitalu po wy
padku
samochodowym, w którym straciłem ukochaną ko
bietę. Chciałem wtedy umrzeć, a nie
zajmować się cudzymi sprawami. Drugi raz poczułem się podobnie po dziesięciu latach.
Wówczas Inkwizytor pr
zyłożył do tego rękę i kilka zapałek.

Chyży sięgnął po teczkę. Wydobył z niej kilka skserowanych kartek. Na jednej była
kopia fotografii miejsca, w któ
rym znaleziono ciała. Na drugiej widniało zdjęcie chłopaka ze
szkolnej legitymacji. Zatrzymałem się przy

trzeciej kart
ce. Mój T
-
shirt na plecach był mokry.
Poczułem podmuch wiatru i przeszywające mnie zimno.

-

A to?
-

zapytałem.

-

Przy zwłokach znaleźli tę kartkę. Nikt nie miał wątpliwo
ści, że to informacja od
zabójcy.

Przyjrzałem się kserokopii. Jedna lin
ijka tekstu. Dwa zda
nia napisane na maszynie.
Witamy w Jurassic Park. W epo
ce sprzed komputerów.

Zróbcie to. Zanim znowu zabiję.

Dwa pierwsze słowa napisane były łącznie. Ktoś oddzielił je od siebie zdecydowanym
pociągnięciem długopisu. Dru
gie zdanie po
dkreślono dwa razy. Tak jakby autor chciał nadać
im większą moc. Jakby podkreślał, że nie żartuje.

-

Zanim znowu zabiję
-

powiedział Chyży.
-


ZZZ

. Tak zakryptonimowano tę sprawę.

-

Niektórzy
-

wtrącił pucołowaty
-

nazywali ją

Zorro

.

-

Śledztwo przejęła

specjalna grupa
-

ciągnął Chyży.
-

Stanąłem na jej czele.
Analizowaliśmy te dwa zdania milion razy. Było dla mnie jasne, że chłopaki z Sosnowca
pokpili sprawę. Zlekceważyli informację od zabójcy. Uznali ją za fałszywy ślad. Zacząłem
szukać podobnych przyp
adków. Wzięliśmy pod lupę wszystko. Zaginięcia, ucieczki
nastolatków z domu, uprowadzenia. I wiesz co?

Domyśliłem się, jaki był ciąg dalszy.

-

I nic.
-

Westchnął.
-

Ani jednego przypadku więcej.

-

Na pewno sprawdzaliście, czy między ofiarami był jakiś zwią
zek. Coś, co by je
łączyło...

-

Zrobiliśmy to na setki sposobów. Bez rezultatu. Chłop
ców łączyło tylko to, że byli w
podobnym wieku, Krzyś Letni miał jedenaście lat. Oraz to
-

Chyży sięgnął do notatek
-

że
zaginęli w weekend. Tyle że chłopak z Warszawy ba
wił się z kolegami na podwórku, a ten z
Sosnowca wracał z próby w domu kultury. Przygotowywali się do jakiegoś występu
teatralnego. Był czas, że trasę do Sosnowca pokonywałem z za
mkniętymi oczami.
Sprawdziłem wszystko. Rodziny się nie znały.
-

Zaczął wyli
czać na palcach.
-

Chłopcy nigdy
się nie spotkali. Nie byli do siebie podobni, jeden był brunetem,

drugi blondynem. Gdyby to
działo się dzisiaj, przeczesałbym portale społecznościowe i komputery, ale wtedy nie było
takiej możliwości.

Chłopcy nigdy się nie
spotkali. Ale obaj spotkali morder
cę.

-

Zastanawiałeś się, dlaczego morderca poprzestał na dwóch ofiarach?

-

Mógł pójść siedzieć za zupełnie inne przestępstwo. Wszystko wskazywało na to, że
mamy do czynienia z sa
dystą. Sprawdzaliśmy osadzonych z takimi s
kłonnościami. Wiesz,
katowanie rodziny, znęcanie się nad zwierzętami. Zero śladów. Mógł rozchorować się albo
zdechnąć, czego życzę mu z całego serca. Mógł...
-

przełknął ślinę
-

mógł to zrobić kolejny
raz, a nasze sito okazało się dziurawe i nie wychwycili
śmy

przypadku.

Albo

zmodyfikował

sposób działania...
-

Spuścił głowę.

Wyglądał na wyczerpanego. Jak bokser, którego trener za
raz rzuci ręcznik na ring. Tuż
za ogrodzeniem, ścieżką wio
dącą wzdłuż kanału, przebiegła dziewczyna w legginsach. Blond
włosy zwi
ązane w koński ogon podskakiwały w rytm jej kroków. Pięć par męskich oczu
podążyło za biegaczką, jakby chciało wspomóc ją w treningu. Najdłużej zza ciem
nych szkieł
patrzył na nią Maciejewski. Przez chwilę znaleź
liśmy się w lepszym świecie.

-

Trwało to do

1998 roku.
-

Głos Chyżego zadziałał niczym chluśnięcie lodowatą wodą
w twarz.
-

Wówczas odszedłem z wydziału zabójstw. Naszą specgrupę rozwiązano znacznie
wcześniej. Jestem już na emeryturze i to jest jedyna sprawa, która po tylu latach nie daje mi
spokoj
u. Więc gdy dowie
działem się, że pojawiły się nowe ślady...
-

Urwał.
-


ZZZ


sprawiło, że prawie wylądowałem w wariatkowie.

-

Zupełnie jak pewien policjant z komendy stołecznej. Słyszałem, że lubisz wpędzać w
kłopoty byłych kolegów.
-

Sam nie wiem dlaczeg
o mi się to wyrwało. Może po pro
stu
zapamiętałem opowieść gotyckiej Jolki i nie potrafiłem

odpuścić. Maciejewski poruszył się
niespokojnie. Zdawało mi się, że żyły na rękach Chyżego nabrzmiały jeszcze bar
dziej.

-

Widzę
-

powiedział
-

że zasięgnąłeś język
a w mojej sprawie u życzliwych ludzi.

Uśmiechnąłem się.

-

Lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia.

-

Słuchaj, gnoju
-

Chyży poczerwieniał na twarzy
-

jeśli wydaje ci się, że możesz
bezkarnie wydawać wyroki, to...
-

szukał właściwych słów.
-

Kilku chłopaków
wyciągnąłem
za uszy z prawdziwego gówna. A w tym przypadku, o którym mówisz, uważam, że miałem
rację. A ty kim jesteś?
-

Wy
ciągnął palec w moim kierunku.
-

Wzorem policjanta o
nienagannych manierach? Zgarniasz w komendzie doroczną nagrodę fair play?
-

Roz
eśmiał
się.

Z pewnością nie byłem wzorem do naśladowania. Dale
ko mi do ideału. Atmosfera przy
stoliku zrobiła się gęsta jak śmietana do tortu. Jak w dobrej szpiegowskiej powieści, gdy przy
stole siedzi kilku cynicznych agentów i rozprawia
ją o okruchach l
ojalności, które gdzieś
jeszcze pozostały. Byłem zły na siebie. Powinienem trzymać język za zębami. A tak rozmowa
przybrała niespodziewany obrót.

-

Dobra
-

mruknąłem.
-

Punkt dla ciebie. Nikt nie przepa
da za tymi z wewnętrznego.
Ale nic do ciebie nie mam.

Czy jest coś jeszcze, co mogłoby być dla nas przydatne?
-

Spojrzałem na Maciejewskiego.

Pierwsze zabójstwo popełniono w Sosnowcu. Na moim te
renie. Chciałem dać mu do
zrozumienia, że w takiej sytuacji nie odpuszczę sprawy.

-

Czasem bywa tak, że po latach
różne fakty układają się inaczej, że widzi się je w
innym świetle. Może zdarzyło ci się coś takiego?

Czekałem w napięciu. Chyży patrzył na mnie, ale miałem wrażenie, że jego wzrok
powędrował gdzieś dalej, w stronę ambasady Hiszpanii albo Łazienek.

-

Czy wi
dzę coś w innym świetle?
-

powtórzył moje py
tanie.
-

Ja staram się, Heinz, nic
nie widzieć, rozumiesz? Chciałbym, by te wspomnienia się zatarły. Dziś możesz usunąć
laserem tatuaż, ale takich rzeczy
-

stuknął się w skroń
-

nie możesz. Weź to.
-

Wyciągnął w

moją stronę kserokopię.
-

Zrobiłem tę odbitkę dla ciebie.

Była to kartka z listem od mordercy.

-

Oby ci się przydała. A gdy już go złapiesz...

Przymknąłem oczy i zacisnąłem usta. Chyży zrozumiał

mój gest. Wstał i w milczeniu
rzucił dziesięciozłotowy bank
not na stół. Bez słowa podał nam rękę i wyszedł. Pucoło
waty
zwinął gazety w rulon i uderzył nimi w pustą dłoń, zupełnie jakby wypróbowywał policyjną
pałkę. Podniósł się z krzesła. Konieczny i Maciejewski uczynili to samo. Nie chciałem z nimi
rozmawiać. P
otrzebowałem jeszcze jednej kawy i spokoju, by przemyśleć to, co usłyszałem.

-

Rozumiem
-

aspirant zdjął okulary
-

że wchodzisz do gry?

-

Dobrze rozumiesz. Sam widzisz, że te dwa zabójstwa się ze sobą łączą. Zobaczę, co
uda mi się znaleźć na moim terenie.
Będziesz informowany o wszystkim, co się dzieje. W
takich sprawach gram czysto. Znasz mnie.

-

Znam. I dlatego mam pewne obawy.

Zostałem sam. Zamówiłem americanę i wziąłem kartę z przekąskami ozdobioną
zdjęciem Johna McEnroe. Nie byłem głodny. Potrzebowałem

czegoś, na czym mógłbym
zrobić notatki, a na odwrocie pozostawionej kserokopii nie chciałem pisać.

Zróbcie to. Zanim znowu zabiję.

Zróbcie to. Czyli co? Chrońcie dzieci? Odnajdźcie mnie? Zabijcie? Powstrzymajcie?
Dlaczego to zdanie jest takie ogól
ne? Bo
zabójca nie chce przyznać się przed samym sobą, że
jest zwykłym draniem?

Zróbcie to


brzmi jak forma rozgrzeszenia. Nie czynię nic
niezwykłego. Równie dobrze mógłbym uprawiać warzywa. Co jeszcze rzuca się w oczy?

Precyzja. Zabójca stara się być precyzyjny
. Oddzielił dwa wyrazy stanowczym pociągnięciem
długopisu. Drugie zda
nie podkreślił dwiema liniami. Postawił je starannie, niemal idealnie
równolegle.

Z tej kartki nie dało się wyczytać nic więcej. Zwykła ma
szynowa czcionka. Nie był to
pamiętnik w rodzaj
u tego, któ
ry pozostawił Kuba Rozpruwacz z Lizbony. Nieuchwytnego
przez lata mordercę zdradził zeszyt wypełniony makabrycz
nymi opowieściami, który dostał
się w ręce rodziny. Wpaść można w najgłupszy sposób. Dwa zdania, które miałem przed
sobą, należały d
o innej kategorii. Raz jeszcze spoj
rzałem na kartkę i ślady długopisu. Mocna
pionowa linia oddzielająca wyrazy. I dwie równoległe kreski znacznie wy
kraczające poza
długość drugiego zdania. I jeszcze jedno. Autor listu wsunął kartkę do maszyny, a potem
pr
zekręcił wałek. Linijka tekstu nie znajdowała się na samej górze ani na środku kartki.
Wyobraziłem sobie ten ruch. Zabójca gwał
townie kręci gałką, słychać odgłos przesuwającego
się pa
pieru. Zaczyna pisać w miejscu wybranym na chybił trafił. On był nie ty
lko precyzyjny.
Był także wściekły. W liście czai się ledwie skrywany gniew. Pisanie powinno wyciszać
emocje, ale on z trudem panował nad sobą. Może miał pre
tensje do siebie, a może do całego
świata. Pomyślałem, że Chyży miał rację. Załoga z Sosnowca zlek
ceważyła znacze
nie listu.

Na karcie menu, nad rakietą, którą trzymał McEnroe, na
rysowałem kółko ze skrótem
N.N. w środku. Poprowadzi
łem pierwszą strzałkę, a przy grocie umieściłem literę

z

. Tak.
Morderca należał do tych, których w podręcznikach nazywa

się zorganizowanymi. Nikt nie
wiedział, w jaki spo
sób chłopcy znikli. Tak jakby rozpłynęli się w powietrzu. Sprawca nie
pozostawił śladów. Miał sposobność, by zostać niezauważonym i nie niepokojonym przez
tydzień, gdy przetrzymywał ofiary. Świetnie sobie

poradził w Sosnowcu, równie dobrze w
Warszawie. Znał teren, na którym działał.

Był typem trampa. Podróżnika. Jak wielu seryjnych
mor
derców. Jak Ted Bundy, który zabierał ofiary w ostatnią po
dróż. Niedawno dowiedziałem
się, że samochód Bundy'ego wystawio
no na aukcji i sprzedano za grube pieniądze. Świat jest
chory.

Kolejna sprawa. Dlaczego przestał zabijać? Czy na pew
no przestał? W wypadku
seryjnych morderców obserwuje się na ogół dwa biegunowe zjawiska. W pierwszym licznik
zbrodni zaczyna bić coraz szyb
ciej, a czas między zabój
stwami się skraca. W drugim
występuje okres wyciszenia. Zabójca zapada w stan hibernacji, bywa, że na wiele lat, i
dopiero po tym czasie wraca na zbrodniczą ścieżkę. Ale aż tak długie milczenie, trwające
siedemnaście lat, byłoby j
ednak czymś wyjątkowym. Ten z Sosnowca i Warszawy był
przecież wściekły. Nie uciszyło go pierwsze zabójstwo, nie było powodów, by sądzić, że
ukoiło go drugie. Zatem co się z tobą, draniu, stało?

Pozostaje kwestia
modus operandi.
Obaj chłopcy zostali udusze
ni. W obu przypadkach
posłużono się paskiem. Naj
częściej w ten sposób działają sprawcy, którzy popełniają
przestępstwa na tle seksualnym. Tym razem ważniejsze mogło okazać się to, co poprzedzało
egzekucję. Olczyk i Letni byli głodzeni. O czym to świadczy?

Poprowadziłem kolejną
strzałkę z literą

k

. Kontrola. Chodzi o władzę. Po
czucie panowania nad wszystkim, co się
dzieje. Duszenie i głodzenie dopełniają się w tym obrazie jak awers i rewers na monecie.

Obok amerykańskiego tenisisty pojawiła się kolejna p
iłka. Ofiary. Co łączyło tych
dwóch chłopców? Nie miałem wątpli
wości, że grupa specjalna przeorała te dwa krótkie
życiorysy na dziesiątki możliwych sposobów, przepytała zrozpaczone rodziny, nauczycieli, a
zwłaszcza kolegów. Gdy się ma jede
naście czy dwan
aście lat, to właśnie szkolni kumple są
naj
lepszym źródłem informacji. Obu uprowadzono w weekend. Czy to ma jakieś znaczenie?
A jeśli tak, to jakie? Albo przeoczono jakieś powiązanie, albo po prostu go nie było i ofiary
zostały wybrane spontanicznie. Ale
morderca ceniący pre
cyzję i kontrolę wolałby mieć
wszystko zaplanowane. Zwłoki znaleziono na odludziu. Za pierwszym razem był to teren
kolejowy, w Warszawie
-

lasek. Miejsca na odludziu. Musiał przetransportować tam ciała i
mieć pewność, że pozostanie nie
zauważony. Wiedziałem, że czeka mnie kolejna wyprawa do
Sosnowca. Czułem, że będę błądził po omacku, bowiem po tylu latach zdarzenia tracą
ostrość. Chyba że ktoś przeżył taką traumę jak emerytowany policjant Marian Chyży.

Biegaczka wracała tą samą drogą. M
iałem wrażenie, że zwiększyła tempo. Rytmiczny
oddech, sprężysty krok, ko
łyszący się na boki koński ogon. Harmonia ruchów. U niej
wszystko pod kontrolą.

Była jeszcze jedna zagadka. Kolejne kółko narysowałem obok głowy amerykańskiego
gracza. Grubas. Co ma
z tym wszystkim wspólnego? Jak natrafił na ślad tych zabójstw? Do
kogo należał płat skóry znalezionej w piwnicy? Miał do odpalenia bombę. Raz w życiu trafiła
mu się poważna spra
wa, która mogła przynieść mu rozgłos i uznanie. Dzienni
karz
wyjaśniający hist
orię zabójstw sprzed lat. Kto w tym fachu o tym nie marzy? Lepsze to niż
dozgonne przeprowa
dzanie wywiadów w piłkarskich szatniach, w których pot i brud wżarły
się w ściany. Niewykluczone, że Grubas po
stanowił spieniężyć zdobyte informacje przed
ogłoszen
iem ich światu. Trudny los ukochanego dziecka byłby wystar
czającym
usprawiedliwieniem dla szantażu. Chociaż mia
łem wątpliwości, czy Grubas potrzebowałby
jakiegokolwiek wytłumaczenia.

Zadzwonił telefon. Popatrzyłem na wyświetlacz i natych
miast odebrałem.

Nadciągały
wieści ze Śląska.

-

Hipis, wracaj szybko do Katowic.
-

Usłyszałem rozgo
rączkowany głos Kuleszy.

Zmarszczyłem brwi.

-

Co się stało?

Spodziewałem się najgorszego. Inkwizytor zaatakował ko
lejny raz.

-

Twoje mieszkanie... Ktoś podpalił twoje mie
szkanie.


20

Wlokłem się do Katowic rozkopaną i jak zwykle zapcha
ną drogą, ale tym razem nie
zwracałem uwagi na podwar
szawską architekturę. Pomimo że w ciągu ostatniej godziny
sprawy związane z budownictwem stały się mi szczególnie bliskie.

-

Zacznijmy o
d tego
-

zapytałem Kuleszę
-

czy mam jesz
cze gdzie mieszkać?

-

Zdaje się, że nic poważnego się nie stało.
-

Uspokajał mnie.
-

Więcej dymu niż ognia.
Drzwi są do wymiany, to na pewno. Miałeś ubezpieczone mieszkanie?

Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że
by to zrobić, chociaż powinno. W końcu
natknąłem się w życiu na różne męty i któryś z nich mógł zapragnąć rewanżu. Jednak nigdy
nie obawiałem się włamania, bo co też ja miałem cennego? Gitarę, sprzęt muzyczny, kolekcję
płyt, których nie słuchał nikt poza m
ną, i książki. Mało chodliwy towar w dzisiej
szych
czasach.

Miałem szczęście w nieszczęściu. Podpalacz nie zamienił

kukurydzy


na Osiedlu
Tysiąclecia w płonący wieżowiec. A ja nie zostałem bezdomnym z dnia na dzień.

Minąłem płaskie jak stół okolice Piotrk
owa Trybunalskie
go, gdy Kulesza zadzwonił
ponownie.

-

Masz czujnych sąsiadów. Powinieneś im podziękować.

Zgodziłem się z nim, chociaż oczami wyobraźni ujrzałem

sąsiadkę z dołu
wykrzykującą, że podpalenie jest karą za

grzechy i wycofanie podpisu pod pe
tycją w sprawie
osied
lowego krzyża.

-

Chyba wiemy, jak to się stało. Piętro niżej znaleźliśmy pustą butelkę po podpałce.
Przepytaliśmy lokatorów. Nikt z nich niczego takiego nie używał. Jeśli zostawił to podpa
lacz,
to pokpił sprawę. Zastanawiam się, kto
mógł to zrobić. W pierwszej chwili pomyślałem...
Wiesz o kim... Ale to ra
czej nie on.

Tak. To z pewnością nie była robota Inkwizytora. Od
rzuciłem tę hipotezę już w
pierwszej chwili. Nie ten styl. Urbaniak nie wysyłał ostrzeżeń. Atakował raz a dobrze. Mia
ł w
sobie coś z Kastoriadisa. Albo to mistrz karate działał po
dobnie do seryjnego mordercy.

Inkwizytor mógł mnie łatwo namierzyć, co do tego nie miałem wątpliwości. Ale nie był
na tyle głupi, by podpalać puste mieszkanie.

-

Powiedz komisarzowi Grzywie
-

z
wróciłem się do aspi
ranta
-

że znów dał ciała.
Podobno miałem mieć ogon, a tymczasem...
-

Zatrąbiłem na jakiegoś kapelusznika, który
najwyraźniej się zagapił. Jakby było co oglądać.

-

Tymczasem wyjechałeś i nikt nie pomyślał, że trzeba obserwować twoje mi
eszkanie.
Ja także nie.
-

W głosie Kuleszy pobrzmiewał ton usprawiedliwienia.

-

Zresztą sam mu to powiem.

-

Jeszcze jedno, Hipis. Mam wieści od szefa. Wieczorem jest u niego zebranie. W
sprawie Inkwizytora. Podobno Grzywa coś wymyślił, ale nie wiem co. Ści
sła tajemnica.
Tajne przez poufne. Trzymają mnie od tego z daleka, jakby bali się, że będę tobie kablował.

Grzywa coś wymyślił. Strach się bać. Przynajmniej z Kuleszą nadawaliśmy na tej samej
fali. Kilka lat temu siedziałby cicho i potakiwał szefom. Na szc
zęście coraz częściej
przejmował inicjatywę. I bardzo dobrze.

-

Gawlik chciał, abyś tym razem się pojawił. Bez wysyła
nia specjalnego zaproszenia.
Tak powiedział.

-

A on własnoręcznie wymieni mi drzwi.
-

Pogoniłem klaksonem kolejnego
wycieczkowicza.

Nagle
przestałem martwić się o mieszkanie. Mój niepo
kój wzbudziła planowana akcja.
Grzywa najwyraźniej nie chciał czekać. Postanowił zagrać ofensywnie. Takie zabawy rzadko
kiedy dobrze się kończą. Albo nie obywają się bez dodatkowych kosztów. Na przykład w
post
aci przypadko
wych ofiar.

Zadzwonił Kastoriadis. Zupełnie jakbym wywołał go myś
lami.

-

Sezon grzewczy już dawno się skończył
-

zaczął
-

a sły
szałem, że ktoś chciał ci
zgrillować mieszkanie.

Po raz kolejny potwierdziło się, że był najlepiej poinfor
mowany
m człowiekiem w
mieście.

-

Od dawna wiesz?

-

Powiedzmy. Ale jedno mnie martwi.

Przez lata nauczyłem się, by zmartwienia mojego mistrza traktować poważnie.

-

Nie wiem kto. A ty wiesz?

Nie miałem pojęcia. Ale nawet gdybym wiedział, Kasto
riadis byłby ostatni
m
człowiekiem, który by o tym usłyszał.

-

Gdybyś nie miał gdzie mieszkać
-

cedził powoli słowa, dodając im wagi
-

możesz
przyjść do mnie. Albo zamiesz
kać w
dojo
.

Marzyłem o tym. Przepocony stary materac zamiast łóż
ka, śpiwór i worek bokserski
pod głowę.
A dzień zaczynał
bym od stu pompek i podciągania na drążku. Kastoriadis
rozłączył się. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o ojcu. Milczał kolejny dzień. Coś było nie
w porządku. Wybrałem numer, ale usłyszałem nagrany komunikat. Rozległ się sy
gnał
nagrywani
a wiadomości. Zawahałem się. Właściwie nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Nie
mogłem zapytać przecież, jak się czuje. Rozłączyłem się bez słowa.

Nagle ujrzałem twarze dwóch chłopców zamordowanych w latach dziewięćdziesiątych.
Od kilku godzin ta sprawa

była
na drugim planie. Drgnąłem. Przemknęło mi przez gło
wę coś
jeszcze. Jakieś odległe skojarzenie. Coś ważnego. Trwało to ułamek sekundy. Umknęło
szybciej niż mijany znak drogowy. Wiedziałem, że będę się męczył, dopóki myśl nie powróci.
Lub nie zniknie całkow
icie.

Do

kukurydzy


wchodziłem z duszą na ramieniu. Uspo
kajające wieści od innych to
jedno, ale zawsze pozostaje nie
pewność, co się samemu zastanie. Pod mieszkaniem
odetchnąłem. Mogło być znacznie gorzej. Drzwi do wysokości pół metra były czarne. Do
teg
o samego poziomu osmalona była ściana. Zatem pożar ugaszono, zanim zdążył poczynić
spustoszenia. Stałem w kałuży wody i przyglądałem się zniszczeniom. Kulesza mówił
prawdę, nie były poważne. Ważniejsze wydało mi się coś innego. Po raz pierwszy zda
rzyło
si
ę, że ktoś postanowił mnie dopaść. I że w gruncie rzeczy jest to dziecinnie łatwe. Że
spokojne noce należą do przeszłości. Wiedziałem, że jeśli w mojej głowie zagości strach
niczym uciążliwy sąsiad, będzie to ten moment, gdy będę musiał pomyśleć o zmianie
fachu.

Otworzyłem lodówkę. Jak zwykle świeciła pustką. Przy
pomniałem sobie wypełnione
jedzeniem półki i szuflady w kuchni Grubasa. W sumie nie byłem głodny. Chciałem za
jąć się
jakąś prostą czynnością, która pozwoliłaby mi odzy
skać równowagę. Dała stabil
ne emocje, o
których tyle razy mówił Kastoriadis. Normalnie wypiłbym piwo. Tym razem jednak
musiałem się powstrzymać. Godzinę później miałem stawić się w komendzie u Gawlika.

Zadzwonił telefon. Pomyślałem, że to ojciec. Ale to nie był on. Po raz drugi w ci
ągu
krótkiego czasu usłyszałem ten głos.

-

Chciałam z tobą porozmawiać.
-

Alicja Solska wydawała się spięta.

Milczałem. Nie była to pewnie najlepsza zachęta do roz
mowy.

-

Muszę ci coś powiedzieć o Kosie.
-

Jej głos zadrżał.

-

Chcesz mi dać do zrozumienia,

że spotkania terapeu
tyczne nie wyczerpywały waszej
relacji?
-

Tępo wpatrywa
łem się w krajobraz za oknem.

-

Daruj sobie swoje złośliwości, proszę
-

powiedziała ostrzej. Po pierwszych
niepewnych zdaniach wracała do równowagi.
-

Tak, to prawda, spotykaliśm
y się. Prawie pół
roku.

I tym razem terapia zakończyła się sukcesem, pomyśla
łem. Pełnym sukcesem. Tę
uwagę zostawiłem jednak dla siebie.

-

Teraz, po latach, Jacek się odezwał. Chciał się spotkać. Coś go dręczyło, czułam to...
Ale nie chciał nic powiedzieć

przez telefon.

-

Kiedy to było?

-

Zadzwonił do mnie pod koniec lutego. Albo w pierw
szych dniach marca... Raz już
miał nawet przyjechać, ale zatrzymały go jakieś sprawy w klubie...

-

Nie powiedział nic więcej? Spróbuj sobie przypomnieć.

-

Tylko tyle, że c
oś się stało i koniecznie musi ze mną porozmawiać, bo inaczej
zwariuje. Nie naciskałam, bo wie
działam, że nie ma to sensu. Mieliśmy po prostu się spotkać.

-

Co było dalej?

-

Dowiedziałam się o jego śmierci... To... to było strasz
ne... Nie potrafię ci pow
iedzieć,
jak się poczułam. A potem pojawiłeś się ty.

W lutym lub marcu zdarzyło się coś, co puściło machinę w ruch. Kos dowiedział się o
czymś ważnym. W jakiś spo
sób to zawiodło go do Grubasa. Czyli także do drewnianego
pudełka, które Rejtan ukrywał w piw
nicy. Mogło być też ina
czej. Może skrzynkę zdobył Kos
i przekazał ją dziennikarzo
wi na przechowanie? Tylko co obrońca mógłby mieć wspól
nego z
zabójstwami sprzed wielu lat, popełnionymi, gdy był młodym chłopcem i dopiero zaczynał
zabawę w wiel
ki futbol?

Zbyt wiele było w tej sprawie niejasności. Być może ten supeł
należało rozwiązać w zupełnie inny sposób.

W przeciwnym razie wszystko jeszcze bardziej
mogło się zapętlić.

-

Jesteś tam?
-

Alicja zapytała zaniepokojona.

-

Zastanawiam się, czy związałaś się z

Kosem wtedy, gdy już nazywałaś się Solska. Czy
pan Solski o tym wie.

Pauza w telefonie nie trwała zbyt długo, ale czułem, że przestrzeń między nami
wypełniły potężne wyładowania atmosferyczne.

-

Jesteś draniem
-

szepnęła mała Pocahontas.
-

Jesteś, Heinz,
prawdziwym draniem...

Rozłączyła się. Uderzyłem niezbyt czysto, ale po takim dniu trudno było ode mnie
oczekiwać pieszczot. A może zwyczajnie wciąż byłem o nią zazdrosny. Nawet o jej ro
mans
sprzed wielu lat.

Nie potrafiłem tej informacji gładko przełknąć.

Czym prę
dzej odgoniłem tę myśl od
siebie.


21

Do pokoju Gawlika wszedłem jako ostatni z zaproszonych. Naprzeciwko drzwi siedzieli
Grzywa i Kulesza, plecami do wejścia usadowił się policjant z pionu wywiadowczego.
Znaliśmy się z widzenia. Skinąłem do nieg
o głową. Na środku stołu stał dzbanek z kawą, a
roznoszący się zapach mógłby zabić największy apetyt.

Sprawa nabrała przyspieszenia, tak pewnie zaczną, po
myślałem.

-

Referuj.
-

Naczelnik spojrzał na komisarza.

-

Sprawa nabrała przyspieszenia
-

powiedział
Grzywa i spojrzał na mnie. W dłoni
trzymał długopis. Podniósł go jak dyrygent, który daje znak orkiestrze, by zagrała pierwszy

takt.
-

Porozmawialiśmy raz jeszcze z siostrą Urbaniaka. Tak od serca.
-

Uśmiechnął się.
-

Pamiętasz Kolbę?

Zmrużyłem oczy. Słysz
ałem nazwisko, ale nie potrafiłem dopasować go do twarzy.

-

Miejscowy dziennikarz. Z tego co wiem, kontaktował się z tobą.

-

A tak, był taki jeden.
-

Przypomniałem sobie.
-

Ale na
sza znajomość nie trwała długo.
To była krótka piłka z mojej strony.

Dwa lat
a temu Kolba pojawił się w komendzie i próbował namówić mnie na rozmowę.
Przygotowywał serial doku
mentalny, w którym miałem się pojawić, by opowiedzieć historię
związaną z Inkwizytorem. Nigdy nie miałem parcia na szkło. Brakowało mi sławy i rozgłosu
mniej

więcej tak, jak świni brakuje rzeźni. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy potrafią
wywalić przed kamerą wszystkie swoje bebechy, i nie czują przy tym zażenowania.

-

Tymczasem Inkwizytor nie postąpił tak jak ty.
-

Grzywa wciąż dyrygował długopisem.
-

Przyna
jmniej nie zrobił tego od razu. Spotkał się z Kolbą, był dla niego miły. Do czasu.

Zaczynało się robić ciekawie.

-

Wiemy to właśnie od jego siostry. Kłopoty pojawiły się, gdy ktoś zaczął łączyć
spokojną, Bogu ducha winną kobie
tę z seryjnym mordercą. Już k
iedyś z tego powodu miała
kłopoty, musiała się przeprowadzić do innego miasta. Bała się, że znów spotka ją coś
podobnego. Opowiedziała o tym bratu podczas odwiedzin w szpitalu psychiatrycznym.
Podobno się wściekł. Nie mamy pewności, ale chyba groził dzienn
ikarzowi. Koniec tej
historii jest taki, że doszło do kłótni między nimi. Gdy Kolba wracał ze szpitala, został ciężko
ranny w wypadku. Gdybym był przesądny, uwierzył
bym, że Inkwizytor potrafi zabijać na
odległość.

-

Kolba zapadł w śpiączkę
-

odezwał się G
awlik.
-

Leka
rze nie dawali mu szans.
Spodziewali się, że zaraz nastąpi koniec. Śmierć pnia mózgu. A tymczasem...

-

Tymczasem niespodzianka.
-

Komisarz uderzył długo
pisem w stół.
-

Okazało się, że
odruchy wracają. Nastąpiła minimalna poprawa. Lekarze stw
ierdzili, że może nastąpić
regeneracja układu nerwowego. Rodzina Kolby wyłożyła ciężkie pieniądze i przeniosła go do
prywatnej kliniki w Za
brzu specjalizującej się w takich przypadkach. Facet jest utrzymywany
w śpiączce farmakologicznej, a pielęgniarki sk
aczą przy nim dwadzieścia cztery godziny na
dobę.

Słyszałem o takich oddziałach intensywnego nadzoru me
dycznego. Człowiek zostaje
wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej, dzięki czemu pewne ośrodki odczuwania
pozostają wyłączone. W przeciwnym razie b
ól byłby nie do zniesienia i mógłby się stać
przyczyną śmierci. Wiedziałem coś o tym. Sam przecież prawie znalazłem się na tamtym
świecie. Mogłem dziękować Inkwizytorowi, że należałem do tego ekskluzywnego grona,
które widziało światełko po drugiej stronie
. Ale pozostałem po tej stronie. Przestałem słuchać
tego, co mówił Grzywa.

-

W ostatnich dniach stan Kolby znowu się pogorszył
-

kontynuował komisarz.
-

Wiem
o tym, bo skontaktowaliśmy się z jego rodziną. Opowiedziałem im, co stało się z
pielęgniarzem ze s
zpitala psychiatrycznego. Z detalami.
-

Zwilżył językiem usta.
-

Oraz
wszystko to, co powiedziała siostra Inkwizytora.

-

Udało nam się namówić ich do współpracy.
-

Gawlik na
pił się kawy.
-

Dziś na
lokalnych portalach internetowych, a jutro w gazetach poja
wi się informacja, że Kolba
cudownie ozdrowiał. Że wybudził się z komy. W końcu takie rzeczy się zdarzają. I że rodzina
lada moment przeniesie go do re
nomowanej zagranicznej kliniki na dalsze leczenie.

-

Trzeba było siostrę Urbaniaka nakłonić do współprac
y.
-

Kulesza skrzywił się.
-

Położyć ją w szpitalu, odpowiednio nagłośnić sprawę. Skoro Inkwizytor tak kocha swoją
siostrę...

-

Na to by się nie złapał
-

powiedział Grzywa.
-

Wyczuł
by podstęp. Poza tym jak
mieliśmy ją zmusić, by wystąpiła

w roli przynęty?

Wiesz, co by było, gdyby media się o tym
dowiedziały?

-

Jaki jest plan?
-

zapytałem.

-

Prosty.
-

Komisarz uniósł długopis.
-

Mamy zgodę sądu na wkroczenie do kliniki.
Takie sprawy na szczęście załat
wia się w naszym kraju od ręki, mniej więcej tak jak
zez
wolenia na podsłuch.
-

Roześmiał się.
-

Od jutra będzie
my obserwować to miejsce.
Wymaga to nieco zachodu, bo ośrodek jest dosyć duży. Ale może złapiemy w naszą sieć
upragnioną zdobycz. Może ta historyjka z Kolbą odpowied
nio zanęci...

-

I

co, zaangażujeci
e antyterrorystów?
-

zapytałem.
-

A może GROM? Najlepiej
wszystkich naraz.
-

Nie kryłem ironii.

-

Nie, Heinz, zrobimy to własnymi siłami.
-

Komisarz spojrzał na milczącego dotąd
mężczyznę.
-

Mamy doświad
czonych ludzi, prawda?

Skinięcie głową starczyło za
odpowiedź.

-

Po co mnie wezwaliście?
-

Podniosłem głos.
-

Przecież jestem zawieszony, więc po co
ten cały cyrk? Jakbym nie miał innych problemów...

-

Wiem, że ktoś shajcował ci drzwi.
-

Głos Gawlika był spokojny.
-

Nie odpuścimy
tego,

możesz być pewien. A
co do twojego pytania
-

spojrzał mi w oczy
-

nie będzie GROM
-
u. Będziesz ty. Znasz tego skurwiela jak nikt. Sam tak mówiłeś. Chciałeś być przy tej
sprawie. Więc teraz masz szansę.

A następnej okazji nie będzie. To zdanie dopowiedziałem sam. Miałem stawić s
ię w
samym sercu zdarzeń w samo po
łudnie. I jak dzielny szeryf trwać na posterunku. A na końcu
stanąć oko w oko z wcieleniem zła.

Nie zadawałem więcej pytań. Cierpliwie wysłuchałem wszelkich dyspozycji. Z
Gawlikiem umówiłem się na po
ranny telefon. Zamier
załem powiedzieć mu, że będę krążył w
Sosnowcu wokół sprawy sprzed lat. Wstałem od stołu

i wytarłem dłonie w marynarkę. A
może strzepnąłem z sie
bie cały brud świata.

-

Zabierzcie jutro Dehnela
-

powiedziałem na odchod
nym.

-

Dehnel?
-

Grzywa zmarszczył br
wi.
-

Nie znam.

-

Dehnel
-

powtórzyłem i wyszedłem z pokoju.

Po drodze do domu zatrzymałem się na stacji benzyno
wej i zjadłem hot doga. Kupiłem
dwa piwa. Po chwili za
stanowienia dołożyłem jeszcze jedną puszkę. Na wypadek gdybym
musiał ugasić kolejny poża
r pod drzwiami.

Miałem o czym myśleć. Wiedziałem, że Grzywa drepcze w miejscu. Wykonuje
pozorowane ruchy, ale tak naprawdę nie ma pomysłu na poprowadzenie śledztwa. Gawlik
chyba to wiedział, ale robił dobrą minę do złej gry. I jeszcze komi
sarz postanowił
wkręcić
mnie do tego gówna. Abym razem z nim uwiarygodniał dochodzenie.

Odpaliłem laptopa. Najpierw wyszukałem klinikę w Za
brzu, w której leżał Kolba, nie
przeczuwając, że jego sen zakłóci wkrótce wataha policjantów, a być może odwiedzi go ktoś
jeszcze. O
bejrzałem zdjęcia ładnego dwupiętrowego budynku w kolorze delikatnego błękitu
schowanego mię
dzy rozłożystymi kasztanami. Obok postawiono podobny pawilon, tyle że
mniejszy. Był to hotel dla rodzin nieszczęś
ników, którzy korzystali z usług kliniki. Z
cieka
wości poszu
kałem cennika, ale go nie znalazłem. Najwyraźniej w takich sprawach
zachowuje się dyskrecję. Następnie wyszukałem firmę zajmującą się sprzedażą oraz
montażem drzwi. Zde
cydowałem się na prostą replikę tych, które mi podpalono.

Chet Baker zaczął

grać jedną ze swych ballad. Przypo
mniałem sobie, że gangsterzy
wybili mu przednie zęby. Dla trębacza oznacza to wyrok śmierci. Koniec kariery. Cieka
we,
kto mnie dzisiaj urządził i jaki miał powód. Wyjąłem z kieszeni zdjęcie Johna McEnroe z
dorysowanymi
piłecz
kami. Pomyślałem o dwóch zamordowanych chłopcach i wyznaniu
małej Pocahontas. Jacek Kos przewijał się przez

całą tę historię. W sumie wszystko zaczęło
się od niego. Raz znikał na dalszym planie, czasami niespodziewanie powracał w roli
głównej. Dwaj
chłopcy. Co to był za nagły błysk, który pojawił się i znikł, gdy wracałem do
Katowic? Krótkie spięcie, jakiego doświadczyłem podczas jazdy sa
mochodem, wiązało się z
tamtymi zabójstwami. Tego byłem pewien.

Minęła północ. Trzeciego piwa nie ruszyłem. Dwie
puszki po ciężkim dniu działają
lepiej niż głupi jaś. Powinienem być jutro w formie. Pomyślałem, że Grzywa z pewnością już
śpi. Tego wieczoru na pewno nie uprawiał seksu, by nie tracić energii. Swoją drogą, ciekawe,
czy wiedzieli, o co mi chodziło z Dehnel
em. Czytałem kiedyś, że istnieją zwie
rzęta, ryjówki
lub coś równie osobliwego, które podczas mrozów zmniejszają objętość mózgu nawet o
piętnaście procent. To jest efekt Dehnela. W internecie można znaleźć mnóstwo takich
wiadomości. Jest śmietnikowe żarcie

i jest śmietnikowa wiedza.

A mózgi niektórych zmniejszają się niezależnie od tempe
ratury. Ta przypadłość u ludzi
jest dobrze znana i ma roz
maite nazwy. Z taką myślą zasnąłem.


22

Obudził mnie telefon od Maciej
ewskiego.

-

Masz coś?
-

zaczął bez zbędnych
wstępów.

-

Nic. Dopiero się rozkręcam.
-

Ziewnąłem.
-

Miałem nie
spodziewaną przygodę.

Powiedziałem mu o podpalonych drzwiach. Oraz o tym, że zostałem włączony do
poszukiwań Inkwizytora. Szczegó
ły planu stworzonego przez Grzywę zostawiłem dla siebie.

-

No

to ja mam kilka wieści dla ciebie. Porozmawialiśmy raz jeszcze z sąsiadką
Grubasa. Zapytałem ją, czy ktoś od
wiedził dziennikarza w dniu katastrofy. Potwierdziła, że
ktoś był, minęła się z nim na schodach. Pokazaliśmy zdjęcie Jacka Kosa. Rozpoznała
obrońc
ę, który gra teraz w druży
nie Pana Boga.

Odruchowo zacisnąłem pięść. A więc zrobiliśmy krok do przodu. Z takich niewielkich
postępów składa się sprawę do kupy. Z niechęcią pomyślałem o spektakularnej akcji w
Zabrzu zaplanowanej na dziś.

-

Prześwietlamy Gr
ubasa. Sprawdziliśmy połączenia te
lefoniczne, ale bez większego
efektu. W tamtą sobotę, gdy wyjechał do Sandomierza, ktoś dzwonił do niego, ale nie
namierzyliśmy numeru. Takich połączeń nie do zweryfi
kowania było zresztą więcej.
Rzuciliśmy też okiem na b
ilet kolejowy, który miał w kieszeni. Grubas był na twojej ziemi.

Podał mi datę, kiedy dziennikarz przyjechał do Katowic. Zanotowałem ją na menu z
pubu

Return

.

-

Pomyślałem o czymś
-

przerwałem Maciejewskiemu.
-

Załóżmy, że Kos zostawił w
Warszawie coś n
a przechowa
nie. Sprawdź tę kartkę z datami śmierci chłopaków i nazwi
skiem
Olczyka. Spróbuj ustalić, czy pisał to Grubas.

-

Już to zrobiłem
-

odpowiedział aspirant.
-

To nie jest pismo Grubasa. Nie ma
wątpliwości.

Ponownie zacisnąłem pięść. Musiałem przyz
nać, że Maciejewski jest naprawdę dobry.

-

Jest jeszcze jedna sprawa.
-

W jego głosie wyczułem nerwowość.
-

Ktoś zaczyna
chodzić wokół tej sprawy. Ktoś z innych służb. Na razie nie wiem, kto to jest. W każdym
razie bardzo zainteresował się kawałkiem ludzki
ej skóry. Wypytywał w naszym laboratorium
kryminalistycznym.

To nie wróżyło dobrze. Jeśli do sprawy wkroczą koledzy od trzech literek, z CBŚ albo
ABW, sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej. Nie mówiąc o tym, że i tak często traktują nas
jak swój prywatny

folwark. A potrafią mniej, niż im się

wydaje. Za to są mistrzami w
przypisywaniu sobie cudzych zasług i ustawiają się w pierwszym szeregu po wyróżnienia i
ordery.

-

Spróbuję coś z tym zrobić
-

powiedziałem bez większe
go przekonania. Nie chciałem,
by Maci
ejewski stracił impet, z którym wkroczył w śledztwo.
-

Swoją drogą, czy wiemy coś o
tej skórze?

-

Nasi specjaliści oceniają ją na jakieś osiem, może dzie
sięć lat. Wszystko zależy od
warunków, w jakich była prze
chowywana. Zdjęta z mężczyzny. Tyle wiem.

Sk
ończyliśmy rozmowę, ale nie odłożyłem telefonu. Za
dzwoniłem do Gawlika.
Opowiedziałem o zabójstwach sprzed lat oraz o tym, że sprawa ma związek z naszym
terenem. Wysłuchał mnie cierpliwie, zadał kilka rozsądnych pytań, udzielił kilku rad.
Odetchnąłem z ul
gą. Miałem jego wsparcie. Mogłem działać.

Nadeszła pora, by stworzyć dla śledztwa ścianę przeciw
pożarową. Zwłaszcza jeśli ktoś
miał przy niej majstrować brudnymi paluchami. Wybrałem numer Krygiera bez więk
szej
nadziei, że odbierze. Przepracowaliśmy razem

całe łata w Katowicach. To on był moim
szefem, gdy namierzyłem Inkwizytora. Lepszego zwierzchnika nigdy nie miałem i nic nie
wskazywało, by miało się to zmienić. Zasługi Krygiera zostały należycie docenione i od
pewnego czasu przebywał na salonach komendy

głównej w Warszawie.

Cuda jednak się zdarzają. Mój były szef odebrał po kilku sygnałach.

-

Mów szybko
-

powiedział szeptem.
-

Jestem na konfe
rencji w sprawie zabezpieczania
stadionów podczas dużych imprez. Sam rozumiesz, jaki to fascynujący temat. Zaczyn
a się
szaleństwo związane z mistrzostwami.

Rozumiałem go dobrze. Wyjaśniłem sprawę najkrócej, jak się dało. Nie zadawał
niepotrzebnych pytań.

-

Dobra, Hipis. Będziesz miał moje wsparcie. Oczywiście w granicach rozsądku. W
razie kłopotów, dzwoń.

W granicach

rozsądku. Krygier w Warszawie był już nie tylko policjantem, lecz także
dyplomatą. Ta deklaracja jed
nak mi wystarczała. Dawała gwarancję, że nie stracimy kon
troli
nad śledztwem. I o to chodziło.

Następnie zadbałem o nowe drzwi. Udało się dopiero przy tr
zecim telefonie. Cena
znacznie różniła się od tej, któ
rą podano na stronie internetowej. Nie dyskutowałem. Nie
wykłócałem się o swoje. Najczęściej zresztą nie wypadam dobrze w tej roli. W zwykłych
życiowych sytuacjach mój dar przekonywania ludzi sprawdza
się tak sobie. Na pierw
szym
lepszym bazarze by mnie sprzedali i zjedli żywcem.

Wziąłem prysznic. Z niechęcią spojrzałem na wyświetlacz. Musiałem się zbierać, a
magika od drzwi nie było. Akcja w Zabrzu wydawała mi się coraz bardziej absurdalna.
Policyjny M
onthy Pyton. Szansę, że Urbaniak pojawi się, by dać Kolbie ostatnie
namaszczenie, były niemal równe zeru. Poza tym dlaczego miałby zjawić się dziś, tak od
razu? Inkwizytor działa ostrożnie. Sprawdziłby najpierw teren i dopiero ude
rzył. Chociaż, z
drugiej
strony, jeśli rzeczywiście widziano go przy cmentarzu, to znaczy, że popełnia błędy.
Jak każdy.

Zapukałem do sąsiada. Wyjaśniłem, w czym rzecz. Zo
stawiłem klucze i pieniądze.
Poprosiłem, by uważał, co się dzieje, a szczególnie przypilnował, aby nikt z prz
ysłanej ekipy
nie dotykał mojej gitary. Sąsiad potakiwał, a strach i zaciekawienie krzyżowały się w jego
spojrzeniu i gestach.

-

Dobrze, że pana syn wyjechał na studia.

Widocznie kiedyś musiałem mu o tym powiedzieć. W jego głosie pobrzmiewała źle
skrywana
nadzieja, że być może wyprowadzę się i będzie bezpiecznie. Okazało się, że
mieszkanie z policjantem drzwi w drzwi jest niczym igranie z ogniem.

Zbliżałem się do Zabrza, gdy coś zrozumiałem. Bilet ko
lejowy Grubasa. Odt
worzyłem
w pamięci rozmowę z Ma
ciejews
kim. Nie, o pomyłce nie mogło być mowy. Wybra
łem
numer do ojca. Tym razem odebrał. Musiał wracać do

Niemiec, zresztą w Polsce miał dość
wrażeń. Zaczął opo
wiadać o tym, jak składał zeznania w Sandomierzu, ale nie zamierzałem
tego słuchać.

-

Pamiętasz
-

pr
zerwałem mu
-

jak spotkaliśmy się pierw
szy raz w centrum Katowic?
Spóźniłeś się wtedy na spot
kanie. Trochę mnie to zdziwiło. Niemiecka punktualność, poza
tym zależało ci, a jednak spóźniłeś się...

Nic nie powiedział. W tle usłyszałem ostry dźwięk gwizd
k
a i krzyki. Joseph zapewne
był na treningu.

-

Powiem ci, dlaczego się wtedy spóźniłeś.
-

Skręciłem w prawo i minąłem klinikę
kardiochirurgii.
-

Byłeś umówio
ny z Grubasem. Nic nie powiedziałeś o tym spotkaniu...

-

Czekałem na niego, ale nie spotkaliśmy się
. Dlatego się spóźniłem. To on chciał
rozmawiać. A później... Później już nie wiedziałem, jak ci o tym powiedzieć.

-

A do tej rozmowy potrzebny był ci nóż?

Dotarłem na miejsce. Minąłem bramę i znalazłem parking. W jednym z samochodów
dostrzegłem drzemiąceg
o męż
czyznę. Nie miałem wątpliwości, kim jest ten facet. Stałem z
włączonym silnikiem i rozglądałem się wokół.

-

Piękny myśliwski nóż
-

ciągnąłem.
-

W sam raz, by zdjąć z kogoś skórę. Albo
poderżnąć komuś gardło. Co robi
łeś w sobotę, gdy zabito Grubasa?

-

Oszalałeś, Rudolf!
-

Ojciec podniósł głos.
-

Co to ma być? Przesłuchanie?

Żebyś wiedział.

-

Posłuchaj
-

uspokoił się
-

ten nóż... Noszę go od pewne
go czasu... Dzieją się dziwne
rzeczy, ale...

Usłyszałem kilka sygnałów, połączenie zostało przerwa
ne. Pró
bowałem zadzwonić
jeszcze raz. Od razu włączyła się automatyczna sekretarka. Wyłączył komórkę. Albo mu
padła.

Zgasiłem silnik. Dlaczego Joseph nie powiedział mi o nie
doszłym spotkaniu? Co on
ukrywa? I dlaczego Grubas chciał się z nim spotkać? O ile jest t
o prawda.

Coraz więcej przemawiało za tym, że samobójcza śmierć Jacka Kosa była dla ojca tylko
pretekstem, że tak naprawdę powód jego przyjazdu był inny. Jaki? Tego nie wiedziałem.
Kurwa, przyjeżdża taki po latach i nawet wtedy nie może zdobyć się na szcze
rość. Niebywałe.

Na pozór życie w klinice toczyło się jak każdego dnia. Jed
nak gdy zgłosiłem się do
recepcji i pokazałem legitymację, recepcjonistka obrzuciła mnie nerwowym spojrzeniem, bez
zastanowienia skierowała na drugie piętro, a następnie sięg
nęła
dłonią pod biurko. Zapewne
nacisnęła przycisk infor
mujący policyjną ekipę o przybyciu gościa.

Ruch na korytarzu nie zamarł. Utrzymano pozory szpi
talnej normalności. W akcję
wtajemniczona była dyrekcja kliniki, a lekarze i pielęgniarki krążyli po korytarz
ach w bło
giej
nieświadomości tego, co mogło nastąpić.

Wszedłem na drugie piętro i skierowałem się do krótszego skrzydła. Popatrzyłem na
sufit. Gdzieś powinny znajdować się kamery. Pomachałem ręką na wszelki wypadek. Za
przeszklonymi drzwiami znajdowały si
ę tylko cztery pomieszcze
nia. Kolba leżał w skrajnym
pokoju po lewej stronie. Na razie nie mogłem nic zarzucić tym, którzy odpowiadali za tę
operację. Odizolowana przestrzeń w rogu budynku, na najwyż
szym piętrze, stanowiła idealną
lokalizację, w razie gd
yby rzeczywiście doszło do jatki, pojawiły się komplikacje i
zakładnicy. Szturm rozpoczyna się najczęściej właśnie z góry. Takie są reguły tej gry. Byłem
pewien, że dwa pokoje po lewej stronie są połączone. W jednym leży dziennikarz pogrążo
ny
w śpiączce,
w drugim znajduje się centrum dowodzenia. Z pomieszczeń po prawej stronie
przeniesiono pacjentów, by znajdowali się w bezpiecznej odległości od strefy zero.

Wszedłem do pokoju. Grzywa rozmawiał z kimś przez krót
kofalówkę. Kulesza siedział
z nogami wyciągn
iętymi na krze
śle i wpatrywał się w monitor. Wywiadowca, którego
wczoraj poznałem, stał przy oknie i obserwował wejście do kliniki.

-

Jak tam?
-

zapytałem Grzywę, gdy skończył rozmawiać.

-

Najpierw była nawałnica dziennikarzy. Dwie telewizje i gazeta dobi
jały się, ale
odprawiliśmy ich. Niecałą godzinę temu zadzwonił jakiś facet i dopytywał się o Kolbę.
Mówił, że jest jego starym znajomym. Nie podał nazwiska.

Dopiero wtedy spojrzałem na łóżko stojące przy ścianie. Kolba wyglądał jak bohater
filmu science fi
ction. Podłączo
ny był do respiratora regulującego oddech. Kardiomonitor
rejestrował pracę serca. Na palcach dziennikarz miał zaciś
nięte klamry. To urządzenie
nazywa się chyba pulsoksymetrem. Jeśli wysysanie tlenu utrzymuje się na poziomie co
najmniej dzi
ewięćdziesięciu procent, to jest dobrze. W prze
ciwnym razie pacjenta może
czekać szybki kurs w zaświa
ty. Poniżej jabłka Adama tkwiła rurka tracheostomijna. Na
powiekach Kolby leżały zwilżone gaziki i to one sprawiały, że dziennikarz wyglądał, jakby
był n
ie z tego świata. Wie
działem, do czego służą. Najwyraźniej istniało ryzyko odklejenia
się powiek, które mogło prowadzić do owrzodzenia twardówki. Przeszedłem całkiem niezły
kurs medycyny. Częściowo na własnej skórze, częściowo na innych ciałach żywych. A
także
martwych.

Wszyscy wiedzą, że w takich wypadkach najgorsze jest czekanie. Zamieniłem kilka
zdań z Kuleszą oraz wywiadow
cą. Odbyliśmy niezobowiązującą rozmowę o niczym.
Czekaliśmy. Przez kanał policyjny spłynęło kilka nieistotnych komunikatów. O czter
nastej
monitor zaszedł mgłą, a po chwili na ekranie pojawiły się czarne oraz białe paski. Kule
sza
zaklął i wyszedł z pokoju.

Kwadrans później usłyszeliśmy wiadomość, która pode
rwała Grzywę na nogi.

-

Coś zaczyna się dziać.
-

Usłyszeliśmy.
-

Pojawił się f
acet od przeglądu
specjalistycznego sprzętu medycznego.

Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Raz na jakiś czas krążą po klinikach inżynierowie
sprawdzający stan respira
torów, pomp infuzyjnych, defibrylatorów, ssaków próżnio
wych oraz
całej reszty, o której
istnieniu nie mam pojęcia.

-

Ale kilka minut później
-

ciągnął głos
-

zadzwonił przed
stawiciel firmy dokonującej
napraw i przeglądów. Powie
dział, że jego człowiek jednak dzisiaj nie dotrze. Chciał umó
wić
się na inny termin. Mamy w budynku intruza.

Grzyw
a popatrzył na mnie.

-

Jak wygląda ten facet?

-

Szczupły. Koło pięćdziesiątki. Szpakowaty.

To mógł być on. Mógł tak wyglądać. Mógł też od czasu ucieczki zmienić wygląd sto
razy. Ale niczego już nie by
łem pewien. Rozejrzałem się za butelką z wodą mineralną
.
Miałem spierzchnięte usta. Nie chciało mi się wierzyć, że Inkwizytor zdobędzie się na taki
ruch. Ale on mógł myśleć podobnie. Komu przyszłoby do głowy, że odważy się wtarg
nąć do
kliniki?

-

Obiekt kieruje się na drugie piętro.
-

Usłyszałem w krótko
falów
ce, którą trzymał
wywiadowca.
-

Ma ze sobą skrzynkę.

Grzywa odbezpieczył broń, ja uczyniłem to samo. Wy
wiadowca przywarł do ściany. W
wyludnionym skrzydle każdy krok brzmiał wyraźnie. Nie było wątpliwości, że ktoś się zbliża.
Usłyszałem delikatny szmer, j
akby ktoś przywarł do drzwi i nasłuchiwał. W takich
momentach najważniej
sze jest to, by nie popełnić falstartu. By poczekać do koń
ca. Nigdy nie
wiadomo, na kogo trafi się po drugiej stronie. Czasami będzie to niegroźny wariat, a niekiedy
szaleniec obwies
zony granatami.

Wywiadowca spojrzał na Grzywę. Komisarz skinął głową. Policjant na palcach lewej
dłoni zaczął odliczanie. Jeden. Dwa. Trzy. Szarpnął za klamkę. Mężczyzna stojący na progu
zachwiał się. Grzywa pociągnął go do środka i powalił na podłogę. Skr
zynka z łoskotem
potoczyła się po pokoju. Fa
cet jęknął i odwrócił głowę.

Oczy, które się w nas wpatrywały, nie miały stalowego odcienia. Nie było w nich
przestrachu. Mężczyzna patrzył na nas drwiącym spojrzeniem, nic nie robiąc sobie z tego, że
skierowane

były w niego dwie lufy pistoletów. Nigdy nie

wiadomo, na kogo się trafi. Ten
facet nie był poszukiwanym seryjnym mordercą. Ale gdzieś go już widziałem. Krótkie włosy
na jeża, pod rozdartą koszulą kamizelka kulood
porna. Kowbojki w cętki, dżinsy
przypomina
jące dekatyzowane spodnie z Turcji z lat osiemdziesiątych, a przy pasku kajdanki.
Skąd się wziąłeś, frajerze?

Mężczyzna usiadł na podłodze i rozcierał czoło. Popatrzy
łem na Grzywę. Komisarz
poczerwieniał na twarzy, a szczę
ki drgały mu niebezpiecznie. Bra
kowało nam Freddiego do
towarzystwa. Zaśpiewałby
We Are the Champions
.
Jesteście mistrzami, chłopaki,
popatrzyłem na policjantów. Ale ja chcę się trzymać od was z daleka.

-

Jacek Fortunny
-

wycedził Grzywa.
-

Sam Jacek Fortun
ny postanowił nas odwiedzić.
C
o tu robisz, Farciarz?
-

wark
nął.

Mężczyzna podniósł się z podłogi. Bezczelny uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Wyglądał jak Joker.

-

Tak myślałem
-

wysapał
-

że to ścierna. Kolejna policyj
na podpucha.

Przed nami stał Jacek Fortunny, zwany Farciarzem.
Kie
dyś policjant, a od mniej więcej
dziesięciu lat prywatny detektyw. Skandalista i bohater prasy kolorowej. Obrońca
pokrzywdzonych i pierwszy krytyk bezdusznego, niewy
dolnego wymiaru sprawiedliwości.
Do pokoju wszedł Kulesza. Spojrzał na przybysza i zak
lął pod nosem.

-

Na łowy się przyjechało, co?
-

Grzywa nie zapanował nad sobą. Pchnął detektywa w
kierunku łóżka, w którym leżał Kolba.

-

Sporo płacicie za tego pojeba.
-

Fortunny wzruszył ra
mionami.
-

Dlaczego miałbym
nie przygarnąć tych pienię
dzy? Zres
ztą
-

popatrzył na nas
-

możemy zrobić
deal
.
Wy
miana
informacji jak między starymi kumplami, a kasa pól na pół. W końcu jedziemy na tym samym
wózku.

Dyszał i wypluwał te zdania niczym spocony raper. Ta
kim ludziom nie podaje się ręki.
Chyba że ktoś lubi w
ilgotny

uścisk potu, korupcji i interesów pod stołem. Łowcy głów to
nowa specjalizacja w światku polskich detektywów. Rocz
nie wystawia się dwadzieścia pięć
tysięcy listów gończych. W najprzeróżniejszych sprawach. Są w tej grupie mafijni bonzowie,
a także
tacy, którzy uporczywie unikają wido
ku sędziego. Przypadki takie jak Inkwizytor to
wisienki na torcie. Tak czy inaczej łowcy na brak zajęcia narzekać nie mogą.

Farciarz popatrzył na łóżko i pokiwał głową.

-

Tak jak myślałem. Gość ani drgnie. Znieczulony
jak Kró
lewna Śnieżka. Przejrzałem
was. Kogo chcieliście nabrać?

Podszedł do Grzywy.

-

Na dole są moi ludzie. I zaprzyjaźniony dziennikarz. Powiem mu, jakie z was hieny.
Uczyniliście z tego kolesia w śpiączce
-

wskazał na Kolbę
-

przynętę. Żywą tarczę. A
w
szystko po to, żeby zaspokoić swoje ambicje. Chyba że
-

zawiesił głos
-

jakoś się
dogadamy.

Kulesza nie wytrzymał. Dopadł do Fortunnego i błyska
wicznym ruchem wykręcił mu
rękę. Farciarz zawył z bólu. Twarz detektywa znajdowała się przy łóżku Kolby.

-

A te
raz pstrykniemy ci fotkę! Zrób zdjęcie
-

krzyknął do wywiadowcy, który sięgnął
do kieszeni i wyjął komórkę.
-

Media dostaną historyjkę o bezwzględnym detektywie, któ
ry
postanowił wymusić zeznania na dziennikarzu. A ten do
stał zapaści. Zanim to odkręcisz,

będziesz skończony! A za chwilę
-

szarpnął Fortunnego za włosy
-

dojdzie ci zarzut czynnej
napaści na policjanta.

Kulesza pchnął detektywa na podłogę. Pracowaliśmy tyle lat, ale nie znałem go z tej
strony. Jednak warto było wziąć udział w akcji. Aspirant
Kulesza. Mistrz czarnego PR
-
u.

Fortunny pozbierał się i wrócił do pionu. Coś podpowia
dało mi, że powinien
wystrzegać się kolejnego spotkania z podłożem. I on najpewniej myślał podobnie. Poprawił
koł
nierzyk rozdartej koszuli, jakby w ten sposób chciał odz
y
skać resztkę nadszarpniętej
godności.

-

Gorzko tego pożałujecie
-

wycedził przez zęby. Po uśmiechu na jego twarzy nie
pozostał żaden ślad. Farciarz już nie przypominał Jokera.

-

Z pewnością.
-

Kulesza roześmiał się.
-

I zabieraj ze sobą to gówno!
-

Cisną
ł pod nogi
detektywa skrzynkę, w której znajdowały się zapewne pluskwy i inna aparatura podsłuchowa.

Gdy już wyszedł, popatrzyłem na moich kolegów po fa
chu. Wyglądali jak niedobitki.
Wygrali bitwę, ale przegrali wojnę. Postanowiłem pozostawić ich w takim
stanie.

-

Na mnie już czas
-

powiedziałem.

Nikt nie zaprotestował. Podszedłem do Kuleszy i pokle
pałem go po ramieniu. Zasłużył
na to. Tylko on z całego to
warzystwa.

Wróciłem do domu. Nowe drzwi były już wstawione. Są
siad oddał mi klucze i poprosił
o pię
ćdziesiąt złotych, które dopłacił z własnej kieszeni. Podczas montażu pojawiły się
komplikacje i koszty wzrosły. Ciężko westchnąłem i sięgną
łem do portfela.

Myślałem, że dzień miał się już ku końcowi. Myliłem się jednak. Zbliżała się ósma, gdy
zadzwonił d
o mnie Gawlik. Nie zająknął się na temat brawurowej akcji w klinice w Zabrzu.
Domyślałem się, co musiał myśleć. Ale nie współczułem mu.

-

Powiedziałem ci, Hipis, że nie odpuścimy tego podpale
nia. Sprawdziliśmy tę butelkę
po podpałce, tę, którą znaleź
liśm
y na klatce.

-

Założę się, że znaleźliście odciski palców.
-

Dym z chesterfielda ułożył się w kółko i
wzniósł pod sufit.

-

Nawet wzorcowe odciski
-

powiedział.
-

Nie należały do żadnego z twoich sąsiadów.

-

A do kogo? Mam zgadywać? Dajesz mi trzy strzały?

-

Ułatwię ci to. Należały do pewnego młodego człowieka, który dokonał rozboju,
dobrowolnie poddał się karze, a po
tem wiódł prawe życie. Do czasu... W niektórych kręgach
wołają na niego Krasnolud. Znasz takiego?

Przypomniałem sobie salkę z zawodnikami ćwic
zącymi MMA oraz wyprawę do Piekar
Śląskich. Krasnolud? Nie, nic mi to nie mówi.

-

I

tu
-

Gawlik westchnął
-

zaczyna się najciekawsza część opowieści. Chcieliśmy
zatrzymać chłopaka, ale oka
zało się, że jest w szpitalu. Ma złamane obie ręce. Twierdzi, że
mi
ał wypadek, ale lekarze nie mają wątpliwości. Ktoś go tak urządził. Nie wiesz, Hipis, kto
mógł mieć takie wejście smoka? Masz jakieś typy? Teraz mogą być twoje trzy strzały.

Wejście smoka. Nikt nie przychodził mi do głowy. Gawlik wydawał się niepocieszony.

-

W najbliższym czasie Krasnolud nie przypali sobie na
wet papierosa.

Skończyliśmy rozmowę. Kusiło mnie, aby wykonać jeden telefon, ale dałem spokój.

Szybko zasnąłem. Przyśnił mi się Joseph. Stał w barze z kebabem i myśliwskim nożem
odkrajał skwierczące m

so. A potem przeniosłem się w okolice pubu

Return

. W moim
kierunku biegła dziewczyna z kitką. Zatrzymała się tuż przede mną. Powiedziała, że na
kortach Legii gra słynny amerykański tenisista i że oklaski, które słyszę, przeznaczo
ne są
właśnie dla nie
go.


23

Prawdziwe wejście smoka nastąpiło kilkanaście godzin póź
niej. Siedziałem w
komendzie i bezskutecznie próbowałem odszukać policjantów, którzy w 1991 roku zajmowali
się zabójstwem Krzysia Letniego. W pewnym momencie wkro
czyło trzech mężczyzn. Dwaj
po bokach mieli w sumie tyle lat co ja, nosili garnitury i wyglądali, jakby właśnie wyszli

od
fryzjera. Do tego, który stał w środku, mogliby się zwra
cać

tato

. Mężczyzna szeroki jak
szafa stanął przy moim biurku i z niesmakiem rozglądał się po klitce za
walonej pa
pierami.
Jego łysina lśniła w promieniach słońca wpadają
cych przez okno, a głębokie bruzdy na czole
upodobniały go do starego hipopotama. Ubrany był w dżinsową kurtkę, która z pewnością się
nie dopinała. W pewnym wieku i przy pewnych zasługach
można pozwolić sobie na
chodzenie w takim wdzianku. Młodzi wpatrywali się chciwym spoj
rzeniem w ekran mojego
laptopa, jakby spodziewali się, że przyłapią mnie na oglądaniu filmu porno. Domyślałem się,
że traktowali tę wizytę jak egzotyczną przygodę i weso
ły przerywnik w pracy.

-

Zapewne komisarz Heinz
-

hipopotam przemówił głę
bokim basem.

-

Istotnie. A pan?

Rzucił legitymację na stół. Cicho zagwizdałem. Gość z Warszawy. Z instytucji na trzy
litery. I cholernie wysoko usytuowany w hierarchii dziobania.

-

M
oże mi pan podać rękę?
-

zapytałem.
-

Rzadko roz
mawiam z takimi szychami jak
pan. Nie umyję dłoni przez następny tydzień.

-

Musimy porozmawiać, komiku
-

warknął mężczyzna.
-

Mamy zarezerwowany pokój
konferencyjny, bo tu
-

rozej
rzał się
-

nie ma warunków.

To, że rozmawiamy na pańskim
terenie, jest aktem mojej dobrej woli.

Byłem wzruszony. Nie wiedziałem, jak mam mu dziękować.

-

Pan naprawdę nazywa się Marchwicki?
-

wymieniłem nazwisko widniejące w
legitymacji.
-

Czy to pański pseudo
nim artystyczny?

-

Nie
do wiary, co?

Mieć nazwisko jak najsłynniejszy polski seryjny morder
ca i pracować w takich
służbach to prawdziwa ironia losu. I powód wiecznych uśmieszków oraz dowcipów.
O

ile
ktoś miał odwagę, by sobie na nie pozwolić.

Wstałem zza biurka.

-

No to chodźci
e, chłopaki
-

zwróciłem się do młodych.
-

Wasza wizyta zapiera mi dech
w piersiach. Chyba na śnia
danie zjedliście za dużo czosnku.

Spojrzeli po sobie, a potem popatrzyli na mnie. Czułem, że upłyną lata świetlne, zanim
się polubimy.

Ruszyliśmy do salki. Od
wróciłem się. Trzej faceci za mną przypominali klucz
samolotów. Dwóch po bokach i jeden na szpicy. Pewnie zmietliby wszystko, co się rusza, pod
ścia
ny, gdyby akurat ktoś przechodził korytarzem. Szczęśliwie byłem jedynym świadkiem
tego pokazu siły.

Usiadłe
m przy stole, a Marchwicki znalazł się najbliżej mnie. Młodzi rozsiedli się przy
drzwiach. Na wszelki wypa
dek, gdybym próbował uciec.

-

Widzę, że nigdy nie siada pan tyłem do wejścia
-

zagad
nąłem.
-

Nawet w takim
miejscu.

Zmierzył mnie spojrzeniem. Być m
oże nie pasowałem mu do obrazu, który sobie
wcześniej stworzył.

-

Pan wie, dlaczego się spotykamy?

Kiwnąłem głową. Wiedziałem.

-

Sprowadza pana skóra mężczyzny sprzed dziesięciu lat. Jest pan fetyszystą?

Zacisnął palce na potężnych udach i pochylił się do

przodu.

-

Opowiem panu pewną historię, dowcipnisiu. Słyszał pan o aferze pedofilskiej na
Dworcu Centralnym, prawda? Każdy dureń słyszał, więc tym bardziej człowiek tak
błyskotliwy jak pan...

Trudno nie znać sprawy, którą żyła cała Polska. Kilka lat temu r
ozbito gang pedofilów
na dworcu w Warszawie. Wy
łapywano chłopców, którzy uciekli z domu, potrzebowali kasy
lub po prostu szukali przygody. A następnie wpy
chano ich w ręce kulturalnych zamożnych
panów. Miasto i prasa huczały od plotek. Wśród podejrzanych
byli ludzie ze świecznika.
Duchowny, dyplomata, terapeuta, reżyser filmowy, sportowiec. Ale im bliżej był proces, tym
bardziej

wydawało się, że sprawie ukręcono łeb. Na sali sądowej znaleźli się drugorzędni
sutenerzy, a ci z pierwszych stron gazet jakoś us
zli cało. Ktoś już zadbał o to, by ich nazwiska
nie wypłynęły. Domyślałem się, jak to się stało.

-

Zamietliście sprawę pod dywan
-

powiedziałem.
-

A kil
koma podejrzanymi
dżentelmenami zajęły się służby spe
cjalne i złożyły im propozycję nie do odrzucenia.
..

-

Nie będę komentował pańskich fantazji.
-

Marchwicki rozsiadł się wygodniej.
Ciekawe, ile godzin w tygodniu ten facet spędza na siłowni.
-

Owszem
-

mówił dalej
-

zainte
-
resowała mnie znaleziona na Powiślu skóra. I szczegóły związane z jej pozyskaniem.
Chodzi
mi o zabójstwa tych chłopców...

-

Zajmujemy się tą sprawą
-

powiedziałem.
-

Mam na
dzieję, że po latach...

-

Nic z tego.
-

Nie pozwolił mi dokończyć.
-

Tą sprawą zajmę się osobiście.

-

Dlaczego?

Sapnął, jakby zbierał siły do dalszej opowieści. W sum
ie nie musiał mi niczego
tłumaczyć. Ale najwyraźniej chciał.

-

Był rok 2002. Prowadziliśmy śledztwo w sprawie gangu na dworcu. Jeden z naszych
najlepszych wywiadowców przeniknął do tamtego środowiska i zdobył zaufanie ludzi, którzy
nie zaufaliby rodzonej m
atce. Ale nagle znikł. Po trzech tygodniach ciało znalazł jakiś
wędkarz w okolicach Kanału Żerańskiego. Nasz człowiek...

-

Został oskórowany.
-

Tym razem ja byłem szybszy.

Próbował wbić mnie w ziemię ciężkim, zmęczonym spoj
rzeniem.

-

Zabójca poderżnął mu

gardło. I zdjął skórę z czoła. Sprawdzaliśmy wszystkie
poszlaki. Nawet taką, że wywia
dowca mógł paść ofiarą religijnego szaleńca.

Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem.

-

Miał na imię Bartek. I tak za dużo panu mówię... Wie pan, jak skończył święty
Bartłom
iej?

Nie trzeba było wiedzieć. Wystarczyło trochę wyobraźni.

-

Został oskórowany. Nigdy nie ustaliliśmy sprawcy. I na
gle dostałem sygnał, że
pojawiła się ludzka skóra. Zdjęta z mężczyzny. Czas także mniej więcej się zgadza. A w tle
pojawiają się nastoletn
i chłopcy.

Wiedziałem, że zbliżamy się do decydującego momentu rozmowy. Ktoś wygra, a ktoś
przegra. Innej możliwości nie było.

-

Co zatem pan proponuje?
-

zapytałem.

-

Zostawi pan, komisarzu, tę sprawę. Zajmą się nią moi ludzie. To jest inna liga niż ta,
w

której pan gra.
-

Pochylił się w moim kierunku, jakby w ten sposób chciał podkreślić
ostatnie zdanie.

Musiałem coś zrobić. Albo poddać się, albo działać. Wybra
łem drugie rozwiązanie.
Poderwałem się i z całej siły trzasną
łem go dłońmi w obojczyk. Myślałe
m, że runie wraz z
krze
słem do tyłu, ale zachował równowagę. Młodzi zerwali się i patrzyli na szefa, w każdej
chwili gotowi wkroczyć do akcji.

-

Lubię goliznę
-

wskazałem palcem na wygoloną czaszkę Marchwickiego
-

ale nie
taką! Mówiąc o swoich ludziach, m
asz na myśli tych dwóch szczawi?
-

Kiwnąłem głową w
stronę drzwi.
-

Oni co najwyżej mogą wpisać do swojego CV, że spotkali się dziś ze mną!

Jeden z młodych ruszył w moim kierunku. Nie rób tego, synek, pomyślałem. Drżałem z
wściekłości. Każdy kaftan bezpiec
zeństwa rozerwałbym na strzępy.

Marchwicki siedział bez ruchu i patrzył mi w oczy. Wresz
cie podjął decyzję.

-

Okej
-

powiedział.
-

Okej
-

powtórzył i wykonał ruch dłonią. Młody wrócił do
narożnika niczym skarcony psiak.
-

Potrafi pan dopiąć swego.

Sięgnął

do kieszeni, wyjął z niej wizytówkę i rzucił na stół. Ten gest nie sprawił mu
przyjemności. Ani mnie.

-

Proszę robić swoje.
-

Zabrzmiało to jak rozkaz.
-

Chcę być regularnie informowany o
tym, co się dzieje w tej sprawie. Wtedy zobaczymy, co dalej. Od tej

chwili żarty się
skończyły. Rozumiemy się?

Nie oczekiwał odpowiedzi. Wstał i ruszył w stronę drzwi.

-

Ten wasz zamordowany człowiek
-

zawołałem za nim.
-

Spartolił pan wtedy tę sprawę
czy chodzi o względy osobi
ste?

Nie odpowiedział. Nawet nie drgnął. Wys
zedł, a ja jeszcze długo słyszałem na
korytarzu oddalające się kroki. Moje tęt
no powoli wracało do normy. Otarłem twarz, chociaż
nie byłem spocony. Szukam zabójcy sprzed lat i to samo robi Marchwicki. Dlaczego on, przy
swojej pozycji, zajmuje się morderst
wem sprzed ośmiu lat? A dlaczego ja sam zająłem się
zabójstwami chłopców? Dobre pytanie. Bo sprawy za
szły za daleko. Bo nie miałem wyboru.
Być może ten męż
czyzna, przed którym podwładni trzęsą się ze strachu, tak
że go nie miał.

Połączyłem się z Sosnowce
m. Żaden z policjantów nie był w stanie mi pomóc. Ci,
którzy pracowali przy zabójstwie chłopca, byli już na emeryturze. Jeśli przyjąć optymistycz
ny
bieg zdarzeń w ich życiu. Zanotowałem adres rodziców Letniego bez większej nadziei, że ich
tam odnajdę. Po
ta
kich przejściach ludzie często wyprowadzają się, by zerwać wszelkie więzi
z tragedią, która ich dotknęła. By zacząć żyć na nowo. I prawie nigdy ta rozpaczliwa próba się
nie uda
je. Nie było powodu, bym teraz ich odwiedzał i wywoływał demony przeszłości.

Ważniejszy mógł być natomiast inny kontakt. Zapisałem numer do domu kultury, w którym
chło
piec odbył ostatnią próbę teatralną. Zadzwoniłem tam. Nie, tamten instruktor już od lat u
nas nie pracuje. Podać panu adres? Bardzo proszę.

I tak znalazłem się w Ty
chach. Lubię to miasto. Na Śląsku są takie miejsca, które
kurczą się w sobie i zastygają. Trwają siłą inercji, choć ogłoszono już wyrok. Są też takie,
które prą do przodu. Tychy zaliczają się właśnie do takich ośrod
ków. A poza tym cenię
genialną prostotę
wpisaną w dzieje

miasta.

Każde

nowe

osiedle

nazywano

kolejną

literą
alfabetu.

Instruktora Tomasza Borzyma spotkałem w sali prób, gdy kończył zajęcia z grupą
dziecięcą. Cierpliwie czekałem, aż porozmawia z rodzicami wypytującymi o postępy swoich
pociech. Gd
y w sali ucichło, podszedłem i pokazałem legi
tymację. Zdawało mi się, że jakiś
cień smagnął twarz męż
czyzny.

-

Chodźmy do mojego pokoju
-

powiedział cicho Borzym.
-

Tam będziemy mogli
spokojnie porozmawiać.

Pokój okazał się zwykłą rupieciarnią wypełnioną

rekwi
zytami teatralnymi. Na podłodze
walały się maski zwierząt oraz sztuczne kwiaty, a na wieszakach wisiały kostiumy. W rogu
stał manekin, a na stole leżały dzienniki zajęć. Borzym był filigranowym
p
ięćdziesięciolatkiem. Zauważyłem, że się garbi, a to p
owodowało, że wydawał się jeszcze
niż
szy. Być może przebywanie wśród tylu rupieci i koniecz
ność nieustannego pochylania się
sprawiły, że wykształcił w sobie taki odruch.

Wytłumaczyłem mu, jaki jest cel mojej wizyty.

-

Krzyś Letni nie wrócił do domu po pr
óbie. Miał grać w przedstawieniu. Proszę
przypomnieć sobie wszystko, co pan pamięta.

-

Krzyś miał grać, to prawda. Ale co tam z niego za aktor.
-

Borzym machnął ręką.

Instruktor wsparł twarz na dłoni, zapatrzył się w kąt poko
ju i zaczął mówić.
Przygotowyw
ali wtedy
Chłopców z Placu Broni.
Letni dołączył do grupy dopiero pod koniec,
pojawił się na trzech ostatnich próbach, ale radził sobie dobrze. Ła
pał wszystko, co trzeba.
Tamtego dnia przygotowywali się do premiery. Ostatni szlif. Wszystko przebiegło bez
zakłóceń. Czy chłopiec wyszedł z domu kultury sam, czy ktoś mu towarzyszył? Tego
instruktor nie wiedział.

-

Wie pan, co było najgorsze?
-

Borzym wreszcie spojrzał na mnie.
-

Miałem wrażenie,
że policja mnie podejrzewała.

Uważali, że mam coś wspólnego ze śm
iercią tego biednego
chłopca.

Rozumowali całkiem poprawnie. Mordercy trzeba szukać w najbliższym otoczeniu.

-

I

dlatego, z powodu tych podejrzeń, przeniósł się pan do Tychów?

-

Ta historia ciążyła nade mną, chociaż nie miałem z nią nic wspólnego. A tutaj
o
dżyłem
-

potwierdził.
-

Poza tym, wie pan, jaka to praca. Najczęściej przygotowujemy
okolicz
nościowe przedstawienia. Tak jak teraz na Dzień Matki. A ja zawsze miałem
ambitniejsze plany. Także takie, by w domu kultury wystawiać spektakle dla dorosłych.

Pró
bował zrobić spektakl o licealistach z Tychów, którzy z nauczycielami poszli w góry
i już stamtąd nie wrócili. Pamiętałem dobrze tę sprawę, emocje i proces, w którym oskarżono
pedagogów. Życzliwi ludzie odradzili Borzymowi pracę nad przedstawieniem. Wówcza
s
ustąpił. Ostatnio zajął się Ryszardem Riedlem.

-

Ryśkiem?
-

Ożywiłem się, gdy usłyszałem nazwisko bluesowego wokalisty.

-

Mieszkam koło przystanku, z którego jeździł do Katowic. Są plany, by postawić tu
jego pomnik. A ja chciałbym uczcić go w inny sposób
. Za pół godziny
-

spojrzał na zegarek
-

za
czynam próbę z młodzieżą i dorosłymi. To będzie właśnie ten spektakl o nim. Może chce
pan zobaczyć?

Pewnie bym chciał. Może kiedyś skorzystam z zaprosze
nia. Pożegnaliśmy się.
Wsiadłem do samochodu, położyłem ręc
e na głowie i oparłem się o fotel. Sięgnąłem do
schowka z płytami i wyjąłem płytę Led Zeppelin.
The Song Remains the Same
.
Być może
najbardziej nostalgiczna płyta w dorob
ku supergrupy. Szkoda, że wspomnienia instruktora
wniosły tak niewiele. W sumie nicze
go się nie dowiedziałem. Równie dobrze mogłem z
Borzymem porozmawiać przez telefon.

Rozbrzmiały pierwsze takty
Rain Song
,
gdy coś mnie tknę
ło. Być może jednak dobrze
się stało, że tu przyjechałem.

Być może warto było tylko dla jednego gestu, który pod
cza
s rozmowy wykonał
instruktor. Zawróciłem i pojecha
łem z powrotem w kierunku domu kultury. Jak to się stało, że
nie pomyślałem o tym od razu?

Próba do nowego spektaklu trwała w najlepsze. Z głośni
ków dobiegały dźwięki
Listu do
M
.
Na scenie stała aktorka z
e spuszczoną głową. Wyglądała jak upadły anioł. W tle zmie
niały
się slajdy z panoramą Śląska i dymiącymi kominami fabryk. Instruktor obserwował próbę
wsparty o filar. Klep
nąłem go w ramię. Zobaczył mnie i zawahał się. Odciągną
łem go na bok,
gdy na scenę

wkraczały kolejne postaci.

-

Mam jeszcze jedno pytanie
-

wyszeptałem.
-

Gdy za
pytałem pana o Letniego, machnął
pan lekceważąco ręką i powiedział, że to nie był aktor.

Borzym patrzył na mnie zdziwiony.

-

Bo to nie był aktor.

-

To kogo grał ten chłopiec?

-

Jak to kogo? Siebie. Pojawiał się w kilku scenach i pod
bijał piłkę.

Pędziłem do Sosnowca. Poszczególne elementy układanki zaczynały tworzyć czytelną
całość. Wiedziałem już, jakie skojarzenia przemknęły mi przez głowę, gdy wracałem z
Katowic. Facet pod

B
iedronką


na moim osiedlu zeskrobujący ogłoszenia w dniu katastrofy
smoleńskiej. Był tam anons dotyczący zajęć pozalekcyjnych dla dzieci. I drugi obraz. Osiedle
na Powiślu i bawiące się dzieciaki. Byłem pewien, że znalazłem coś, co łączyło
zamordowanych ch
łopców. Byli z dwóch różnych miast, inaczej wyglądali, nie znali się.

Ale
-

byłem gotów założyć się o wszystkie pieniądze, co przyszłoby mi tym łatwiej, że nie miałem
ich zbyt wiele
-

obaj mieli tę samą pasję. Grali w piłkę nożną.

Krzysztof Letni trenował
w klubie. To już wiedziałem po drugich odwiedzinach w
tyskim domu kultury. Chłopak nie interesował się teatrem. Natomiast z piłką wyczyniał cuda.
Jeden z jego kolegów miał występować w
Chłopcach z Placu Broni
w jednej z głównych ról i
zaproponował instrukt
orowi, by Krzysiek dołączył do ekipy teatralnej. Miał pojawić się w
trzech epizodach. Milcząca postać podbijająca futbolówkę. To była rola w sam raz dla niego.

Jednak teatr jest teatrem, a piłka to coś zupełnie innego. Policjanci z Sosnowca skupili
się na
miejscu, w którym chło
paka widziano po raz ostatni. Marian Chyży kierujący grupą
specjalną także przeoczył ważny motyw. Domyślałem się nawet, jak to się odbyło. Czym
interesował się państwa syn? Grał w piłkę. Normalne. Jak każdy. Prawie wszyscy w tym
wiek
u kopią futbolówkę i marzą o tym, by być wielkim pił
karzem.

Jeszcze raz spojrzałem na kartkę z adresem w Sosnow
cu i pomodliłem się do Ryszarda
Riedla oraz wszystkich świętych bluesa, by rodzina Letnich wciąż tam mieszkała. Po drodze
minąłem kamienicę, w
której znaleziono pielęg
niarza z odciętym językiem. Skręciłem w
Sienkiewicza, a następnie w Mościckiego. Minąłem pub oraz aptekę i za
trzymałem się pod
zapisanym numerem. Spojrzałem na stary budynek pokryty graffiti i upstrzony antenami
satelitarnymi. Min
ąłem kilka szczątkowych krzewów regularnie podlewanych przez
miejscowe psy. Wspiąłem się na trzecie piętro i nacisnąłem dzwonek.

Ktoś przyjrzał mi się uważnie przez judasza i dopiero po
tem uchylił drzwi. Przede mną
stał może dwudziestoletni chłopak i taks
ował mnie spojrzeniem.

-

Szukam państwa Letnich.
-

Mignąłem blachą.
-

Chciał
bym porozmawiać.

-

Czy coś się stało?

Starałem się mówić spokojnie, a jednocześnie stanowczo.

-

Chciałbym porozmawiać o Krzysiu. O Krzysiu Letnim.

Chłopak wykonał ruch, jakby chc
iał zatrzasnąć przede

mną drzwi. A może tylko tak mi
się wydawało. Nerwowo obejrzał się za siebie, ale nikt nie pojawił się za jego pleca
mi.
Znowu spojrzał na mnie.

-

Proszę wejść.
-

Wpuścił mnie do środka.
-

Robię to tyl
ko dlatego, że rodziców nie ma
w
domu.

Zrozumiałem, że wcześniej obejrzał się, by spojrzeć na wiszący na ścianie zegar.

Bez słowa poprowadził mnie do pokoju i wskazał miejsce na kanapie. Sam usiadł na
krześle. Cały pokój zagracało kil
ka rozbebeszonych komputerów. Na ścianach wisiały
opra
wione plakaty z serialu
Zagubieni
.

-

Studiuję informatykę
-

wyjaśnił chłopak.
-

Mama jest nauczycielką, ma zebranie z
rodzicami w szkole, a ojciec jeździ teraz na taksówce. Jestem... byłem bratem Krzyśka.
Miałem niecałe dwa lata, gdy to się stało...

-

Twoi

rodzice nie chcieliby ze mną rozmawiać? Popatrzył na mnie tak, jakby moje
pytanie sprawiło mu

ból.

-

Niech pan im tego nie robi. Oni naprawdę starali się

o

tym zapomnieć. Do tego
stopnia, że bardzo długo zabra
niali mi grać w piłkę. Nie chcieli, bym go pr
zypominał.
Dlaczego pan do nas przyszedł?

Wytłumaczyłem mu, że pojawiły się nowe okoliczności

i

wracamy do tamtej sprawy.
Szczegóły są specjalnością każdego zakładu, więc i w tym wypadku pozostawiłem je dla
siebie. Potrzebowałem pomocy, by potwierdzić kilk
a hipotez, i dlatego przyszedłem.

-

Postaram się panu pomóc, o ile będę mógł. Sam musia
łem prowadzić niemal śledztwo,
by dowiedzieć się czegoś o moim bracie. Rodzice wszystko przede mną ukrywali, odgradzali
mnie od przeszłości. Jakby bali się, że tragedia

może się powtórzyć. Chcieli mnie chronić.
Ale w dzisiej
szych czasach
-

pokazał na komputery
-

nie da się niczego ukryć. Ludzie
zamieszczają wspomnienia, nawet po latach... A ja potrafię szukać.

-

Zacząłeś mówić o piłce. Twój brat grał w jakimś klubie, pr
awda?

Chłopak uśmiechnął się.

-

Podobno był świetny. Trenował od ósmego roku życia. Nazywali go małym van
Bastenem na cześć jakiegoś holen
derskiego piłkarza. Pewnie pan go pamięta, bo to nie moje
czasy. Mam tu
-

zaczął grzebać w pudełku
-

płytę ze zdję
ci
ami, jak Krzysiek grał. Nawet pan
nie wie, ile wysiłku kosz
towało mnie, by zdobyć te fotografie... Część wykradłem od
rodziców z albumu, który trzymają w zamknięciu jak naj
większy skarb, i zeskanowałem. Na
szczęście nic o tym nie wiedzą.

-

Opowiedz, pros
zę, wszystko, co wiesz
-

powiedziałem.
-

Najmniejszy drobiazg może
okazać się istotny.

Zamieniliśmy się miejscami. Usiadłem na krześle. Chło
pak zaczął wyświetlać zdjęcia.
Były ułożone chronologicz
nie. Na pierwszych kilkuletni chłopiec w zabłoconej koszul
ce
uśmiechał się do obiektywu, a jego stopa spoczywała na futbolówce. Następnie pojawiły się
fotografie z meczów szkolnych. Zdjęcie chłopca w stroju piłkarskim zapowiada
ło nową
sekwencję. Jedno w koszulce z nazwiskiem van Bastena. I cała seria innych. Wp
atrywałem
się w ujęcia z tre
ningu i nieostre obrazy wykonane podczas meczów. Ręce tryumfalnie
uniesione w górę po strzelonej bramce. Zdzi
wienie i złość w oczach. Może akurat uchwycono
chłopa
ka, gdy sędzia niesłusznie odgwizdał rzut karny. W dalekim plan
ie trybuny, a na nich
grupki kibiców. Najpewniej byli to rodzice obserwujący zmagania drużyn i dopingujący
swoje dzieci. Niektórym fotografiom towarzyszyły daty, czasami pojawiały się podpisy, w
których podano nazwy grających zespołów. Ostatnie zdjęcia wyk
onano na cmentarzu. Przy

grobie obłożonym kwiatami stali płaczący chłopcy w spor
towych strojach, dwóch z nich
obejmował starszy mężczy
zna w czarnym garniturze. Jeden z zawodników trzymał pod pachą
piłkę. Dostrzegłem napis na wieńcu:

Nigdy Cię nie zapomn
imy

.

-

Puszczę panu raz jeszcze te zdjęcia, tym razem od końca.

Chłopak opowiadał o dniu, w którym Krzyś zaginął. O po
szukiwaniach i gasnącej z
każdą kolejną chwilą nadziei wśród najbliższych. Zastanawiałem się, ile w tej historii było
faktów, ile zaś sz
lachetnej konfabulacji.

W pewnym momencie przestałem słuchać. Wpatrywałem się w migające zdjęcia.

-

Stop!
-

zawołałem.
-

Czy możesz cofnąć?

Zrobił to, o co poprosiłem.

Fotografia przedstawiała całą drużynę. Letni stał ostatni w szeregu. Uśmiechał się i
tr
zymał dwa palce nad głową stojącego obok kolegi. W pierwszym rzędzie stał mężczy
zna,
którego zauważyłem na zdjęciu z cmentarza. Obok tre
nera znajdował się ktoś jeszcze. Nie
mogłem się mylić. Pod zdjęciem widniała data. Wykonano je trzy tygodnie przed śmi
ercią
chłopca.

-

Czy wiesz, gdzie zrobiono to zdjęcie?
-

Starałem się za
chować spokój.

-

Chyba tak.
-

Popatrzył na mnie.
-

Kilka tygodni przed... kilka tygodni wcześniej
chłopcy ze Śląska uczestniczyli w jakimś kursie. Zaraz
-

spojrzał w sufit
-

jak to si
ę
nazywało? Orliki... Nie
-

poprawił się
-

orliki są teraz... Wiem!
-

Pstryknął palcami.
-

Akademia Orląt. To był jakiś program sportowy dla młodych talentów albo coś podobnego.

-

Czy możesz wysłać mi to zdjęcie na maiła?
-

Chwyciłem leżący na biurku długo
pis i
zapisałem swój adres.

-

Pewnie. Zaraz też panu to zdjęcie wydrukuję. Czy... czy

ono jest ważne?

-

Sam nie wiem
-

odpowiedziałem. Czułem jednak, że jest

zupełnie inaczej.

Trzymałem w ręku odbitkę, gdy z przedpokoju dobiegł odgłos otwieranych drzwi.
Ch
łopak zerwał się na równe nogi.

-

Proszę już iść
-

powiedział.
-

To chyba ojciec. Zdjęcie panu na pewno wyślę.

Zwinąłem odbitkę i skierowałem się do wyjścia. W przed
pokoju zderzyłem się z
mężczyzną i kobietą.

-

Widzę, że wróciliście razem
-

zagadnął chłop
ak.

-

Podjechałem po mamę do szkoły.
-

Facet nie spuszczał ze mnie wzroku.

Przypomniałem sobie plakaty w pokoju chłopaka. Zagu
bieni. Wszyscy nimi czasami
jesteśmy, a tych dwoje trwało w takim stanie od wielu lat. Musiałem jakoś wybrnąć z
sytuacji, w które
j się znalazłem.

-

Bardzo dziękuję za poświęcony czas.
-

Podałem chłopa
kowi dłoń i skłoniłem się.

-

Kim pan jest?
-

zapytał ojciec.

-

Agentem ubezpieczeniowym
-

odpowiedziałem i prze
cisnąłem się przez szparę
pozostawioną w drzwiach. Taki ze mnie agent ja
k z Iggy'ego Popa misjonarz. Mogłem
wcielić się w jakąś inną rolę. Na przykład ojca, który robi chłopa
kowi awanturę z powodu
dziewczyny. Ale czy ten spec od komputerów mógł spotykać się z jakąś kobietą w realnym
świecie? Szczerze w to wątpiłem.

-

Jeszcze
raz dziękuję. Proszę przemyśleć moją propozycję.

Facet popatrzył na moje wymięte ubranie i otworzył usta.

Zarejestrowałem to kątem
oka, a potem zbiegłem po scho
dach.

Siedziałem w samochodzie i próbowałem uspokoić od
dech. Nie dostałem zadyszki
podczas kr
ótkiego biegu. Moje tętno wzrosło, gdy spojrzałem na fotografię. O pomyłce nie
mogło być mowy.

Czas zmienia ludzi, ale ciebie to nie dotyczy. Wyglądasz tak samo jak przed
dziewiętnastu laty. A to, że znalazłeś się na tym zdjęciu, nie jest zbiegiem okoliczn
ości.
Wreszcie

mam to, czego szukałem. Wszystkie nici zaczynały się ze sobą wiązać.

Mówiłem do siebie, ale też do mężczyzny na zdjęciu.

Powiedziałem mu jeszcze coś.

-

Wreszcie poczułem świeżą krew. A gdy już ją czuję, nie odpuszczam, skurwysynu.


25

Naryso
wałem trójkąt. Zamordowani chłopcy. Zabójca. I ten trzeci. Wierzchołki
wreszcie się połączyły. Figurę geome
tryczną wypełniłem kreskami. Mimo późnej pory
siedzia
łem w komendzie i próbowałem dodzwonić się do Maciejewskiego. Udało mi się za
trzecim razem.

-

Skontaktuj się z rodzicami Zygmunta Olczyka. Dowiedz się, czy chłopak grał w piłkę.
Nie chodzi mi o to, czy grał w nią w ogóle, ale czy trenował w jakimś klubie.
-

Uściś
liłem.
-

Spróbuj wyciągnąć od nich jakieś zdjęcia. Być może chłopiec brał udział w za
jęciach
Akademii Orląt. Tak. Orląt.

Aspirant słuchał cierpliwie.

-

Chyba wiem, co łączy sprawę tych zabójstw sprzed lat

z Grubasem.

Wyjaśniłem mu. Usłyszałem w słuchawce głębokie sap
nięcie.

-

Nie
-

powiedział przeciągle
-

nie mówisz chyba tego po
ważnie.

Miałem świadomość, że chodzę po linie nad przepaścią i że każdy nierozważny ruch
może skończyć się katastrofą. Wciąż poruszałem się w sferze przypuszczeń i intuicji, a nie
faktów. To była moja słabość. Ale wiedziałem też, co muszę

zrobić, by zwiększyć swoj
e
szans
e
. I miałem jedną kolosal
ną przewagę nad zabójcą. Byłem myśliwym, a on nie miał
pojęcia, że natrafiłem na jego ślad.

-

Jestem pewien, że mam rację
-

powiedziałem.
-

Jesteś
my
-

poprawiłem się
-

na
właściwym tropie.

-

Sprawa z Grubasem nie daje mi s
pokoju.
-

Maciejewski zmienił temat.

-

O co chodzi?

-

Rzecz w tym, że przetrząsnęliśmy mieszkanie na Powiślu. Nasi ludzie pojechali do
Sandomierza, przeszukali dom, tamtejsi krzywo na nas patrzyli. Tak jakbyśmy podwa
żali ich
kompetencje i nie wierzyli, że

potrafią dobrze wy
konywać swoją robotę. I nic. O jego
komórce i laptopie już dawno zapomniałem, nie o to chodzi.

Wiedziałem już, do czego zmierza, ale pozwoliłem mu mówić. Nie chciałem dać mu
odczuć, że panoszę się na jego terenie.

-

Pomyślałem tak
-

pow
iedział.
-

Grubas przechowu
je w domu coś niezwykle cennego.
Ma coś, co uczyni go albo sławnym, albo bogatym. Wie o zabójstwach, szantażu
je mordercę
lub planuje to zrobić. Załóżmy, że tak właśnie było. Ale coś mi nie gra. Ile czasu zajęło ci
znalezienie k
artki i kawałka ludzkiej skóry?

Trafił.

-

Niewiele
-

odpowiedziałem.

-

Sam widzisz. Czy ukryłbyś coś wartościowego tak nie
udolnie, ryzykując, że ktoś
włamie się do piwnicy? Albo że zrobią to jakieś szczeniaki dla żartu? To, co znaleźliśmy, to
jest tylko z
ajawka, rozumiesz?

Ludzka skóra jako zajawka. Maciejewski zdecydowanie za dużo nasłuchał się w życiu
Slayera i innych specjalistów od heavy metalu.

-

Chcesz powiedzieć, że powinno być coś jeszcze?
-

zapy
tałem.
-

Jakieś dokumenty,
zdjęcia, skany? Coś, czym

moż
na kogoś przyszpilić?

-

Dokładnie. Sęk w tym, Hipis, że nie umiemy tego znaleźć. Gdybyśmy to mieli,
zabójca byłby na widelcu. Rozmawia
my z jego znajomymi. Może u kogoś złożył depozyt?
Dupa blada. Byliśmy nawet w ośrodku koło Sandomierza i przej
rzeli
śmy rzeczy w pokoju
syna. Byłem pewien, że coś tam wygrzebię. Też nic. Co ty na to?

Szukajcie, a znajdziecie. Wiele razy byłem w podobnej sy
tuacji. Takie sprawy na ogół
rozwiązują się same. Decydują łut szczęścia oraz przypadek. Albo nie rozwiązują się ni
gdy.
Nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć.

-

Kontaktował się z tobą Marchwicki?

-

Marchwicki?
-

Zdziwił się.
-

Chyba z zaświatów. Poza tym, o ile pamiętam, atakował
kobiety, a nie chłopców. A w ogóle
-

zainteresował się
-

kto to jest?

-

Nieważne.

Lepiej,

żebyś nie wiedział. Nie wspomniałem o Trzech Królach, którzy odwiedzili mnie
w komendzie. Ani o nowym wątku związanym z ludzką skórą. Ta sprawa od początku
wydawała mi się drugorzędna. Wizyta w Sosnowcu, w miesz
kaniu Letnich, utwierdziła mnie
w tym. Oby
ciebie nie od
wiedził.

Ostatecznie miałem wsparcie góry, z centrali, w razie czego miałem na kogo się
powołać, a Maciejewski był aspi
rantem. W skali, kosmicznej skali, poprawiłem się, w któ
rej
poruszał się mój niedawny gość z wygoloną czaszką, warszawski

policjant był dla niego w
najlepszym wypadku półcz
ł
owiekiem. I to tylko w przypływie dobrego humoru.

Skończyliśmy rozmawiać i włączyłem laptopa. Znalazłem stronę, którą odwiedzałem
całkiem niedawno. Zacząłem po
równywać daty. Rok 1991 i 1993. A także 2002
, gdy
zamordowano człowieka namierzającego gang na Dworcu Central
nym. Miałem zbyt mało
danych, by powiązać fakty z osobą. Poszperałem na innych stronach na temat piłki nożnej.
Efekt był taki sam. Może powinienem zabrać się do sprawy zupeł
nie inaczej.

Nad
ciągnęła fala zmęczenia. Pomyślałem, że sam nie dam sobie rady. Ktoś tu na
miejscu musi mi pomóc. W szafce znalazłem resztki kawy rozpuszczalnej. Sięgnąłem po
pożółkły czajnik elektryczny i wyszedłem nalać wody. Na korytarzu natknąłem się na
Kuleszę. Wyglą
dał gorzej ode mnie, a to już doprawdy wyczyn.

-

Nalej więcej.
-

Pokazał na czajnik i poszedł do naszego pokoju.

Gdy wróciłem, siedział po drugiej stronie biurka i oglądał kartkę z zakreślonym
trójkątem.

-

Jak tam wielka zasadzka w klinice?
-

zapytałem.
-

Komi
sarz Grzywa trwa na
posterunku?

Machnął ręką.

-

Poproszę o inny zestaw pytań. Ktoś tam został, ale bardziej dla zasady niż z
przekonania. Poza tym stan tego dziennikarza się pogorszył. Nie dają mu wielkich szans.
Lekarze się burzą, rodzinie Kolby też
przestała odpowiadać nasza obecność. Ponadto
Fortunny złożył zażalenie na bru
talność policji. Ale
-

popatrzył na mnie
-

niczego nie żałuję.
Należało się gnojowi.

W sumie też nie żałowałem.

Przynajmniej zobaczyłem Kuleszę w akcji, a to by
ł

nieza
pomniany w
idok.

-

Interesujesz się futbolem, prawda?
-

zapytałem. Aspirant ożywił się.

-

Jasne! Jeśli tylko mogę, chodzę na wszystkie mecze

gieksy

. A tu zobacz
-

sięgnął po
komórkę
-

w telefonie na
wet mam...

-

Nieważne, co masz w telefonie. W którym roku przyzna
no nam organizację
mistrzostw w piłce?

-

Jak to w którym?
-

Zdziwił się, jakbym pytał go o najbar
dziej oczywistą sprawę.
-

W
2007. W kwietniu.

Rzeczywiście. Byłem wtedy w Warszawie. W komendzie stołecznej. I pamiętam ten
niezrozumiały dla mnie wybuch entu
zjazmu.

-

Będę potrzebował twojej pomocy. To nie ma nic wspól
nego z Inkwizytorem. Chodzi o
zabójstwa dwóch chłopców sprzed lat.

Opowiedziałem mu o śledztwie, a także o wizycie przyjaź
ni, którą złożył mi
Marchwicki. Nie wspomniałem jedynie o zdjęciu, któr
e dostałem od brata zamordowanego
chłop
ca. Chciałem, by na razie Kulesza drążył sprawę po swoje
mu, nie sugerując się moim
odkryciem.

-

Marian

Chyży,

gość,

który prowadził te

zabójstwa, przeczesał archiwa w
poszukiwaniu podobnych przypad
ków do 1998 roku.

Do czasu, gdy przeszedł na emerytu
rę.
Nikt nie sprawdzał, co było później. Ja także nie wie
rzę, by morderca, o ile żyje i jest wolny,
nie uaktywnił się przez tyle lat. Jego żądza zabijania nie została zaspo
kojona...

-

Poproszę komendy o sprawdzenie, cz
y coś podobne
go się zdarzyło. Nieletni chłopcy,
raczej z podstawówki niż starsi, porwani, uduszeni, a wcześniej głodzeni.

-

Niech zaczną od 2007 roku i sprawdzą trzy ostatnie lata. Wtedy zaczął się szał
związany z mistrzostwami, budowa orlików. Jeśli znaj
dziesz takie przypadki lub
przynajmniej podobne, sprawdź, czy chłopcy grali w klubach piłkarskich. Czy uczestniczyli,
zwłaszcza krótko przed śmiercią, w ja
kimś programie sportowym, obozie, szkoleniu... Sam
nie wiem... W czymś takim.

-

To może trochę potrw
ać. Jest piątek. Ludzie myślą, jak odreagować po całym
tygodniu. Planują grilla, zamawia
ją pizzę albo szykują się do oglądania walki Pudziana dziś
wieczorem.

-

To nie może potrwać
-

powiedziałem twardo.
-

Wyjaś
nij, że tą sprawą interesuje się
centrala. J
eśli nie chcą mieć telefonu z komendy głównej, niech się sprężą. O Marchwickim
raczej nie wspominaj. Domyślasz się, że jego firma nie budzi najlepszych skojarzeń. Walki w
klatce przy metodach, które oni stosują, to szczyt dobrych manier. Naszym też

nieraz
zaleźli
za skórę i niektórym wzmianka o nich może odebrać ochotę do pracy.

Wróciłem do domu. Niewiele brakowało, a spałbym na korytarzu. Mocowałem się z
zamkiem dobry kwadrans i z każdym ruchem klucza czułem wzbierającą bezsil
ność i
wściekłość. W pewnym m
omencie usłyszałem szczęk otwieranych drzwi po drugiej stronie
korytarza. Z mieszka
nia wychylił się sąsiad.

-

Myślałem, że znowu coś się dzieje
-

mruknął.
-

Na szczęście to tylko pan.

To tylko ja. Stabilne emocje, pamiętaj o nich, Heinz. Swoją drogą, powi
nienem
odezwać się do Kastoriadisa i umówić na trening. Ale teraz nie mam na to czasu,
usprawiedliwi
łem się sam przed sobą. Najpierw muszę dopaść zabójcę. A później pozwolę
sobie na inne nieprzyjemności w rodza
ju ciosu wymierzonego w splot słoneczny i
od
bierającego oddech.

Wpadłem wreszcie do mieszkania z impetem, którego nie powstydziliby się
antyterroryści. W dodatku oni często mylą drzwi, ja zaś trafiłem tam, gdzie chciałem. Otarłem
pot z czoła. Wydrukowane zdjęcie z Sosnowca położyłem na stole. W kies
zeni odezwała się
gitara Hendrixa. Spojrzałem na wyświetlacz. Dzwonił Joseph.

-

Jeśli chcesz mnie przesłuchać
-

zaczął
-

to proszę bar
dzo. Ale najpierw ja mam ci coś
do powiedzenia.

Mocny początek rozmowy. Zachęcający. Czekałem na ciąg dalszy.

-

Tak, to p
rawda. Tamtego dnia miałem spotkać się z Gru
basem. To on nalegał na
spotkanie.

-

Powiedział, dlaczego chce się spotkać?

-

Tylko tyle, że ma dla mnie interesujące wieści. I że...
-

Zawahał się.

-

Że te wieści poruszyły Jacka Kosa?

-

Nie wymienił jego nazwi
ska, ale zrozumiałem, o kogo chodzi.

-

Dlaczego nie doszło do spotkania?

-

Nie wiem. Czekałem na niego. Miał wyłączoną komór
kę, więc mu się nagrałem, ale
on nie oddzwonił. A potem wszystko potoczyło się tak szybko...

-

Chciałeś, byśmy się spotkali nie tyl
ko ze względu na Kosa?
-

Poczułem ból w
skroniach i przymknąłem oczy.

-

Posłuchaj, Rudolf, dzieje się coś niedobrego.
-

Joseph ściszył głos, jakby się bał, że
ktoś go podsłuchuje.
-

Wydaje mi się, że ktoś przeszukał mój dom... Nic nie zostało
skradzione, a
le... pewnie wiesz, jak to jest. Niby nic się nie stało, ale czujesz, że ktoś u ciebie
był. Widzisz czyjąś obecność i to, że krzesło zostało przestawione albo długopis leży kilka
centymetrów dalej...

Wiedziałem dobrze, o co mu chodzi. Podszedłem do szuf
la
dy i zacząłem szukać
środków przeciwbólowych.

-

Pytałem sąsiadów, czy kogoś widzieli. Mówili, że nie, ale ja wiem swoje. Ten nóż...
noszę na wszelki wypadek. Kilka dni temu sąsiad skojarzył sobie, że pod moim domem stał
jakiś samochód. Wtedy gdy ktoś mnie
przeszukał. Nie mam pewności, ale chyba wiem, kto to
był.

-

Kto?

Ojciec milczał.

-

To nie jest rozmowa na telefon. Przyjadę i opowiem ci, co wiem, choć sam nie mogę
się w tym połapać. Poza tym muszę spotkać się z moimi przyjacielami... przyjaciółmi
-
popra
wił się
-

z boiska, a oni są w Polsce. Będę najszyb
ciej, jak się da, muszę ustawić tylko
kilka spraw w klubie. Przyjadę jutro wieczorem. Albo pojutrze. Zadzwonię do

ciebie.

Łyknąłem jakieś prochy i wyciągnąłem się na łóżku. Za oknem huczało radio
samochod
owe. Zastanawiałem się, czy nie zagłuszyć dźwięków rapu czymś własnym, ale
dałem spokój. Po chwili samochód ruszył z piskiem opon, a dudnienie basu cichło. Jeszcze
przez kilka minut szumia
ło mi w głowie, a potem ból zelżał.

Ojciec się boi. Nie ma najmniej
szych wątpliwości, że jego telefon podyktowany był
strachem. Wyglądał na człowieka odpornego, a jednak w jego zachowaniu było wiele
niepokojących sygnałów. Trzeba odczuwać realne zagrożenie, by nosić ze sobą nóż. Z drugiej
strony, po co ta cała zasłona dym
na i opowieść o samobójczej śmierci piłkarza? Mógł
przecież powiedzieć, że ma kłopoty. Ale równie dobrze mógł spodziewać się, że wtedy mu
nie pomogę. Zastano
wiłem się. Kto wie? Pewnie miałby rację. Tak czy inaczej wkrótce
dowiem się, co go gryzie. Wahałem

się chwilę, czy nie powinienem zadzwonić do niego i
spróbować mocniej go przycisnąć. Rozmyśliłem się. Nie miało to sensu.

Zasypiałem w ubraniu, gdy kolejny telefon postawił mnie na nogi. Zbliżała się jedenasta
wieczorem.


-

Mam to, co chciałeś
-

Maciejews
ki mówił powoli, jakby za
mierały w nim procesy
życiowe.
-

Godzinę temu wyszed
łem od Olczyków. Po siedemnastu latach wpada do nich
facet i odświeża im najgorsze przeżycia... To było straszne...

Są sytuacje, gdy każdemu miękną nogi w kolanach. Twar
dziele

są tylko w kinie.

-

Miałeś rację.
-

Aspirant zebrał się w sobie.
-

Chłopak grał w piłkę na Agrykoli.
Zapytałem o tę Akademię Orląt. Kolejny dobry strzał. Trzy tygodnie przed śmiercią Zyg
munt
uczestniczył w takich trzydniowych weekendowych zajęciach.

-

Za
pisałeś, kto prowadził treningi?
-

zapytałem cicho.

-

Oglądaliśmy zdjęcia, a ojciec wspominał. Mam tu listę.

Nazwiska, które wymienił, nic mi nie mówiły. To niemożli
we. Nie mogłem aż tak się
mylić. Przed oczami wirowały mi czarne punkty, a w głowie miałem

pustkę.

-

Pojawił się tam także gość specjalny
-

powiedział Ma
ciejewski.

Tym razem usłyszałem nazwisko, na które czekałem. Pod
szedłem do stołu i wziąłem do
ręki zdjęcie.

-

Jesteś tam?
-

zaniepokoił się aspirant.

-

Jestem.
-

Drugą dłonią chwyciłem za bla
t stołu.
-

Zrobi
łeś kawał dobrej roboty. Mamy
go. To musi być on. Jutro ci wszystko opowiem.

Nie miałem siły na dalszą rozmowę. Wydrukowana kartka drżała mi w dłoni. Patrzyłem
na roześmiane twarze młodych sportowców. Gdy byłem w ich wieku, piłka nożna koj
arzyła
mi się jak najgorzej. Młodego także nigdy nie ciągnęło do futbolu. Pływanie było jego
żywiołem. Ale tamci chłopcy dzięki piłce odnajdowali radość. I z pewnością byli dumni, że
obok stoi żywa legenda futbolu. Marzyli o tym, by kiedyś mu dorównać. Spo
jrzałem na
Krzysia Letniego. Jego marze
nia wcześnie zostały przerwane.

Zakończył je mężczyzna ze zdjęcia. Z fotografii uśmiechał się do mnie Jerzy Stamm.


26

Rano w skrzynce mailowej czekały na mnie zdjęcia wysłane przez Maciejewskiego.
Szybko je przejrza
łem, a następnie powiększyłem jedną fotografię. Wpatrywałem się w
zieloną murawę boiska oraz twarze trzech roześmianych chłopców w białych koszulkach. Na
jednej z nich dostrzegłem lite
ry

AO

. Akademia Orląt. W środku grupki znajdował się
mężczyzna w dres
ie. Młodzi piłkarze najpewniej chcieli odebrać mu piłkę. Twarz jednego z
chłopców powtarzała się na wszystkich zdjęciach. Zygmunt Olczyk. A obok niego

zabójca.

Wpisałem w wyszukiwarkę nazwisko Stamma i znalazłem na jego temat kilka
obszernych artykułów. Za
czynał karie
rę w malutkim klubie na Pomorzu Zachodnim. Podczas

jakiegoś meczu ktoś dostrzegł w nim talent. Chłopak trafił do Szczecina, a gdy miał
siedemnaście lat, rozpoczął grę w pierwszej lidze.

Kariera
-

czytałem na jednym z portali
-
toczyła się błys
kawicznie. Był drugim najmłodszym piłka
rzem, po Włodzimierzu Lubańskim,
debiutantem w repre
zentacji Polski. Wróżono mu podobną przyszłość

. Na mi
strzostwa w
Argentynie w 1978 roku jednak się nie załapał. W artykule nie podano powodu. Najpewniej
wyelimin
owała go kontuzja albo po prostu byli lepsi od niego.

Nagle moje myśli zaczęły krążyć wokół wspomnień z od
ległej przeszłości. Miałem
kilkanaście lat i podobnie jak moi koledzy rozglądałem się wówczas za dziewczynami. Ale
gdy nastał czas mistrzostw w Argen
tynie, wszyscy potracili głowy, a ja na kilka tygodni
straciłem kumpli. Przebieg mi
strzostw znałem z ich opowieści. Jeden z najbliższych ko
legów
opowiedział mi, co działo się u niego w mieszkaniu, gdy Kazimierz Deyna nie strzelił
karnego w meczu z Argen
tyną. Jego ojciec nalał drżącymi rękami kieliszek wódki i wychylił
go bez słowa. A potem wyrzucił z siebie stek prze
kleństw. Dostało się Deynie, później Legii
Warszawa, klubo
wi, w którym grał, wreszcie ojciec zaczął płakać. Uspokoił się dopiero, gdy
gosp
odarze turnieju strzelili nam drugiego gola i było wiadomo, że jest już po zawodach.
Ciekawe, jak reagował na to wszystko Joseph? Nigdy nie rozumiałem, dlaczego piłka
wzbudza takie emocje. Inna sprawa, że nie
którzy patrzą na mnie dziwnie, gdy słucham
muzy
ki i prze
noszę się wtedy w inny wymiar.

Ekran laptopa pociemniał w odpowiedniej chwili. Zupeł
nie jakbym otrzymał znak, że
należy wygasić w sobie wspo
mnienia. Wróciłem do tekstu w internecie. W 1982 roku Stamm
leczył kontuzję i nie pojechał na kolejne mi
strzo
stwa. Czytałem o jego klubowej karierze.
Grał na Śląsku, potem przeniósł się do Warszawy. Kibice z Zabrza długo nie mogli mu tej
zdrady wybaczyć. W 1985 roku, w wieku dwudziestu pięciu lat, wyjechał na Zachód.
Następowała

lista klubów, w których grał
. Kilka sezonów w Niemczech, następnie Belgia
oraz Francja, rok w Portugalii, w Portimonense SC. Gdzie to jest? Szybko odnalazłem kraniec
Portu
galii, potężne skały i latarnię morską na Przylądku Świętego Wincentego. Więc tam
rzuciło Stamma u schyłku karie
ry. Dawniej uważano, że w tym zakątku Europy kończy się
świat. Gdzieś o tym czytałem. Pomyślałem o dwóch chłop
cach. Dla nich kontakt ze
Stammem wyznaczył koniec ich

życia.

Artykuł kończył się zdawkowymi informacjami o tym, co Stamm robił, gdy zawiesił
but
y na kołku. Bez większych sukcesów próbował sił jako trener. Był menedżerem i
promotorem polskich piłkarzy. Został jedną z twarzy Euro 2012. Bywał na salonach i chętnie
pokazywał się w towarzystwie polityków, oni zaś zapraszali go, by grywał z nimi w piłkę
.
Wzajemnie ogrzewali się w swoim świetle. Był więc zaanga
żowany w promocję mistrzostw
oraz rozwój piłki mło
dzieżowej w Polsce. Nie do wiary.

Otworzyłem kilka innych linków, ale nie znalazłem no
wych wiadomości. Spróbowałem
raz jeszcze uporządkować to, c
zego się dowiedziałem. Pierwsze zabójstwo popełnio
no w
1991 roku. Przyjmijmy, że rzeczywiście by
ł

to debiut mordercy. Stamm miał wówczas
trzydzieści jeden lat. Czy to możliwe, by mordercze skłonności ujawniły się dopiero wtedy?
Statystyki były bezlitosne.

Trzydziestka na karku to może nie jest najlepszy wiek dla piłkarza,
ale jest to znako
mity moment, by seryjny morderca zaczął działać. W 1991 roku Stamm
osiadł już na dobre na Zachodzie. Zabójstwa popełniono latem. Wtedy chyba trwają przerwy
w rozgryw
kac
h. Piłkarze rozjeżdżają się na urlopy. Morderca miał spo
sobność, by działać w
nieskrępowany sposób.

Notowałem uwagi na kartce. To wszystko wymaga spraw
dzenia. W jakich polskich
klubach grał Stamm? Na Śląsku i w Warszawie. A zatem zgadza się. Znał oba mie
jsca, w
których popełniono zabójstwa. Wiedział, gdzie przetrzymywać

chłopców. Zawczasu upatrzył
sobie odpowiednie kryjówki. Wiedział też, gdzie pozostawić ich ciała. Stamm całe lata
mieszkał za granicą. Tłumaczyłoby to, dlaczego morder
stwa w Polsce ustały
. Ale to nie
znaczy, że nie zabijał gdzie indziej. Być może w Niemczech, we Francji, w Belgii lub
Portugalii zdarzyły się podobne zabójstwa, których nigdy nie wyjaśniono. Wiedziałem, co nas
czeka. Trzeba będzie uruchomić potężną maszynę i skontaktować się
z kolegami po fachu
nawet na tym portugalskim wygwizdowie.

Otworzyłem jeszcze jeden artykuł. Ostatni fragment do
tyczył charakterystyki gry
Stamma. Zawsze słynął ze zna
komitej techniki. We wczesnych latach zachwycał
przyspieszeniem, pod koniec kariery ele
gancją i skutecznością. Do opisu dołączono dwa
filmiki. Na pierwszym młody piłkarz Górnika Zabrze z bujną czupryną i bokobrodami mija
dwóch obrońców, bramkarza i ładuje piłkę do pustej bramki. Drugi obraz pochodził z 1996
roku i towarzyszył mu komentarz w
języku francuskim. Stamm stoi tyłem do pola karnego,
otrzymuje piłkę, odbija się plecami od obrońcy i oddaje strzał z szesnastu metrów. Piłka
odbija się od lewe
go słupka i wpada do bramki. Komentator pieje z zachwytu, a napastnik
unosi zaciśniętą pięść w
geście tryumfu.

Zainteresował mnie jeszcze jeden fragment. Stamm słynął ze skutecznego
wykonywania rzutów karnych.

W oficjal
nym meczu nigdy nie zmarnował jedenastki
-

czytałem.
-

Do legendy przeszedł półfinał Pucharu Francji, gdy Stamm w ostatniej minuci
e
dogrywki wykonywał karnego. Piłka znalazła się w siatce. Sędzia dopatrzył się uchybienia i
na
kazał powtórkę. Stamm ponownie podszedł do piłki i znów strzelił skutecznie. Dzięki temu
trafieniu jego drużyna awan
sowała do finału rozgrywek

. Niedługo sam m
iałem stanąć z nim
twarzą w twarz i wykonać swoje uderzenie.

Zadzwoniłem do Maciejewskiego i opowiedziałem mu o wszystkim.

-

W tej historii jest jeszcze jeden gracz
-

powiedziałem.

Na razie Marchwicki czekał na ławce rezerwowych, ale by
łem pewien, że jego

cierpliwość się skończy, a wtedy będę zmuszony przedstawić mu wyniki śledztwa, bo w
przeciw
nym razie wkroczy do akcji jak czołg.

-

Legendy krążą o tym facecie
-

mruknął aspirant.
-

To psychopata. Szkoda, że dopiero
teraz się o tym dowiaduję.

Spodziewałem

się takiej reakcji. A nawet ostrzejszej. Na jego miejscu byłbym wściekły.
Tylko że ja chciałem mieć absolutną pewność, że się nie mylę. Że niczego nie prze
oczyłem.
Wciąż miałem jedynie poszlaki, ale nie mogłem ich dłużej ukrywać.

-

Zamierzasz powiedzieć
Marchwickiemu o naszym pił
karzu?
-

zapytał Maciejewski.

-

Nie zrobię tego. I ty, w razie czego, też tego nie rób. Coś mi się zdaje, że nasz łysy
przyjaciel nie grzeszy subtelnoś
cią. Najpierw strzela, potem pyta.

Czas mijał mi na czekaniu. Kończyłem trzec
ią kawę. Zna
lazłem kilka kolejnych
artykułów o Stammie, ale były one kopiami poprzednich. Wtedy coś sobie uświadomiłem.
Dlaczego od razu o tym nie pomyślałem? W archiwum od
szukałem akta jednej z
nierozwiązanych spraw. Twarz tego chłopca powracała przecie
ż w najmniej oczekiwanych
chwi
lach. Był wprawdzie młodszy od dwóch zamordowanych, a jego ciała nigdy nie
znaleziono. Miałem ślad, którego nie mogłem zlekceważyć. Chłopiec wracał z kościoła. W
tygo
dniu następującym po komunii dzieci codziennie chodzą do k
ościoła. I właśnie podczas
białego tygodnia mały roz
płynął się w powietrzu. Ktoś go zaczepia. Proponuje piłkę albo
autograf. Prowadzi do samochodu. I jest po wszystkim.

Odnalazłem telefon do matki chłopca i zadzwoniłem. Włączyła się poczta głosowa.
Imię i

nazwisko kobiety po
dane na nagraniu się zgadzały. Nie zostawiłem wiadomoś
ci.
Wyobraziłem sobie, jakie emocje musiałyby nią targać, gdyby usłyszała na sekretarce, kto
dzwonił. Nadzieja po
mieszana ze strachem. A ja nie miałem do powiedzenia nic

konkretne
go.
A już z pewnością nie chciałem rozbudzać w niej żadnych nadziei. W sumie chciałem zadać
jej tylko jedno pytanie.

Gdy próbowałem połączyć się jeszcze raz, w drzwiach stanął Kulesza. Usiadł i czekał,
aż zakończę rozmowę. Ziry
towany odłożyłem telefon na
biurko.

-

Masz coś?

Pokręcił głową.

-

Cisza. Cały czas czekamy.

Czułem, że chce powiedzieć coś jeszcze.

-

Gdy czekałem w pułapce zastawionej na Inkwizytora
-

podniósł wzrok
-

miałem sporo
czasu na myślenie. I pomyś
lałem, że powinniśmy podejść tego psycho
la od zupełnie innej
strony.

Gotycka Jolka mówiła coś podobnego. Zamknąłem akta

Chłopca z białego tygodnia

,
jak mówiono o tej sprawie, i wyjąłem chesterfielda. Zauważyłem, że kończą mi się li
q
uidy i
muszę zrobić nowy zapas. Albo będę zmuszony raczyć się
jakimś innym, gównianym
smakiem.

-

Od początku
-

ciągnął Kulesza
-

skupiamy się na pyta
niu: dlaczego? Dlaczego
Urbaniak uciekł? I udzielamy jedy
nej możliwej odpowiedzi. Zrobił to, aby wyrównać
rachunki. Tymczasem trzeba zadać zupełnie inne pytanie.

-

Jak
ie?

-

Pamiętasz pierwsze zebranie z Grzywą? Nie pamiętam, kto to wtedy powiedział, on
czy nasz szef, ale brzmiało to ja
koś tak, że tylko prawdziwy pojeb uciekałby z wariatkowa.
Pamiętasz?

Potwierdziłem.

-

Pomyślałem więc inaczej.
-

Kulesza znalazł na stol
e starą serwetkę i zwinął ją w
kulkę.
-

Zostawmy motyw na boku. Zastanowiłem się, dlaczego Urbaniak zdecydował się na
ucieczkę właśnie wtedy. Co było katalizatorem, który sprawił, że zaczął działać. Pytanie więc
brzmi: kiedy to się stało i w jakich okolicz
nościach?

Poturlał papierową kulkę w moim kierunku.

-

Zadzwoniłem do szpitala. Sprawdziłem, kto go odwie
dzał w ostatnim roku. I nie
uwierzysz, jakie nazwisko poja
wiło się na tej liście trzykrotnie.

Czekałem w milczeniu. Nie chciało mi się strzelać.

-

B
-
16
-

powiedział cicho.

-

Kto?
-

Nie zrozumiałem.

-

Kobro.

Sięgnął do kieszeni i podał mi kartkę. Wpatrywałem się w podkreślone nazwisko i nic z
tego nie rozumiałem. Nasz świętej pamięci kolega, specjalista od złodziei kradnących znaki
drogowe, po raz pierw
szy spotkał się z Urbaniakiem dziesięć miesięcy temu. Drugie
spotkanie nastąpiło po trzech kolejnych miesiącach.

Spojrzałem na ostatnią datę. Marzec tego roku. Kilka ty
godni przed dniem, gdy B
-
16
poszedł wyrzucić śmieci i już nie wrócił.

-

Co on, do diabł
a, tam robił?
-

Oddałem kartkę Kuleszy. Nie odpowiedział wprost na
pytanie.

-

Pamiętasz jego pogrzeb?
-

zapytał.
-

Podeszliśmy do wdo
wy, by złożyć kondolencje.
Ona... ona wtedy powiedziała ci coś dziwnego. Coś takiego, że B
-
16 wspominał ciebie czy też
wym
ieniał twoje nazwisko. Że ona ciebie zna.

Aspirant miał rację. Całkowicie wyparłem ten szczegół. Pogrzeb B
-
16 kojarzył mi się
tylko ze spotkaniem z ojcem. Pierwszym po kilkudziesięciu latach. Resztę wspomnień z
tamtego dnia wyrzuciłem z pamięci.

-

Próbował
em dowiedzieć się czegoś w naszej fabryce.
-
Aspirant

zatoczył

głową

półkole, wskazując piętra komendy.
-

Kobro nie wypucował się nikomu z tych spotkań.
Wszyscy byli zdziwieni, gdy o to pytałem. W tej sytuacji mamy jedną osobę, z którą trzeba
porozmawiać.

W
ziąłem zmiętą kulkę i cisnąłem ją w stronę kosza. Spu
dłowałem.

-

Mam do niej zadzwonić?
-

zapytałem.

-

Już to zrobiłem
-

powiedział Kulesza.
-

Zdziwił ją mój telefon, ale zgodziła się
porozmawiać. Prosiła, byśmy przy
jechali do niej do pracy.

Wstał od biu
rka.

-

Mamy jechać teraz?
-

Zdziwiłem się.

-

A kiedy?
-

Wzruszył ramionami.
-

Masz coś do roboty? I tak siedzisz jak na
rozgrzanych węglach i czekasz, aż spły
ną raporty z terenu. Tylko zbierajmy się, bo dziś
sobota, u niej wcześniej zamykają.

Miał rację.
Czekanie nie miało sensu. Taki pusty przebieg wypala emocjonalnie jak
diabli. Zrobiłem dwa kroki, schyli
łem się i podniosłem kulkę. Drugi rzut był celny.

Pojechaliśmy do centrum handlowego w alei Roździeńskiego. Justyna Kobro pracowała
w pralni ekologiczn
ej. Gdy weszliśmy, wydawała klientce czarną garsonkę. Po
znała nas od
razu i delikatnym skinięciem głowy poprosi
ła, byśmy zaczekali. Na ścianie za ladą wisiał
cennik, a nad nazwą

Eko
-
Pral


znajdowało się logo firmy: świstak, bóbr, nutria, a może
jakieś z
upełnie inne zwierzę futerkowe wsparte łapkami o białą pralkę. Nie bardzo
rozumiałem, o co chodzi, ale ważne, że projektant wiedział i że klienci przychodzili. W głębi
zakładu pracowały dwie potężne, ponaddwumetrowe maszyny, które z wyglądu bardziej
kojarz
yły się z akcesoriami zakładu pogrzebowego niż usługami pralni.

Drzwi się zamknęły i Justyna Kobro ciężko westchnęła.

-

Ludzie mają popieprzone w głowach. Pyta mnie taka, ile kosztuje pranie długiego
kożucha, i dziwi się, że latem ceny nie spadają. No dobr
a
-

spojrzała najpierw na mnie, a
następnie na Kuleszę
-

w czym mogę pomóc?

Mówiła energicznie, wycierając dłonie w biały T
-
shirt z napisem

Eko
-
Pral

, nutrią i
pralką. Nie tak wyobraża
łem sobie jej zachowanie. Spodziewałem się pewnie cichej
rezygnacji wt
łoczonej w gesty i sposób mówienia oraz z tru
dem skrywanej rozpaczy. Być
może Justyna Kobro inaczej

przeżywała żałobę. Być może ten okres w jej życiu trwał krótko i
już się zakończył. A może w ogóle go nie było.

-

Wspominałem pani przez telefon, że nie pr
owadzimy śledztwa w sprawie śmierci pani
męża
-

zaczął Kulesza. Uzgodniliśmy, że to on będzie rozmawiał z wdową. B
-
16 w sprawie
Inkwizytora to był przecież jego trop. No i nie by
ł

zaangażowany w historię Urbaniaka tak jak
ja.
-

Badamy pewne poboczne wątki
związane z innym śledztwem i jed
na rzecz zwróciła
naszą uwagę. Pani mąż kilka razy odwie
dził w szpitalu psychiatrycznym pewnego człowieka.
Czy wspominał pani coś o Urbaniaku? Albo Inkwizytorze?

-

Mój mąż był bardzo zamkniętym człowiekiem. Różniliś
my się

od siebie. Ale
rzeczywiście wspominał o takim...
-

Zamyśliła się i spojrzała na drzwi pralni, jakby szukała
tam przejścia do innego świata i minionych chwil.
-

To w ogóle dziwnie się zaczęło...

-

To znaczy jak?

-

Mój mąż miał dość pracy w policji. Chciał
rzucić robotę. I nagle coś się zmieniło.
Zaczął przynosić jakieś stare papie
ry do domu. Był taki miesiąc, że wieczorami tylko nad tym
siedział. Telewizor poszedł w odstawkę, piwo też... O sobie nie mówię
-

znów taksowała nas
spojrzeniem
-

bo ja już dawno
poszłam w odstawkę.

-

Co to były za papiery?

-

Tego nie wiem.
-

Znów wytarła dłonie w T
-
shirt.
-

Nigdy mnie to nie interesowało.
Ale pewnego dnia powiedział mi, że był w psychiatryku i rozmawiał z człowiekiem, który
kie
dyś prawie spalił jego kolegę. W ten

sposób
-

popatrzyła na mnie
-

dowiedziałam się o
panu.

-

Co jeszcze powiedział?

-

Niewiele mówił, a ja nie pytałam. Chociaż... raz powie
dział coś takiego, że jeśli
odejdzie z pracy, to przynajmniej zrobi to z przytupem.

Ruszyła w stronę jednej z potężnyc
h pralek, dając nam znać, że rozmowę uważa za
zakończoną. Spojrzałem na
m
Kuleszę. B
-
16 należał do gromadki, która żyła marzeniami o
spektakularnym finiszu. Końcu kariery w świetle jupite
rów i przy niecichnących oklaskach.
Przypomniałem sobie Grubasa. On t
akże opowiadał o prawdziwej bombie, którą odpali. Obaj,
i dziennikarz, i policjant, widzieli zapewne nieraz, jak wygląda ostatni dzień w firmie. Zbiera
się resztki gratów do pudełka, podpisuje kilka kwitów. I nie ma czer
wonego dywanu na
pożegnanie. Ani pł
omiennych mów. Ko
leżanki cię ignorują. Koledzy odwracają głowę i nie
wiedzą, jak się zachować.

-

Proszę pani... pani Justyno
-

Kulesza nie dawał za wy
graną
-

może mąż mówił coś
jeszcze? Proszę spróbować sobie przypomnieć.

Odwróciła się w naszą stronę i z
bliżyła do lady.

-

Nic więcej nie pamiętam. Naprawdę. Siedział przy tych papierach i od czasu do czasu
mruczał coś pod nosem. Chy
ba trochę zbzikował. Sam nadawał się na pacjenta tego szpi
tala.
Gadał coś o punkcie, ale nie wiem, o co mu chodziło.

-

O

punk
cie?

-

No tak. Chciałeś mieć swój punkt, a teraz ja znajdę twój... W coś grali ze sobą czy
jak... To nie miało większego sensu.

-

Kiedy to było?

-

Niedługo przed... przed jego śmiercią.

Do pralni wtargnęły dwie rozchichotane trzydziestolatki. Obrzuciły nas

błyskawicznym
spojrzeniem, równie szybko uznały, że co najwyżej zakłócamy ruch powietrza, i wyjęły z
toreb kolorowe fatałaszki.

Nie pożegnaliśmy się z wdową po B
-
16. Dobrze się stało. Na ogół w takich chwilach
trzeba wydusić z siebie kilka rutynowych zdań
. Pocieszyć i powiedzieć, że nasi koledzy
uczynią wszystko, aby znaleźć zabójcę. Żaden z nas, ani ja, ani Kulesza, nie chcieliśmy
występować w tej roli.

Wracaliśmy do komendy w milczeniu. B
-
16 znalazł w ak
tach coś, czego nie
odkryliśmy, gdy prowadziliśmy
sprawę Urbaniaka dziesięć lat temu. Leżałem poparzony w
szpitalu

i miałem dosyć życia. Z pewnością coś wtedy przeoczy
łem i inni pracujący przy tej
sprawie też. B
-
16 znalazł punkt zaczepienia. Odkrył słaby punkt Inkwizytora. Albo tylko tak
mu się zdawało.
Punkt.
O

co mogło mu chodzić? Wkrótce po ostatniej wizycie w szpitalu
Kobro ginie od ciosu nożem. Czy Inkwizytor mógł wydać komuś zlecenie zza krat?
Wątpliwe. Tak czy inaczej w jakiś sposób te sprawy się łączą. Kulesza weźmie się za papiery,
z których B
-
16

uczynił sobie lekturę do snu. Pomyślałem o zabitym policjancie. Okazuje się,
że w ogóle go nie znałem, a kilka żartów i anegdot na jego temat skutecznie zakrywało pustkę
panującą w jego ży
ciu. Zapewne to samo można było powiedzieć o jego żonie. Wygląda n
a
to, że dla Justyny Kobro śmierć B
-
16 stała się wyzwoleniem. Kulesza nie odzywał się, ale być
może myś
lał o tym samym.

Dźwięk telefonu wskazywał nadejście esemesa. Przyszła wiadomość od ojca.

Spotkaj
się ze mną w poniedziałek o 11 w Silesia Center. To w
ażne.


J.

. Spróbowałem do niego
zadzwonić, ale miał wyłączoną komórkę. Przypomniałem sobie jego strach i nerwowość w
głosie, gdy kontaktował się ze mną ostatni raz. Wklepałem wiadomość.

Dobra.

Będę.
Spotkamy się w Coffee Heaven

.

Do wieczora trwałem prz
y biurku i czekałem na odpo
wiedzi z kraju. Te, które
przychodziły, były zniechęcające. Nie, na naszym terenie nie odnotowano podobnych
przypadków. Będziemy sprawdzali dalej. W drugie zdanie nie bardzo wierzyłem. Poza tym
zagłębianie się w przeszłość z pew
nością potrwa, a przeczucie podpowiadało mi, że nie
jestem panem tej sytuacji. Stamm zorientuje się, że dzieje się coś wokół niego, i zniknie. Ma
kontakty i pieniądze. Roz
płynie się gdzieś w Afryce albo Azji.

Usłyszałem telefon. Nie rozpoznałem numeru.

-

Ktoś do mnie dzwonił dwa razy, ale nie mogłam roz
mawiać.
-

Usłyszałem kobiecy
głos. Rozmawiałem z matką chłopca, który zaginął w białym tygodniu. Przedstawiłem

s
ię. Od
razu wyczułem w jej głosie rezerwę. Trudno się dzi
wić. W sprawie jej syna działaliśm
y
nieskutecznie. Gdybym był na jej miejscu, zachowywałbym się pewnie podobnie.

-

Nie chcę pani niepokoić. Badamy pewien ślad. Czy pani syn grał w piłkę? Trenował
może w jakimś klubie?

Czułem, że bariera między nami rośnie z każdą sekundą. Gdyby w takim tem
pie
budowano u nas autostrady i dwor
ce kolejowe, nikt by nie narzekał.

-

Olek miał poważną wadę wzroku
-

powiedziała cicho.
-

Zawsze prosiłam go, by nie
grał w piłkę. Lekarze też to suge
rowali. Czy taka odpowiedź panu wystarcza?

Nie zdążyłem odpowiedzieć
, gdy znów się odezwała.

-

Śpiew. To była jego pasja...

-

Bardzo pani dziękuję. Chciałem powiedzieć...

Usłyszałem sygnał oznaczający przerwanie połączenia.


Tym razem nikt nie chciał podpalić mojego mieszkania, a klucz w zamku przekręcił się
gładko. Za dr
zwiami nie czy
hał na mnie Urbaniak, a w lodówce czekał dobrze schłodzo
ny
przyjaciel. Włączyłem muzykę, usiadłem w fotelu, a nogi wyciągnąłem na stoliku.

Zadzwoniłem do Kastoriadisa. Przemówił do mnie w wie
lu językach świata. Nie ma
mnie. Wracam za trzy
tygodnie. Pierwszy komunikat nagrany był po polsku. Kolejne po
an
gielsku, japońsku i chyba grecku. Ostatniego języka w ogóle nie umiałem rozpoznać.

Z głośników dobiegały dźwięki gitary Rya Coodera i bęb
ny Alego Farki. Fajny
bluesowo
-
etniczny odjazd. Troc
hę afro, nieco Ameryki. Ciekawiło mnie, dokąd wybrał się
Grek. Swoją drogą, nigdy nie pytałem go o cele jego wyjazdów. Coś podpowiadało mi, że nie
powinienem zadawać takiego pytania, jeśli nie chciałem stracić przyjaciela.

Namnożyło mi się za to pytań do i
nnego człowieka. I zbli
żał się moment, gdy będę
chciał uzyskać wyczerpujące odpowiedzi.


27

W poniedziałek z brunatnosinego nieba lal deszcz. Podob
no w ciągu kilku najbliższych
dni miała się utrzymać taka pogoda. Ostrzegano przed kolejną falą powodzi,
której nie można
było wykluczyć, w razie gdyby opady potrwały

dłużej.

O dziewiątej byłem przy swoim biurku i przeglądałem ra
porty. Cholera. Znowu nic.
Brak trafień. Nikomu rzecz jasna nie życzyłem śmierci. Może z paroma wyjątkami. Ale z
pew
nością życzeni
a te nie dotyczyły dzieci. Szukałem jedynie przypadków, które byłyby
bardziej oczywiste niż te dwa sprzed wielu lat. Od mglistych poszlak chciałem przejść do
twardych dowodów. Tych brakowało mi najbardziej.

Przedpołudniowe rozmowy z Maciejewskim stały się
już niemal rytuałem.

-

Bingo!
-

Aspirant tryskał energią.
-

Mamy przypadek z okolic Warszawy z 2008 roku.
Latem w Pruszkowie odby
wał się turniej młodzików. Jeden z chłopców z miejscowej drużyny
znikł po meczu. Znaleziono go przy torach kolejo
wych tydzień

później. Sposób działania
sprawcy zgadza się z naszymi sprawami sprzed wielu lat.

-

Stamm... Był tam?

-

Prowadził nawet trening. Tyle że jedna rzecz nam się nie zgadza. W dniu, w którym
zniknął chłopiec, Stamm otwierał jakiegoś orlika pod Poznaniem. Spraw
dziłem to. W
Prusz
kowie pamiętali to dobrze, w końcu wszystko działo się nie tak dawno temu. Stamm
denerwował się nawet, że spóźni się na to otwarcie...

Zamknąłem oczy.

-

Musi być jakieś wytłumaczenie
-

powiedziałem.
-

Facet pojawia się we wszystkich
przy
padkach, gdy mordowani są chłopcy. Nie powiesz mi, że to zbieg okoliczności. Może był
tam pod Poznaniem i wrócił. Sprawdziłeś taką możliwość?

-

Sprawdzamy. Nie wiadomo też, o której godzinie znikł chłopiec. To komplikuje
sprawę. Ale mam tu coś jeszcze.
..
-

Zawiesił głos.
-

Pamiętasz, gdy mówiłeś o Marchwickim,
powiedziałeś, że wkracza nowy gracz. Więc ja też mam nowego gracza. Wiesz, kto prowadził
tam trening razem ze Stammem? Jacek Kos. Nasz świętej pamięci reprezentacyj
ny obrońca.

-

Mogli działać raze
m
-

powiedziałem.
-

Tylko dlaczego Kos miałby to robić? Może po
prostu zaprowadził gdzieś chłopaka, przetrzymał go...
-

głośno myślałem
-

a resztę zrobił
Stamm. W każdym razie mamy jeszcze jeden dowód na to, że Kos miał poważny powód, by
spotkać się z Grub
a
sem... Najpewniej został namierzony. Miał się wykupić albo pogrążyć
swojego mentora.

-

A propos
Grubasa
-

wtrącił Maciejewski.
-

Wciąż nie zna
leźliśmy żadnych plików,
papierów... Nie mamy nic. Spraw
dziliśmy natomiast kartkę, którą znalazłeś w piwnicy.
W
pił
karskiej centrali są kwity pisane przez Stamma z czasów, gdy robił uprawnienia trenerskie.

-

To on napisał tę kartkę?

-

Próbka jest niewielka. Na jej podstawie grafolog wyklu
czył, że jest to pismo Stamma.
To jednak dopiero wstępna ocena.

Zakląłem gł
ośno. Ta opinia grafologa niewiele na razie zmieniała. Nie wykluczała
Stamma z kręgu podejrzanych. Gdyby jednak było inaczej, gdyby to on był autorem, miał
bym
wreszcie mocny dowód, by powiązać dawną gwiazdę futbolu z zabójstwami. Muszę być
cierpliwy, pomy
ślałem. Każdy odkryty przypadek pogrążał go coraz bardziej. Trze
ba
wyjaśnić, jaki udział w tej sprawie miał Kos. I kiedy Stamm powrócił do Pruszkowa. Byłem
pewien, że Macie
jewski dopnie swego i uporządkuje fakty.

Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się jeden
asta. Miałem nadzieję, że Joseph wyjawi mi
coś, co pozwoli przyszpilić zabójcę. Musiałem tylko powstrzymać się od gwałtownych

ruchów. Cierpliwość była najważniejsza. I uderzenie w od
powiednim momencie.

Nie jestem fanem galerii handlowych. Nie rozumiem
tych wszystkich ludzi, którzy
błyszczącymi oczami wpatrują się w szyby przepastnych witryn. Nie potrafię z przejęciem
opowiadać o polowaniu na fioletowy sweterek w serek albo buty do biegania z inteligentnym
protektorem najnowszej generacji i oddychającą c
holewką. Byłbym zapewne kiep
skim
słuchaczem takich historii, gdyby ktoś mi je opowia
dał. Nie uczestniczę także w piątych
urodzinach

Żabki


ani siódmych

Biedronki

. Ani w podobnych świętach. Należę do
gatunku konsumenckich abnegatów, ale i tacy muszą z
jakiegoś powodu istnieć w łańcuchu
pokarmowym.

Do Silesia Center mam naprawdę blisko, a mimo to by
tem tam tylko dwa razy. Za
pierwszym Kastoriadis zaprosił mnie na sushi. Za drugim, gdy nie miałem pomysłu, co zro
bić
z samym sobą, poszedłem do kina. Tytuł

wybrałem na chybił trafił. Nie pamiętam nawet, co
to było.

Zamówiłem americanę. Na spodku obok filiżanki leżało kruche ciasteczko w kształcie
wielbłąda. Usiadłem przy sto
liku w rogu. Nauczyłem się, że są takie sytuacje, gdy trzeba
zapewnić rozmówcy jak n
ajlepsze warunki. Czułem, że to właśnie jeden z takich momentów.
Sięgnąłem do kieszeni spodni i znalazłem długopis oraz kartkę z pubu

Return

. Sporo się od
tamtego czasu zmieniło. Spojrzałem na trójkąt, którego wierzchołki oznaczały zabitych
chłopców, Gru
ba
sa oraz mordercę. Czy nie powinienem do tego schematu dodać Jacka Kosa?
Czy to możliwe, by istniał piłkarski gang uprowadzający i mordujący młodych zawodników?
Ta hi
poteza brzmiała absurdalnie. Było za wcześnie, by łączyć obrońcę z tą sprawą. Musi być
inne wyjaśnienie, w jaki spo
sób Stamm pogodził wizytę w Poznaniu z porwaniem chłop
ca
kilkaset kilometrów dalej.

-

Robi pan notatki zupełnie jak pewien trener.
-

Usłysza
łem głos za plecami.
-

Grałem
na obronie, a on rysował nam

takie schematy. Nic z
tego nie rozumieliśmy, więc graliśmy po
swojemu. Raz wygrywaliśmy, raz nie. I na tym polega piękno futbolu.
-

Roześmiał się.

Nade mną stał Robert Kruczek i uśmiechał się, jakby wy
stępował w reklamie pasty do
zębów. Był w tej samej koszul
ce polo, którą mi
ał na sobie, gdy widzieliśmy się w Zabrzu.
Przez ramię miał przewieszoną torbę. Uścisnął mi rękę. Nie musiałem zastanawiać się, co tam
robił. Wyjaśnił mi to, za
nim poszedł złożyć zamówienie.

-

Joseph mówił mi, że umówił się z panem. Prosił mnie, bym się p
ojawił. Nie bardzo
wiem, o co chodzi. A pan?

-

Też mi nie powiedział.

-

Joseph robi się na starość tajemniczy.
-

Roześmiał się i ruszył do baru.

Spojrzałem na zegarek. Było dziesięć po jedenastej. Jo
seph spóźniał się. Ciekawe, co
tym razem go zatrzymało.
Dlaczego zaplanował rozmowę w obecności Kruczka? Być może
chciał się w jakiejś sprawie poradzić albo czegoś do
wiedzieć. Miał jednak sto innych
możliwości, aby to zrobić. Z jakiegoś powodu obaj byliśmy mu potrzebni. Sięgnąłem po
telefon. Ojciec miał wyłącz
oną komórkę.

-

Jak się pan czuje w taką pogodę?
-

zapytał Kruczek, stawiając na stole kawę i wodę
mineralną.
-

Bo ja fatalnie. A, właśnie.
-

Sięgnął do torby, ale nie wyjął laptopa, tylko
lekarstwa.
-

Muszę przyjmować te świństwa o stałej porze.
-

Łyknął je
i popił wodą.

Bezmyślnie nabazgrałem coś nad zdjęciem Johna McEnroe i schowałem kartkę.
Modliłem się, żeby ojciec już przyszedł, nie chciałem słuchać piłkarskich opowieści tego
faceta.

-

Wie pan
-

ciągnął Kruczek
-

po czym widać oznaki sta
rzenia? Po temat
ach rozmów.
Coraz częściej, gdy spotykam się z ludźmi w moim... w naszym wieku
-

spojrzał na mnie i
poprawił się
-

rozmawiamy o tym, co kogo boli, czy może jeszcze pić albo jakie piguły w
siebie wrzuca. Pan też tak ma?

Mruknąłem pod nosem coś, co miało
zabrzmieć jak

nie

, i napiłem się kawy.
Wsunąłem do ust ciasteczko.

-

A zauważył pan
-

Kruczek ciągnął niezrażony
-

że podczas meczów komentator nigdy
nie mówi, że sportow
cy piją? Oni zawsze uzupełniają płyny. Co jest z tym Jose
phem?
-

Spojrzał na zegar
ek. Wyjął telefon i zadzwonił.

-

Ma wyłączoną komórkę. A obiecywał, że jeśli coś mu wypadnie, to da znać. Słowność
nie jest ostatnio jego moc
ną stroną. Albo z jego pamięcią jest gorzej.

Pomyślałem, że zaraz poznam sekrety prowadzonej przez nich firmy. Pew
nie chętnie
bym ich wysłuchał i przy okazji dowiedział się czegoś o ojcu. Tylko że tym razem nie mia
łem
na to czasu.

-

Spodziewamy się jeszcze kogoś?
-

zapytałem.

-

Kogo?

-

Joseph umówił się z panem. A co ze Stammem?

-

Jurek? On jest w Darłowie. Nad morze
m. A trzy dni temu uczestniczył w jakiejś
akademii piłkarskiej w Zakopanem. Jutro ma tu wracać. Przyjechałem z Niemiec wczoraj. A
za dwa dni wracamy we trójkę do Hanoweru dopiąć kontrakt chłopaka z Zabrza. Nie
narzekamy na brak roboty.
-

Zatarł ręce.
-

Pam
ięta pan tego agenta piłkarskiego, z którym
spię
liśmy się w klubowej kafejce?

-

Tego mokrego Włocha?

W pierwszej chwili wydał się zaskoczony, ale zrozumiał, o co mi chodzi.

-

Tak, tego. Więc podebraliśmy mu piłkarza.
-

Uśmiech
nął się od ucha do ucha.

Był

zadowolony, że przechytrzył konkurenta, i nie wyglą
dał, jakby dręczyły go wyrzuty
sumienia.

-

A co Stamm robi w Darłowie?

-

Jak to co?
-

Zdziwił się.
-

Pojechał do matki. On stamtąd

pochodzi.

Rzeczywiście. Czytałem w biogramie. W ostatniej chwili po
wstr
zymałem się, by o tym
nie wspomnieć. Kruczek zapew
ne byłby zaskoczony, że śledzę przebieg kariery jego
przy
jaciela i wspólnika. I z pewnością powiedziałby mu o tym.

-

No i odwiedzi też brata.
-

Kruczek podparł ręką pod
bródek, a jego wzrok powędrowa
ł
gdzieś daleko.

-

Brat też tam mieszka?

Popatrzył na mnie przeciągle.

-

To straszna historia. Jurka brat był młodszy o dwa lata. Też grał w piłkę. Jeśli Jerzy
był wielkim talentem, to nie wiem, jak należałoby mówić o Jarku... Wszyscy wróżyli mu
wielką prz
yszłość.

-

Co się z nim stało?

-

Nie żyje. Miał szesnaście lat, gdy zginął. Przysypała go ziemia. Słyszałem, że szukano
innych przyczyn, ale to był nieszczęśliwy wypadek.

Dopił kawę kilkoma szybkimi łykami, jakby wyczerpały go ostatnie zdania. Obaj po
kole
i zadzwoniliśmy do Josepha. Bez rezultatu. A jednak to przedpołudnie w Si
l
esia Center
nie było dla mnie stracone. Dowiedziałem się więcej, niż mógłbym się spodziewać.

Wpisałem numer telefonu Kruczka do komórki i wyjaśni
łem, że to na wszelki wypadek,
gdyby
m nie mógł skontakto
wać się z Josephem.

Wycieraczki pracowały w szybkim rytmie, a przez moją głowę przetaczały się
dziesiątki skojarzeń. Jarosław Stamm ginie w 1978 roku. Jego brat nie łapie się wówczas do
kadry na mistrzostwa świata w Argentynie. Być moż
e ta śmierć
m
iała coś wspólnego ze
spadkiem formy. Być może z de
presją. To tylko przypuszczenia. Jarosław miał szesnaście lat.
Był niewiele starszy od tych, którzy zostali zamordowa
ni. Był też, tak jak i oni, cholernie
zdolny. Może nawet jesz
cz
e
lepszy
. Tak czy inaczej wyróżniał się. Ginie pod zwałami ziemi.
Wiem, jak wygląda śmierć w osuwisku. Bywa, że zgon nie następuje od razu. Wtedy umiera
się w męczarniach. Z wycieńczenia. Bez jedzenia. Bez picia. Całymi długimi godzinami.

Deszcz spływał po szyb
ach. Z trudem widziałem jadące przede mną samochody. Lecz
coraz wyraźniej rysował mi się przed oczami obraz zdarzeń sprzed wielu lat.

Kolejne raporty nie wniosły nic nowego. Rozglądałem się za Kuleszą, ale nigdzie nie
mogłem go znaleźć. Był kwadrans po pie
rwszej, gdy zadzwonił. Nie zdążyłem opo
wiedzieć
mu, czego dowiedziałem się podczas spotkania w Silesia Center.

-

Jestem w drodze do Rabki
-

przekrzykiwał silnik samo
chodu.

-

Dokąd?

-

Do Rabki. Ściślej, jadę do Rabkolandu.

Do jednego z raportów dołączona
była dodatkowa infor
macja. W weekend w Rabce
zaginął dziesięcioletni chło
piec. Kulesza zapewne zlekceważyłby ten przypadek, gdy
by nie
zdanie dopisane odręcznie, z którego wynikało, że zaginiony przyjechał do Zakopanego, by
wziąć udział w za
jęciach akad
emii piłkarskiej. Aspirant wykonał kilka tele
fonów. Potwierdził
informację, że Jerzy Stamm był gościem tej imprezy.
O

tym akurat już wiedziałem z zupełnie
innego źródła.

-

Co to jest ten Rabkoland?
-

zapytałem.
-

To taki nasz

górski Disneyland?

-

Tak. Tak
i sezonowy. Czynny od maja do września, nasta
wiony na letnie szkoły,
kolonie i obozy. Kolejka górska, dom strachu i takie tam...
-

Kulesza najwyraźniej nie
nadawał się na żywą reklamę parku rozrywki.
-

Dzieciaki to uwielbiają. Wyjazd do
Rabkolandu miał by
ć jedną z atrakcji towarzy
szących akademii piłkarskiej. Chłopak zniknął
około czter
nastej. Policjanci przeglądają zapis z kamer. Podczas takich imprez prawie
wszyscy robią zdjęcia. Pojadę też do Zakopa
nego i przejrzę wszystkie nagrania uczestników
obozu
. Coś musimy znaleźć...

Chłopiec zniknął dwa dni temu. Stamm przetrzymuje go gdzieś. Jeśli rzeczywiście
pojechał do Darłowa i zamierza

wrócić jutro, zostawi małego bez jedzenia i picia na dwie
doby. Chyba że ktoś mu pomaga. Co mówił Kruczek? Że pojutrz
e we trzech wracają do
Niemiec. A zatem Stamm bę
dzie chciał zakończyć sprawę przed upływem tygodnia. Za
bije
chłopca. Albo rozwiąże to inaczej i pozwoli mu umrzeć. Wiedziałem, co trzeba zrobić.

-

Jadę do Darłowa!
-

krzyknąłem do telefonu. Opowie
działem K
uleszy o spotkaniu w
galerii handlowej. O bracie Stamma, który zginął przywalony ziemią. Mówiłem i słysza
łem
pomruk silnika samochodu.

-

Nie pora powiadomić o wszystkim

Marchwickiego? Albo może zaczekamy, aż Stamm
wróci znad morza, i wte
dy dobierzemy mu
się do dupy?

-

Marchwicki nic z niego nie wyciśnie
-

odpowiedziałem.
-

Wciąż mamy tylko poszlaki,
chociaż coraz mocniejsze. Będą go przesłuchiwać, a w tym czasie chłopak umrze. Na powrót
Stamma też przecież nie możemy czekać. A co będzie, jeśli tym razem zm
ieni sposób
działania i o dzień przedłuży sobie pobyt? Dzieciak nie przetrzyma tyle bez picia.

-

To co chcesz zrobić?

Milczałem, rozważając w głowie różne możliwości.

-

Nie wiem
-

odpowiedziałem w końcu zgodnie z praw
dą.
-

Zmuszę go, by wskazał
miejsce, g
dzie przetrzymuje chłopca. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, ale wyduszę z nie
go
wszystko.

Dwie godziny później jechałem w kierunku Wrocławia. Przekroczyłem granicę i
pędziłem niemiecką autostradą na północ. Joseph byłby ze mnie dumny.

Nie wiedziałem jeszcz
e, że następnych kilkadziesiąt go
dzin odciśnie się na zawsze na
moim życiu.


28

Nie jestem dobrym kierowcą. I zawsze dziwię się tym, któ
rzy mówią, że prowadzenie
samochodu ich relaksuje. Być może za dużo oglądali w życiu amerykańskich filmów drogi.
Pog
oda była fatalna, a ja w moim volkswagenie nie czułem się zbyt pewnie. Pędziłem, czyli
jechałem z szybkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę, mijany lewym pasem przez
wszystko, co tylko się poruszało.

Darłowo znałem z opowieści. Bardzo długo nasz po
kój w wydziale zabójstw dzieliliśmy
na trzy. Miejsce przy drzwiach zajmowała aspirant Trzcińska. Wiele razy opowia
dała Kuleszy
i mnie, chłopakom ze Śląska, o dzieciństwie spędzonym nad morzem. Gdy miałem siedem
czy osiem lat, zazdrościłem tym wszystkim, k
tórzy słyszą na co dzień szum fal i mogą kąpać
się w morzu, kiedy tylko najdzie ich ochota. Po latach dotarło do mnie, że wyobrażenia także
i w tym wypadku rozmijają się z rzeczywistością. Wybrzeże w opowieściach aspirant
Trzcińskiej nie miało nic wspólne
go z wakacyjną widokówką.

Ponure ciężkie fale obijające się o betonowe kotwice. Obłędny, wyjący godzinami wiatr
mieszający się z odgło
sem buczka z latarni morskiej. Opowieści o marynarzach, którzy nigdy
nie powrócili, i o samobójcach, którzy posta
nowili
skończyć ze sobą właśnie w takiej
scenerii.

Trzcińska poznała mężczyznę swojego życia we Wrocła
wiu. Porządny chłopak. Nie
pracował w policji. Zamieszkała na Dolnym Śląsku, a w pokoju przybyło nagle metrów
kwa
dratowych do podziału. Żaden z nas nie anektow
ał wolnej przestrzeni, jakbyśmy się bali,
że w ten sposób sprowadzi
my na nas nieszczęście i dostaniemy kogoś z przydziału.
Obliczyłem, że do Darłowa dotrę w nocy. W normalnych okolicznościach przespałbym się w
sa
mochodzie. Nie ja pierwszy, nie ostatni, z
właszcza nad

morzem w sezonie letnim. Padał
jednak deszcz i było wil
gotno. Bałem się, że w takich warunkach przypomni o so
bie zespół
Raynnauda. A choroba, na którą cierpiałem, mogłaby wyeliminować mnie z gry.

Zadzwoniłem więc do Trzcińskiej i poprosi
łem o przyja
cielską przysługę. Odezwała się
po godzinie.

-

Łatwo nie było, chociaż do wakacji trochę brakuje. Wszyscy krzywili się, że
potrzebujesz tylko jednego nocle
gu. Ale dało radę. I to w supermiejscu. Masz coś do pisania?

Podyktowała mi adres. Ulic
a Conrada przy skrzyżowaniu ze Słowiańską. Bardzo ładnie.
Nieco literatury, nieco pre
historii.

-

Szczęściarz z ciebie, Hipis. Będziesz nad samym mo
rzem. Módl się, jeśli potrafisz, by
deszcz przestał padać, to skorzystasz przy okazji. Po co właściwie tam
jedziesz?

-

Jak to po co?
-

Wzruszyłem ramionami, chociaż nie mog
ła tego widzieć.
-

Jadę
pogadać z mordercą. Znasz mnie.

Znała mnie, więc o nic więcej nie pytała. Podziękowałem za przysługę. Z niewielką
pomocą przyjaciół można zała
twić wszystko.

Pomyślał
em o Stammie i chłopcu z Rabkolandu. Nawet jeśli chłopiec przeżyje, do
końca życia będzie miewał kosz
mary. Na jawie i we śnie powracać będzie twarz mordercy.
Nigdy nie zapomni miejsca, w którym był przetrzymywany. Taka będzie cena życia. Dom
strachu. Żało
wałem, że nie ma Kastoriadisa. Nie zawahałbym się ani chwili i zabrał mistrza
ze sobą. Nie miałem wątpliwości, że pokazałby Stammowi kilka niezapomnianych sztuczek.

W połowie drogi zatrzymałem się na stacji benzynowej. Zatankowałem, kupiłem kawę i
kanapkę.

Para zażywnych siedemdziesięciolatków w dresach rozłożyła mapę przy stoliku
obok. Trochę się sprzeczali. Trochę żartowali. Nie rozumiałem ani słowa. Chciałem
zadzwonić do ojca. Sięgną
łem do kieszeni i zorientowałem się, że nie mam komórki.
Podbiegłem do
samochodu i wróciłem do baru z telefonem.

Ci, którzy wierzą w telepatię, mieliby kolejny dowód na jej istnienie. W komórce
czekała na mnie wiadomość od Jose
pha. Przepraszał, że nie dotarł na spotkanie. Coś zdarzyło
się w klubie i pokrzyżowało mu plany.

Przeprosił jeszcze raz. Żałował, że nie spotkało się ze
mną trzech przyjaciół z boiska, bo spotkanie w Zabrzu było bardzo miłe. Obiecał, że odezwie
się za kilka dni, gdy w klubie wszystko wróci do

normy.

Odsłuchałem wiadomość raz jeszcze i wybrałem numer
ojca. Jego telefon znowu
milczał jak zaklęty.

Zbliżałem się do granicy

z Polską, gdy odezwał się Kule
sza. Był w Zakopanem.
Przejrzał filmy z Rabkolandu. Nie znalazł na nich człowieka, który powinien tam się znaleźć.

-

Nie do wiary
-

powiedział.
-

Jak ten
facet to robi? Zu
pełnie jakby był niewidzialny.
Przecież musiał tam się zja
wić. Ktoś musiał go widzieć. Albo przypadkiem złapać na zdjęciu.
Ale dzwonię do ciebie też w innej sprawie. Mamy sukces. Przycisnąłem tych małych
piłkarzy. Powiedziałem im, co gro
zi ich koledze. I jeden pękł.

-

Co powiedział?

-

Dzień przed wyjazdem do Rabki ten zaginiony, aha, on nazywa się Grzegorz Banaś,
powiedział koledze z pokoju, że czeka na niego niespodzianka. Ktoś powiedział mu, że jest
świetnym piłkarzem, ma ogromny talent

i dostanie fajną

pamiątkę.

-

Chłopak rozmawiał ze Stammem?

-

Tego nie wiem. Banaś nie chciał podobno nic więcej zdradzić, bo obiecał, że wszystko
zachowa w tajemnicy. A tajemnica to rzecz święta. Kto ją zdradzi, umiera w mę
czarniach.
Usłyszałem to od teg
o chłopca, który mieszkał

z nim w pokoju.

Była noc, gdy dotarłem do Darłowa. Krążyłem w kółko ze dwadzieścia minut, szukając
pensjonatu. Czułem się tak, jakby ktoś siłą zamykał mi oczy, ale nie chciałem się poddać.

-

Chciałbym się odświeżyć
-

powiedzia
łem do recepcjo
nistki.
-

Czy o tej godzinie mam
tu jeszcze jakąś szansę?

W mig zrozumiała, o co mi chodzi.

-

Proszę zajrzeć do hotelu

Apollo

. To parę kroków od nas. Prosto w stronę morza, a
potem w prawo.

Podziękowałem i wyszedłem. Po raz drugi wyraziłe
m wdzięczność w myślach, gdy
dotarłem na miejsce. Miałem szczęście. Światła w barze były przyciemnione. Przy kon
tuarze
siedział ostatni klient, a barman nalewał mu piwo. Przez ułamek sekundy zdawało mi się, że
plecami do mnie siedzi Jerzy Stamm. Było to j
ednak tylko złudzenie. Nerwy i zmęczenie.
Muszę nad nimi zapanować.

-

Właśnie przyjechałem z Katowic
-

powiedziałem. Uzna
łem, że jest to wystarczające
usprawiedliwienie obecności w barze o tej godzinie.
-

Poproszę setkę finlandii i obiecuję, że
zaraz spad
am.

Usiadłem na uboczu. Przede mną stały dwa zmrożone kieliszki. Kto kogo? Rano stanę
twarzą w twarz z wyracho
wanym mordercą, a wciąż nie mam pomysłu, jak rozegrać to
spotkanie. Improwizacja jest dobra, gdy mam próbę w kan
-
ciapie z kolegami, ale to nie
zn
aczy, że zawsze się sprawdza.

Podszedłem do baru z pustymi kieliszkami. Nie poprosi
łem o repetę.

-

Znacie panowie Jurka Stamma? Podobno jest w Darło
wie.

Barman zgarnął puste kieliszki i odwrócił się. Za to drugi mężczyzna położył mi na
ramieniu dłoń. Wyd
awało mi się, że tylko dzięki temu utrzymywał równowagę.

-

Wszyscy go tu znamy.
-

Spojrzał na mnie i zakołysał się na stołku.
-

On jest najlepszy.
Zawsze był najlepszy.
-

Kiwał

ową, jakby miał chorobę sierocą.
-

Będzie tu jutro o
dzie
siątej tak jak dziś.

Obiecał, że wpadnie pożegnać się przed wyjazdem.

Wódka postawiła mnie na nogi. Czułem się lepiej niż pół godziny wcześniej.
Recepcjonistka zapytała, czy udało mi

się odświeżyć, ja zaś potwierdziłem. Zapytałem o ulicę
Wil
ków Morskich. Wyjęła folder z m
apką Darłowa. To też nie
daleko stąd, tylko że po drugiej
stronie rzeki. Być może do wszystkich miejsc stosuje się tu formułę:

niedaleko stąd

.
Nastawiłem budzik w telefonie na siódmą.

Tajemnica to rzecz święta. Kto ją zdradzi, umiera w mę
czarniach. Nie
wiem, dlaczego
te zdania przyszły mi do gło
wy przed snem.

Poranek przywitał mnie krzykiem mew i bólem głowy. Nie miałem kaca. Nie miałem
po czym go mieć. Zaatakował mnie po prostu natłok wrażeń. W pensjonacie zjadłem
śnia
danie. Uznałem, że dwie parówki i

jajko w majonezie plus kawa załatwią sprawę. Wiatr
przebił moje ciało zimnym podmuchem, gdy zbliżyłem się do samochodu. O ósmej
trzydzieści dotarłem na ulicę Wilków Morskich. Po drodze minąłem zapatrzoną w siebie parę
oraz samotnika z siatką wypchaną piwa
mi. Rozumiałem go doskonale. Pogoda była barowa.
Deszcz padał przez całą noc, zmieniała się tylko jego intensywność. Kilkakrotnie przetarłem
zaparowaną od środka szybę i zacząłem obserwować skromny, otynkowa
ny na biało domek.
Budynek wyglądał niepozornie
przy otaczających go pensjonatach i nic nie wskazywało na to,
że właśnie tu wychowała się gwiazda polskiej piłki.

Brakowało kilku minut do dziewiątej, gdy Stamm wyszedł z domu. Miał na sobie żółty
płaszcz przeciwdeszczowy. Ro
zejrzał się, jakby kogoś się s
podziewał, założył kaptur na
głowę, wsunął ręce do kieszeni i ruszył w kierunku morza. Odczekałem pięć minut i
zapukałem do drzwi.

Otworzyła mi kobieta w kraciastym fartuchu. W jednej dłoni trzymała nóż, w drugiej
ziemniaka. Przemknęło mi przez głowę, że t
o dziwna pora na przygotowywanie obia
du. Ale
może jej życie toczy się innym rytmem.

-

To nie jest pensjonat. Pan się pomylił.

Wyjąłem legitymację.

-

Chciałem porozmawiać o pani synu.

Wpuściła mnie do środka.

-

Czy coś się stało?
-

zapytała.
-

Jurek wy
szedł przed chwilą...

-

Nie chcę rozmawiać o Jerzym
-

powiedziałem cicho.
-

Chcę porozmawiać o
Jarosławie.

Przede mną stała drobna kobieta, która skurczyła się jesz
cze bardziej, jakby ktoś
położył jej na ramionach ogromny ciężar. Jakby wymienione przeze mn
ie imię i wywołane
tym samym wspomnienia wgniatały ją w ziemię.

-

Wiem, że to dla pani trudne, ale proszę opowiedzieć mi o tamtym wypadku. Jak to się
stało?

Poprowadziła mnie do kuchni, odłożyła nóż, ale ziemnia
ka wciąż trzymała w dłoni. Z
trudem panowała

nad sobą.

-

Po co to panu?

-

Prowadzimy śledztwo w sprawie sprzed wielu lat. Zu
pełnie przypadkiem natrafiliśmy
na informację o pani synu. Sprawdzamy wszystko. Jechałem tu całą noc z Katowic, by
porozmawiać...

Usiadła na stołku, a ja kucnąłem obok.

-

Nigd
y nie wierzyłam, że to był wypadek
-

wyszeptała.
-

Jarek od małego wiedział, że
tam są usypiska. Raz, gdy za
puścił się w to miejsce, złoiłam mu skórę. To był rozsądny
chłopiec...

-

Znaleziono przy nim butelkę piwa.
-

Dowiedziałem się tego od Kruczka.
-

Moż
e po
prostu wypił jedno w ustron
nym miejscu, a potem...

-

Tak mówili pańscy koledzy z policji... Z milicji
-

popra
wiła się.
-

Ale on nie pił ani nie
palił. Wiedziałabym...

-

Kiedy to się stało?

-

Był środek wakacji. Sierpień. Dwa dni po święcie... po Wni
ebowzięciu. Grał w piłkę z
bratem i już nie wrócił. Podobno pokłócili się podczas meczu i każdy poszedł w swoją stronę.
Znaleźli go po trzech dniach...
-

Wykonała ruch ręką, wskazując kierunek.
-

Pan nie jest stąd,
dobrze zrozumiałam?

-
Tak.

-

Mówili
-

u
niosła głowę
-

że jest bardzo zdolny, że ma ta
lent. Ale ja
-

jej głos stał się
mocniejszy
-

zawsze uważałam, że ta piłka to same kłopoty.

-

Dlaczego?

-

Rok wcześniej byli na obozie piłkarskim. We trzech, razem z Robertem Kruczkiem.
Też podczas wakacji. I
ktoś zaprószył w ośrodku ogień. Wszyscy przeżyli, ale co ja się
strachu najadłam... A potem jeszcze plotkowali, że to była jego wina. Ale on nie palił.
Wiedziałabym...

Nagle coś w niej pękło. Ramiona zaczęły drżeć, a z gardła dobiegł cichy szloch.

-

Proszę

pani...
-

Położyłem rękę na jej ramieniu.
-

Proszę
pani...

Podniosłem się. Coś zatrzeszczało w moich stawach. Popatrzyłem na płaczącą kobietę.
Chciałem jej coś powie
dzieć, ale nie wiedziałem co. Że zaraz zatrzymam jej syna,
wielokrotnego mordercę?

-

Bard
zo dziękuję
-

wymamrotałem i wycofałem się w stronę drzwi.

W hotelu

Apollo


dwie rodziny jadły śniadanie. Chłopiec krzyczał, że nie ruszy
warzyw, a dziewczynka wydłubywała coś z jajecznicy. Takie problemy wychowawcze były
już poza mną. W barze zobaczyłem
tego samego gościa, któ
rego spotkałem w nocy. Obok
filiżanki espresso stało małe piwo. Być może w ogóle nie opuszczał tego miejsca.

Najwyraźniej poznał mnie i przywołał ruchem dłoni.

-

Jeśli szuka pan Jurka, to jest tam.
-

Wskazał palcem za okno.

Na pomoś
cie stał samotny mężczyzna w żółtym płasz
czu przeciwdeszczowym i patrzył
w morze. Rozejrzałem się po plaży. Była pusta. Deszcz i wiatr skutecznie odstra
szyły
wczasowiczów. W oddali powiewał baner informu
jący o turnieju piłki plażowej, który
zapewne miał

się nie odbyć.

Podszedłem do baru, kupiłem małe piwo i postawiłem przed mężczyzną. Popatrzył na
mnie zaskoczony, a potem wybełkotał podziękowanie. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Może
odezwała się we mnie solidarność cechu pijaków.

Na drzwiach hotelu
wisiał plakat reklamujący koncert fa
ceta, którego w latach
siedemdziesiątych nazywano

pol
skim Elvisem

. Ciekawe, czy ktoś przyjdzie go posłuchać w
taką pogodę. Wiatr i deszcz smagały mi twarz. Brnąłem przez piasek. Wreszcie dotarłem do
pomostu. Wspiąłem

się po schodkach. Deski zaskrzypiały, ale Stamm się nie odwró
cił. Wciąż
wpatrywał się w spienione fale.

-

Niezła pogoda na rozmyślania
-

powiedziałem. Odwrócił twarz w moją stronę. Chwilę
trwało, zanim mnie

rozpoznał. Uśmiechnął się.

-

Proszę! Syn Joseph
a Heinza. Co za spotkanie!
-

Wciąż trzymał ręce w kieszeniach.
Uważnie obserwowałem jego ruchy.

Oparłem się o barierkę pomostu.

-

Ciekawe
-

spojrzałem na zamgloną linię horyzontu
-

ja
kie myśli przychodzą ci do
głowy, gdy widzisz te fale.

Uśmiechnął się po
nownie.

-

Taka pogoda to dla mnie wybawienie. Nie ma krzyku dzieci ani tych wszystkich
plażowiczów. Żyć nie umierać.

Żyć nie umierać.

-

Może zastanawiasz się, jak to zrobić tym razem?

Spojrzał na mnie i wyjął ręce z kieszeni.

-

Nie rozumiem
-

powiedział.
-

To ma być żart?

-

Ależ rozumiesz, doskonale rozumiesz. Zastanawiasz się, co zrobić z chłopcem z
Rabki. Gdzie on jest? Gdzie go prze
trzymujesz?

Oderwał się od barierki i stanął naprzeciwko mnie. Zro
zumiał, że mówiłem poważnie.
Stałem plecami do morza. W
oddali rozległ się dźwięk syreny. Spojrzałem w prawo i
zobaczyłem zbliżający się statek.

-

Nie wiem, o czym mówisz
-

wydusił.

Jego oczy stały się czujne.

-

Rok 1991
-

zacząłem wyliczać.
-

Zamordowany chło
piec w Sosnowcu. Rok 1993.
Morderstwo w Warszaw
ie. Potem następuje dłuższa przerwa. Zupełnie jak w meczu, nie? A
może zabijałeś wtedy w Niemczech, Belgii, we Fran
cji i w Portugalii? Możesz być pewien, że
sprawdzimy to wszystko. Jest rok 2008 i legenda polskiej piłki znów jest w formie. Zabijasz
chłopa
ka w Pruszkowie. A teraz Rabka... Gdzie on jest?
-

krzyknąłem.

Patrzył na mnie i ciężko dyszał. Kilka mew wzbiło się


-

Wszystko szło dobrze, ale zaczęły się komplikacje
-
warknąłem.
-

Pewien dziennikarz
sportowy wpadł na twój ślad. Podejrzewał,

że masz wspólnika. Że jest nim Jacek Kos. Facet
nie wytrzymał i rzucił się pod pociąg. A ty zwa
biłeś Grubasa w pułapkę i zabiłeś go. Tak jak
pewnego męż
czyznę w 2002 roku. Gdzie trzymasz chłopaka?
-

kolejny raz powtórzyłem
pytanie.

-

Oszalałeś, Heinz!
-

wrzasnął, ale silny podmuch wiatru niemal go zagłuszył.
-

Oszalałeś!

-

Muszę przyznać, że masz, bydlaku, nerwy ze stali. Ale to przecież dla ciebie nie
pierwszyzna. Jesteś podobno do
brym pokerzystą
-

cedziłem.
-

Byłeś nieomylnym wyko
nawcą
rzutów karnych
. Jak cię nazywali? Egzekutor? Dobre, naprawdę dobre! Pasuje do ciebie
znakomicie.

Zauważyłem, że w hotelu

Apollo


dwie twarze przy
klejone do szyby przyglądały się
nam z uwagą.
Show must go on
.

-

Zastanawiam się, dlaczego to robisz? Dlaczego zabijasz mło
dych zdolnych piłkarzy?
Takich jak twój brat. Opłaku
jesz jego śmierć w ten sposób? A może sam miałeś z nią coś
wspólnego? Może był za dobry? I zazdrosny Jureczek wykończył go po jakiejś kłótni.
Wepchnąłeś go do dołu, a ziemia...

-

Ty skurwysynu!
-

krzykną
ł i rzucił się na mnie.

Zrobił krok do przodu i zamachnął się pięścią. Wtedy zahaczył butem o deskę pomostu.
Uchyliłem się, a Stamm całym ciężarem runął na barierkę. Na ułamek sekundy jego nogi
zawisły w powietrzu, by po chwili znaleźć się po drugiej s
tronie pomostu. Próbował dłonią
przytrzymać się poręczy, ale nie zdołał. Zanim uderzył ciałem w betonowe kotwice
falochronu, zawył rozpaczliwie. Później słyszałem już tylko szum fal.

-

Głupcze. Cholerny głupcze
-

powiedziałem przez zaciś
nięte zęby.

Nie mó
wiłem do Stamma, ale do samego siebie. Pomyśla
łem o chłopcu z Rabki, który
rozpaczliwie walczy o życie.

Karetki pogotowia i wozy policyjne to nieczęsty widok na plaży. Przy hotelu

Apollo


stał spory tłumek gapiów i wpa
trywał się chciwie w ludzi uwijając
ych się za biało
-
niebieską
taśmą. Niektórzy zapewne myśleli, że kręcimy jakiś film.

Zbliżało się południe. Deszcz przestał padać. Wciąż było zimno, ale nie zważałem na
to. Zdjąłem szary płaszcz prze
ciwdeszczowy i cisnąłem go w piasek.

-

Wciąż nie mogę w t
o uwierzyć.
-

Starszy policjant z su
miastym wąsem pocierał dłonią
czoło.
-

On? Wszyscy go tu znamy. Sam jako szczeniak grywałem z nim w gałę.

-

Nie pan jeden tak mówi
-

odparłem.
-

W każdym razie spotkanie skrzydłowego,
obrońcy i łącznika się nie odbę
dzi
e...

Popatrzył na mnie zdziwiony.

-

Jakie spotkanie?

-

Skrzydłowego, obrońcy i łącznika. Jest taka piosenka. O trzech przyjaciołach z boiska.

-

To nie tak
-

powiedział po chwili.

-

Słucham?

-

Pomylił się pan. Mój ojciec katował mnie tą piosenką, gdy byłem
mały.
-

Westchnął.
-

Zaśpiewam to panu o każ
dej porze dnia i nocy. Skrzydłowy, bramkarz i łącznik. Tak jest w
tym tekście.

Do policjanta podszedł jeden z lekarzy i odciągnął go na bok.

Powlokłem się do hotelu

Apollo

. Gromadka rozstąpiła się i przepuś
ciła mnie do
środka. Zamówiłem kawę i usia
dłem przy tym samym stoliku, przy którym siedział wcześ
niej
mój nocny rozmówca.

Wyjąłem telefon z kieszeni i jeszcze raz odtworzyłem wia
domość od ojca. Nagle cala
sprawa ukazała mi się w innym świetle. Skrzydłow
y, obrońca i łącznik. To niemożliwe, by
Joseph tak się pomylił. Mógł nie pamiętać imienia włas
nej matki, mógł zapomnieć moje, ale
jeśli coś dotyczyło piłki nożnej, był bezbłędny. W tych sprawach miał pamięć absolutną.

Wybrałem jego numer, chociaż wiedział
em, że telefon będzie wyłączony.

-

Głupiec. Cholerny głupiec
-

powiedziałem do siebie kolejny raz tego dnia.

Powinien być bramkarz, a jest obrońca.

Obrońca.

Zrozumiałem, że popełniłem fatalny błąd.


DOGRYWKA
-

PIERWSZA POŁOWA

29

-

I co powiedział?
-

zapytałem

policjanta z sumiastym wą
sem.

-

Że czeka mnie podróż życia. Ale nie będziemy jechać tym rzęchem.
-

Krytycznym
spojrzeniem obrzucił mój sa
mochód.
-

Pojedziemy tym.
-

Wskazał palcem wypucowa
nego
saaba.
-

A swój wóz kiedyś odbierzesz.

W ten sposób podkomi
sarz Krzysztof Wąsik został moim kierowcą. W jego wypadku
nie wiedziałem, czy nazwisko jest uzupełnieniem sumiastego wąsa, czy też zarost jest
ozdobnikiem, który towarzyszy nazwisku. Wszystko jedno. Ważne, że nie wlókł się sto
trzydzieści na godzinę. Kateg
o
rycznie oświadczył, że nie będzie zatrzymywał się na kawę i w
najlepszym razie naleje mi benzyny do kubka.

Przez kilka godzin, które spędziłem w Darłowie, mój tele
fon rozgrzał się do
czerwoności. Maciejewskiemu i Kuleszy powiedziałem, czego mają szukać.

Spróbowałem
połączyć się z Krygierem. Oddzwonił do mnie po godzinie.

-

Czego potrzebujesz?
-

zapytał, gdy przedstawiłem mu przebieg zdarzeń.

-

Jesteśmy w sytuacji podbramkowej. Zaraz dam ci do telefonu podkomisarza z
Darłowa. To sympatyczny facet. Wytłumac
z mu, że ktoś z jego ludzi musi zawieźć mnie

do
Katowic. Sam nie mogę prowadzić, muszę mieć wolne ręce.

-

Jak amerykański prezydent w Air Force One?

-

Właśnie tak. Chciałbym poprosić o coś jeszcze.

-

Mów.

-

Potrzebuję informacji od belgijskiej policji.
Niech spraw
dzą, czy w 1996 roku
odnotowali uprowadzenie chłopca. Był przetrzymywany i mógł być głodzony. A potem został
uduszony. Chłopak najpewniej grał w piłkę w jakimś klubie.

-

Drobnostka. Na kiedy to potrzebujesz? Za dziesięć mi
nut, za piętnaście?

I
ronia Krygiera była nie na miejscu.

-

Najszybciej, jak się da. Niech zaczną od Charleroi i oko
lic.
-

Przypomniałem sobie to,
co znalazłem wcześniej w in
ternecie.
-

Chociaż nie mam żadnej pewności, że to właści
wy
trop. Załatwisz to?

-

Mam znajomych polic
jantów we Francji, a oni mają swo
ich znajomych w Belgii.
Spróbuję.

Wykonałem także telefon do Marchwickiego.

-

Mamy skurwysyna
-

zacząłem krótko i na temat.

Po raz kolejny w ciągu niedługiego czasu opowiedziałem tę samą historię. Nie zadawał
zbędnych pyta
ń. Nie miał pre
tensji, że dopiero teraz dowiaduje się o wszystkim.

-

Czego pan potrzebuje, komisarzu?
-

zapytał, gdy skoń
czyłem.

Powiedziałem mu o Belgii i 1996 roku. Nie grymasił. Nic

też nie obiecywał.

-

Coś jeszcze?

-

Otoczcie naszego przyjaciela opie
ką. Gdyby wyczuł pis
mo nosem, zacznijcie działać.
Gdyby wyjeżdżał gdzieś, ob
serwujcie go. Być może będzie chciał zabić chłopca. A być może
kogoś jeszcze. Moi ludzie też będą mieli go na oku. Więc nie wystrzelajcie się nawzajem.

Połączyłem się z Robertem
Kruczkiem i poprosiłem, by zjawił się w komendzie
nazajutrz o dziesiątej rano.

-

Nie wiem, czy będę mógł... Czy to naprawdę takie ważne?

-

Pański przyjaciel Jerzy Stamm nie żyje.

W tle słyszałem odgłos włączonego telewizora. Rozległ się śmiech, a potem

oklaski.
Najwyraźniej Kruczek oglądał ja
kiś program w hotelowym pokoju.

-

Jak to się stało?
-

zapytał wreszcie.

-

Nie mogę o tej sprawie rozmawiać przez telefon. Pańska obecność jest bardzo istotna i
może nam pomóc.

-

Dobrze
-

powiedział po chwili wahani
a
-

będę. Nie mogę skontaktować się z pańskim
ojcem. Nie wie pan, co się z nim dzieje?

-

Też nie mogę go złapać
-

odparłem i rozłączyłem się. Była osiemnasta, a my
pędziliśmy na złamanie karku do

Katowic, gdy zaczęły odzywać się telefony zwrotne.
Ma
ciejew
ski potwierdził moje przypuszczenia. W Pruszkowie dobrze pamiętali tego
człowieka. Kulesza zadzwonił po po
wrocie z Zakopanego.

-

Obserwujemy go. Nigdzie nie wychodził. Przy okazji nasi ludzie ucięli sobie
pogawędkę z sympatyczną parką z konkurencji.

O dzi
ewiątej wieczorem odezwał się Krygier.

-

Mam, co chciałeś. W Belgii, a zwłaszcza w Charleroi, sporo się wtedy działo, cała
belgijska policja została posta
wiona na nogi, zresztą nieważne... Zdarzył się tam jeden dziwny
przypadek, którego nie potrafili połą
czyć ze swoimi śledztwami. Ktoś uprowadził chłopaka.
Przetrzymywał go i głodził. Mały rzeczywiście grał w piłkę.

-

I

został uduszony.

-

Otóż nie! Uciekł oprawcy.

-

Uciekł?

-

Tak. Wydostał się z jakiejś piwnicy. Był w szoku. Poli
cjanci nic nie mogli z niego

wydobyć. Chłopak nie umiał wskazać miejsca, w którym był przetrzymywany. Ale w kół
ko
powtarzał jedno...

Przycisnąłem telefon mocniej do ucha, jakbym bał się, że umknie mi ważne słowo. Gdy
skończyliśmy rozmawiać, po
czułem, że jesteśmy już blisko zakoń
czenia sprawy. Wąsik
spojrzał w lusterko wsteczne, ale nie odezwał się.

Brakowało mi ostatniego elementu tej układanki. Czekała mnie jeszcze jedna rozmowa
z Marchwickim.

-

Sytuacja się nieco zmieniła
-

zacząłem.
-

Belgijski ślad okazał się właściwy.

Opowie
działem mu o rozmowie z Krygierem.

-

Moi ludzie są wolniejsi
-

warknął.
-

Co z tego wynika?

-

Z tego, że są wolniejsi?

-

Nie baw się w komika, Heinz.
-

Zabrzmiało to jak ostrze
żenie.
-

Już za pierwszym
razem przegiąłeś. Co wynika z belgijskiego śladu?

-

M
usi pan namierzyć doktora Olewnika.

-

A to znowu kto?
-

Zdziwił się Marchwicki.

-

Lekarz sportowy. Podobno z Warszawy. Proszę go prze
konać, że są wartości
cenniejsze od tajemnicy lekarskiej. Powiedzieć mu o zamordowanych chłopcach. Zresztą
sami wiecie lep
iej, jak przekonywać ludzi.

Nie skomentował ostatniego zdania.

-

Chcesz z nim porozmawiać, tak?

-

Koniecznie. O każdej porze dnia, a raczej już nocy. Ściągnijcie go z kochanki. Albo
wydobądźcie spod ziemi. Wszystko jedno.

Marchwicki westchnął. Najwyraźniej

miał mnie dosyć. Wąsik kolejny raz spojrzał w
lusterko i tym razem się uśmiechnął.

Była głęboka noc, gdy zakończyliśmy z Kuleszą oma
wiać wszystkie szczegóły.
Towarzyszył nam podkomisarz z sumiastym wąsem, który wymógł na mnie swój udział w
finale tej spr
awy. Przysługa za przysługę. Trudno było odmówić mu racji. Raz jeszcze punkt
po punkcie omawiali
śmy wszystkie poszlaki. Wykonaliśmy telefon do Darłowa.

Ułożyliśmy klocki tak, by stworzona konstrukcja się nie chwiała. Byliśmy jak trzej
przyjaciele z bo
iska. Prawie.

Zbliżał się świt, gdy zadzwoniłem do doktora Olewnika. Całą noc musiał czuwać przy
telefonie, bo odebrał niemal natychmiast. I raczej to ja byłem tym, który miał zaspany głos.

-

Bardzo przepraszam panie doktorze
-

zacząłem.
-

Pro
szę mi wierz
yć, kontaktuję się z
panem, bo nie mam wy
boru.

-

To raczej ja nie mam wyboru
-

odpowiedział szorstko.
-

Tak mi powiedział pański
sympatyczny kolega. Rozmawiam z panem tylko dlatego, że mamy sytuację wyższej
koniecz
ności, zgadza się?

Przytaknąłem.

-

Na poc
zątek, doktorze, proszę mi powiedzieć
-

spojrza
łem na leżącą przede mną
kartkę
-

co to jest rapamune?

Godzinę później odłożyłem długopis i odetchnąłem z ulgą. Wszystkie elementy
wskoczyły na swoje miejsce.


30

Dziewiętnastego maja punktualnie o dziesiątej
do naszego pokoju wszedł Robert
Kruczek. Rozejrzał się i bez słowa usiadł na krześle, które zwykle zajmował Kulesza.

-

Dzwoniłem do Darłowa. Nikt nie chciał mi nic powie
dzieć.
-

Popatrzył na mnie ze
złością.

-

Mamy powód, by zachowywać w tej sprawie pewną

wstrzemięźliwość
-

odpowiedziałem.
-

Prosiliśmy, by nie udzielano żadnych informacji.

-

Nawet najbliższemu przyjacielowi i wspólnikowi?

-

Nawet panu.

-

Dlaczego?
-

Kruczek rozparł się na krześle. Zdjął z czoła okulary przeciwsłoneczne i
zaczął się nimi

bawić.

-

Tu nie chodzi tylko o śmierć
-

powiedziałem znacznie

ciszej.

-

Słucham?
-

Kruczek przechylił głowę.

-

Tu nie chodzi tylko o jego śmierć
-

uściśliłem.
-

Mamy poważne podstawy, by
podejrzewać, że pański przyjaciel uprowadził chłopca, który uczestni
czył w akademii
piłkar
skiej w Zakopanem.

-

To... to niemożliwe. Jurek? Porwanie? Przecież to jakaś

pomyłka!

-

Zachowuje się pan bardzo szlachetnie, ale to niestety prawda. Podejrzewamy też, że
Stamm popełniał w przeszłoś
ci poważniejsze przestępstwa.

Poło
żył okulary na stole i pokręcił głową.

-

To... to wszystko jakiś absurd... Znam... znałem go od lat. Nigdy w to nie uwierzę.

-

Problem polega na tym, że Stamm nie żyje. Nie powinie
nem tego mówić, ale był pan
przecież jego przyjacielem. On się zabił. Jak J
acek Kos. Swoją drogą, dużo tych samobójstw
w waszym otoczeniu, nie sądzi pan? Teraz jednak najważ
niejszy jest chłopiec. Ten z Rabki.
Przeczesujemy rozmaite miejsca. Na razie bez skutku. Może zupełnie przypadkiem Stamm
powiedział panu coś, co mogłoby nam
pomóc. Pro
szę pomyśleć.

-

On był w Zakopanem, a ja...

-

Proszę się zastanowić
-

nalegałem.
-

Może chodzić o zupełnie nieznaczącą pana
zdaniem wypowiedź. Przy
padkiem powiedział coś o jakimś miejscu, wymienił nazwę
miejscowości albo ulicę...

Zacisnął usta
i zmrużył oczy. Podczas mistrzostw świata w intensywnym myśleniu
zdobyłby medal. Rozległo się pu
kanie do drzwi i do środka zajrzał mężczyzna z sumiastym
wąsem.

-

Przepraszam, panie komisarzu. Mamy coś nowego.

Wziął mnie pod ramię, odciągnął na bok i p
okazał kilka zdjęć.

-

Chodzi jeszcze o to, że pański ojciec...
-

Mężczyzna po
patrzył na mojego rozmówcę i
szepnął mi coś do ucha.

Pokiwałem głową jak ksiądz podczas spowiedzi i coś od
-
szepnąłem. Gdy drzwi się
zamknęły, spojrzałem na Kruczka.

-

Muszę pana
przeprosić
-

powiedziałem.
-

Mamy w tej sprawie coś nowego. I bardzo
liczę na pańską pomoc. Pro
szę, by był pan z nami w kontakcie. Gdyby...

-

Zrobię, co będę mógł
-

przerwał mi.
-

Chociaż wątpię, czy mogę okazać się pomocny.

Pięć minut później siedziałem
w samochodzie. Podążaliś
my za niebieskim subaru.

-

Obiekt kieruje się na południowy zachód
-

powiedział mój kierowca przez radio.

Śledzenie samochodu to robota, która mnie przerasta. Je
stem pewien, że nie potrafiłbym
się właściwie zachować. Teoria to teo
ria, ale w takich sytuacjach liczą się doświad
czenie i
przejechane kilometry. Nie można niczego spie
przyć. Dostałem najlepszego z możliwych
kierowców, który utrzymywał się w odpowiedniej odległości od śledzonego pojazdu.
Wiedziałem, że nie jedziemy sami.

Towarzyszyła nam ekipa Marchwickiego. W myślach
prosiłem tylko o to, by kierowca subaru nie dodał gazu i nam nie odskoczył. I żeby ci
napaleńcy z drugiego wozu nie byli nadgorliwi i nie zaczęli działać na własną rękę.

Wjechaliśmy do Ligoty. Podejrzewałem,

że jesteśmy bli
sko. Przed wojną Ligota była
wsią. Wprawdzie od dawna stanowiła już część Katowic, ale coś z dawnego klima
tu
pozostało. Wiele ze stojących tam domów należało do właścicieli, którzy mieszkali w
Niemczech. Mijaliśmy ogrodzenia z tablicami:

Do wynajęcia

. Byłem prawie pewien, że
właśnie przed takim budynkiem zatrzyma się subaru.

Nie pomyliłem się. Kierowca zgasił silnik, rozejrzał się i wszedł do środka. Na dwóch
sąsiednich posesjach wisia
ły znajome tabliczki. Nie było to miejsce na odlu
dziu, ale
opuszczone przez mieszkańców i dyskretne. Wybrał świet
ną lokalizację. Wiedział, jak to się
robi. Był zawodowcem, a to zapowiadało kłopoty.

-

Wchodzę do środka
-

powiedziałem przez radio.
-

Gdy
bym nie pojawił się za
piętnaście minut, wkraczajcie
.

Ci z drugiego samochodu nie protestowali. Nawet gdyby chcieli, to nie mogli. Nie na
darmo odbyłem z Marchwickim długą poranną rozmowę.

Podbiegłem do drzwi i wyjąłem glocka. Odbezpieczyłem broń. Nacisnąłem klamkę i
odetchnąłem z ulgą. Morderca czuł się na

tyle pewnie, że zostawił otwarte drzwi. Albo z
ja
kiegoś powodu się spieszył.

Wszedłem do przedpokoju i zacząłem nasłuchiwać. Zro
biłem kilka kroków,
zlustrowałem kuchnię i salon. Ze ściany popatrzyły na mnie martwe oczy jelenia. Spojrzałem
w pra
wo i dos
trzegłem we wnęce drzwi. Najciszej, jak tylko się dało, otworzyłem je.
Zszedłem po schodach do piwnicy. Mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności i dostrzegłem
ko
lejne wejście. W prawej ręce trzymałem pistolet przy głowie, a lewą położyłem na
lodowatej klam
ce. Nasłuchiwałem od
głosów, ale na próżno. W ten sposób nie zlokalizuję
morder
cy. Poczułem, że mam spieczone usta. Nagle usłyszałem ja
kiś trzask i cichy jęk.
Wpadłem do środka i zmrużyłem oczy porażony światłem jarzeniówki. Usłyszałem chichot, a
potem g
o zobaczyłem. Stał przy filarze i przytykał nóż do szyi chłopca. Mały krę
cił
rozpaczliwie głową, ale nie był w stanie krzyknąć. Usta miał zaklejone szarą taśmą, jakiej
używa się do oklejania paczek. Nóż także wydał mi się znajomy. Widziałem go w barze

Po
d
Siódemką

.

-

Proszę, proszę, komisarz Heinz we własnej osobie. Jo
seph, to chyba miłe, że syn
przyszedł cię odwiedzić?

Przy drugim filarze stał ojciec. Tułów i ręce miał przywią
zane do konstrukcji, a na
ustach szarą taśmę. Joseph szarp
nął ciałem ra
z i drugi. Po chwili bezsilnie jęknął.

-

Rzuć pistolet, Heinz
-

powiedział Robert Kruczek.
-

Chyba że chcesz zobaczyć, jak
podrzynam małemu gardło. Chcesz tego? Kręcą cię takie widoki?

Mogłem strzelić. Pewnie są twardziele, którzy zrobiliby to na moim miejs
cu. Nie
miałem jednak pewności, że trafię Kruczka, a nie chłopca. A już żadnej, że zabiję go tym
strza
łem. Powoli opuściłem rękę i rzuciłem broń pomiędzy nas.

-

Ten facet, który szeptał ci coś o ojcu, to była pod
pucha?
-

Kruczek roześmiał się.
-

Chciałeś

mnie sprowoko
wać, bym tu przyjechał? W sumie udało ci się. Ale i tak bym to
zrobił. Mam tu przecież coś do załatwienia.

-

Jak tam twoja nerka?
-

zapytałem.
-

I

noga? W porządku?

Przestał się śmiać. Chwycił chłopaka za włosy i podniósł

mu głowę do góry, od
słaniając
gardło.

-

Pewnie chcesz wiedzieć, jak na to wpadłem. Powinie
nem zacząć od początku, ale
zrobię inaczej. Jest rok 1996 i pracujesz jako skaut w belgijskim klubie. Porywasz chłopa
ka, a
ten ucieka. Masz mnóstwo szczęścia, bo chłopak jest w szoku.
Nie potrafi wskazać, gdzie był
przetrzymywany. Ale pamięta jedno. Zapach. Czuł odór, gdy zbliżałeś do nie
go twarz.
Fachowo nazywa się to
foetor ex ore
,
jeśli nic nie przekręciłem. Oddech mocznicowy
charakterystyczny przy niewydolności nerek. Długo rozmawi
ałem z twoim leka
rzem,
doktorem Olewnikiem. Swoją drogą, świetny z niego fachowiec. Z pewnością go pamiętasz...

Kruczek splunął na podłogę.

-

Złamane udo, zakażenie kości, infekcja, która tliła się przez kilka lat, a jako
powikłanie niewydolność nerek. Ni
e znam się na tym, ale w skrócie tak to wygląda. Zacząłeś
leczenie dializami, a następnie otrzymałeś przeszczep. To było w czasach, gdy zniknąłeś w
Azji. Może nawet nosisz w sobie nerkę żywego dawcy, jakiegoś biednego Hindusa?

-

Jesteś, Heinz, na złym k
ursie i złej ścieżce
-

warknął.

-

Musisz dwa razy dziennie przyjmować lekki przeciw
odrzutowe. I właśnie taki
specyfik miałeś ze sobą, gdy wi
dzieliśmy się w Silesia Center i nadaremno czekaliśmy na
Josepha, który już wtedy przebywał w tej piwniczce. Rapa
mune. Przypadkiem zapisałem tę
nazwę na kartce. Nazwa, to też wiem od O
l
ewnika, pochodzi od grzyba pleśniowego
wyizolowanego z próbek gleby z Wyspy Wielkanocnej.

-

Brawo
-

powiedział
-

zdumiewasz mnie. Wkuwałeś to chyba całą noc.

-

Od terapii możesz mieć t
eż nieznacznie upośledzony słuch
-

powiedziałem cicho.

-

Kurwa!
-

krzyknął i błyskawicznie znalazł się przy dru
gim filarze. Roześmiał się i
przytknął Josephowi nóż do oka.

-

A teraz powiem ci, skąd to się wzięło. Jest rok 1977. Do
brze zapowiadający się
o
brońca Robert Kruczek wyjeżdża na obóz piłkarski razem z dwiema gwiazdami, Jarosławem
i Jerzym Stammami. W ośrodku w nocy wybucha pożar. Skaczecie przez okno. Oni
wychodzą z tego cało. Ty fatal
nie łamiesz nogę. Wiele lat później złamałeś ją jeszcze raz w
tym samym miejscu.

-

Gówniarz zaprószył ogień... Mówiłem mu, by tam nie palił.
-

Kruczek patrzył to na
mnie, to na Josepha.

-

O

karierze piłkarza mogłeś zapomnieć. Postanowiłeś ukarać chłopaka. Podejrzewam,
że zabiłeś go, choć nie po
trafię tego dowieść. A

potem zamordowałeś wielu innych zdolnych
chłopców, którzy mieli to nieszczęście, że spotkali ciebie na swojej drodze. Mściłeś się za
roztrzaskane udo i roztrzaskane życie. Za to, że musiałeś zrezygnować ze świata piłkarskich
fantazji na rzecz szarego życi
a.

Wzbierała we mnie nienawiść.

-

Kręciłeś się w pobliżu Stamma. On był uwielbianą gwiazdą, ty byłeś jego
pomocnikiem, skazanym przez fatal
ną kontuzję na życie w cieniu. Domyślam się, jak
musiałeś się czuć. Panowałeś nad swoimi emocjami, ale gdy świat

wymykał ci się spod
kontroli, zabijałeś. W 1991 roku w So
snowcu, dwa lata później w Warszawie.

-

Nikt mi nie udowodni, że tam byłem...

-

Mylisz się. Jerzy Stamm żyje.

-

Kiepsko kłamiesz, Heinz. Twój ojciec robi to lepiej, gdy mami kontraktami piłkarzy.

-

On żyje. Ma połamane nogi i żebra, ale żyje. Byłeś ra
zem z nim na tych obozach w
Sosnowcu i Warszawie, wiem to na pewno. Rozmawiałem ze Stammem w szpitalu po
wypadku i to potwierdził. Swoją drogą, dlatego tak późno wróciłem z Darłowa. Ale gdy
zabijałeś w
Pruszkowie w 2008 roku, Stamm był pod Poznaniem. Więc nie on jest morder
cą.
Gdy ty byłeś w Charleroi, on grał we Francji. Mam nawet filmik na YouTube, jak strzela
wtedy bramkę.

-

Twój czas się kończy, Heinz
-

powiedział spokojnie.
-

Masz jeszcze jakieś mąd
rości w
zanadrzu?
-

Przycisnął ostrze do policzka ojca. Joseph jęknął, a po jego twarzy spłynęła
strużka krwi.
-

Cofnij się!

Za filarami walały się dziecięce zabawki. Wybebeszony pluszak i grzechotka. W kącie
stał rozklekotany wózek spa
cerowy. Niewielkie
okno przesłonięte było dyktą. Mój czas
rzeczywiście się kończył. Za chwilę mieli wkroczyć uzbro
jeni ludzie. Obawiałem się, że
więcej niż jedna osoba straci życie w tej piwnicy. Kruczek zginie, ale pociągnie kogoś za
sobą. Wybierze chłopca czy Josepha? A m
oże rzuci się na mnie?

Zrobiłem krok w tył.

-

W tym roku nagle do akcji wkroczył Grubas. Nie wiem, jak to się stało, ale zaczął
łączyć zabójstwa chłopców z twoją osobą. Rozmawiał z Kosem. Może podejrzewał go o
współ
udział. Tego nie wiem. Facet nie wytrzym
ał i rzucił się pod pociąg. Sprawą
zainteresował się Joseph i atmosfera zaczę
ta się zagęszczać... Przestraszyłeś się, że ktoś
dobierze się wreszcie do ciebie.

Rzuciłem okiem na leżący na ziemi pistolet.

-

Do tyłu, Heinz!
-

rozkazał. Wykonałem jeszcze j
eden krok.

-

Muszę ci powiedzieć, że wpadłeś na świetny pomysł.
-

Z uznaniem pokiwałem głową.
-

Postanowiłeś wykończyć swoich wspólników, zanim nabrali podejrzeń. A przy okazji
przejąłbyś cały interes. Chciałeś zrobić ze Stamma seryjne
go mordercę. Tak napr
awdę
nienawidzisz go i obwiniasz za swoje niepowodzenia...

-

Do tyłu! Nie słuchasz mnie!
-

Znów doskoczył do

chłopca.

-

A potem zagrałeś ostro. Zwabiłeś Grubasa, poddałeś tor
turom i zabiłeś go. Do piwnicy
na Powiślu podrzuciłeś drew
nianą skrzynkę. Do teg
o potrzebowałeś kluczy. Nawet gdy
by nie
zainteresowała nas kartka, to ludzka skóra musiała zrobić wrażenie. Jestem pewien, że
charakter pisma na kartce jest twój. Prowadziłeś mnie jak po sznurku. Uwięzi
łeś Josepha i
wysłałeś mi esemesa z jego telefonu. A

w ga
lerii handlowej, przy kawie, przypadkiem
opowiedziałeś mi o bracie Stamma...

Przełknąłem ślinę.

-

Popełniłeś jednak kilka błędów.

-

Ja nie popełniam błędów.

Dostrzegłem w jego oczach wzbierającą wściekłość.

-

Pamiętasz spotkanie w Zabrzu? Mówiłeś wte
dy o długo
terminowej prognozie pogody.
Co ona cię obchodziła, skoro miałeś siedzieć w Niemczech? Ale byłeś w Polsce. Postano
wiłeś
uprowadzić tego chłopca.
-

Wskazałem ręką.
-

To miał być koronny dowód na zbrodniczą
działalność Stamma. Po
dejrzewam, że ty
m razem zostawiłbyś przy zwłokach jakiś drobiazg
jednoznacznie wskazujący na twojego przyjaciela. Dałeś uciec tamtemu chłopcu w Belgii.
Pozwoliłeś, by ktoś zapamiętał skromnego, nierzucającego się w oczy mene
dżera z obozu
sportowego w Pruszkowie. Nie powi
edziałeś mi, że byłeś w Darłowie, gdy Jarosław Stamm
zginął w usy
pisku. Ale najpoważniejszym błędem było to, że kazałeś

Josephowi wykonać do
mnie telefon, który miał mnie uspo
koić. Kiepsko znasz piosenkę o trzech przyjaciołach z
bo
iska. On cię nam w
ystawił. Po prostu cię przechytrzył. Jak rasowy napastnik kiepskiego
obrońcę... Tyle o tym.

-

Nikt mnie nie przechytrzył!
-

ryknął.

-

Zróbcie to. Zanim znowu zabiję.
-

Ściszyłem głos.

-

Co? Co powiedziałeś?
-

Wykonał ruch głową do przodu.

-

Zróbcie to. Zan
im znowu zabiję
-

powtórzyłem.
-

Pamię
tasz swój list, Kruczek? Więc
zrobimy to. Tak jak chciałeś. Ten budynek jest otoczony. To koniec.

Kruczek zwrócił głowę w stronę okienka. Zwyczajny odruch w sytuacji zagrożenia. Ten
ułamek sekundy wy
starczył, by stra
cił kontrolę. Joseph szarpnął ciałem, a na
stępnie z całej
siły nadepnął butem na podbicie jego stopy. Chrupnęły kości i rozległ się wrzask.
Zanurkowałem i chwy
ciłem glocka. Nacisnąłem spust i przetoczyłem się po pod
łodze.
Wstałem, Kruczek także się podn
iósł. Nie patrzył ani na Josepha, ani na chłopca. Szalone
oczy wpatrywały się we mnie. Rękę, w której trzymał nóż, przycisnął do krwa
wiącego
ramienia.

-

Zróbcie to!
-

krzyknął.
-

No dalej!

Rzucił się na mnie z wyciągniętym nożem. Skręciłem cia
ło w prawą
stronę i
wykonałem unik.
Kawashi.
Tyle razy ćwiczyłem to z Kastoriadisem. Wstał i z dzikim
wrzaskiem rzucił się na mnie jeszcze raz. Ponownie nacisnąłem spust. Potoczył się w stronę
okna, uderzył twarzą w dziecięcy wó
zek i upadł. Przy prawym boku pojawiła

się plama krwi,
któ
ra powiększała się z każdą sekundą.

Joseph szarpał się przy filarze, a z oczu chłopca płynęły łzy.

Oparłem się o ścianę. Musiałem złapać oddech.

Do piwnicy wpadło troje uzbrojonych ludzi.

-

Nie ruszać się!
-

Usłyszałem kobiecy głos. Po
licjantka podeszła do leżącego ciała, a
potem szybko zbliżyła się do mnie.

-

Nic ci nie jest?
-

zapytała.

Nie odpowiedziałem. To był koniec. Chciałem, by wszy
scy dali mi spokój.


DOGRYWKA
-

DRUGA POŁOWA

31

Kolejne dni upływały na domykaniu śledztwa. Z Niem
iec otrzymaliśmy informację o
zabójstwach dwóch chłopców. Obaj trenowali piłkę nożną. Przynajmniej z jednym z tych
przypadków mógł być powiązany Robert Kruczek. Czeka
liśmy na wieści z Portugalii, ale
wiadomo, jak długo trzeba czekać na wiadomości z końca
świata. Na jednym ze zdjęć z Rabki
uchwycono mężczyznę podobnego do mordercy, jakkolwiek w tej sprawie także nie mieliśmy
pewności. Jerzy Stamm złożył zeznania i potwierdził, że Kruczek był z nim w Polsce, gdy
dokonywano zabójstw. Następnie wrócił do Niemi
ec, by kontynuować rehabilitację.
Obrażenia okazały się mniej groźne, niż na początku uważano.

Odwiedziłem Josepha w szpitalu. Gdy mnie ujrzał, pod
niósł się gwałtownie na łóżku i
równie szybko, z grymasem oznaczającym bezsilność i rezygnację, opadł.

-

Wci
ąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało.
-

Starał się, by jego głos brzmiał mocno,
ale widziałem, ile sił go to kosz
tuje.

-

To jego samochód widziano pod twoim domem, gdy ktoś się włamał?
-

Nie chciałem
męczyć go pytaniami, ale rozmowa sama tak się potocz
yła.

Przytaknął.

-

Tak. Najpewniej to był jego wóz. Nie subaru. Inny. Za
cząłem się zastanawiać, czy on
nie robi jakichś
przekrętów

za naszymi plecami. Futbol to dżungla i nie jesteśmy święci. Ale
coś mi w tym wszystkim nie grało. On by nas wykoń
czył,
prawda? Mnie i Stamma... I to
biedne dziecko...

Nie miałem wątpliwości, że właśnie tak by się stało. Tyle że Kruczek wpadł w nasze
ręce.

-

Ale nogę to masz.
-

Zmieniłem temat.
-

Zgniotłeś mu staw. Poszedł do grobu ze
zmiażdżoną nogą.

-

Musiałem coś zrobić.

To była ordynarna nakładka.
-

Uśmiechnął się słabo.
-

Za takie
zagranie wyleciałbym z bo
iska. Dostałbym czerwoną kartkę.

-

Ale to on ją dostał. I na szczęście nie wróci na boisko.

Ojciec zacisnął dłoń na moim przedramieniu. W pierw
szym odruchu chciałem c
ofnąć
rękę. Nie uczyniłem jednak nic.

Lekarz, który opiekował się Josephem, był znacznie star
szy ode mnie. Zapytałem go,
jak wyglądają rokowania.

-

Szybko dojdzie do siebie. Ma silny, wytrenowany orga
nizm. Mnie przeżyje na pewno,
a może i pana. Pamiętam
jeszcze, jak grał. Był naprawdę świetny.

Wina Kruczka nie budziła niczyich wątpliwości. W spra
wie pozostało jednak kilka
zagadek. Wciąż nie wiedzieliś
my, jaką rolę odegrał w całej historii Grubas. I co stało się z
dokumentami, które obciążały mordercę. J
eśli nie zostały zniszczone, Maciejewski wygrzebie
je spod ziemi. Zapowie
dział, że raz jeszcze, centymetr po centymetrze, przecze
sze mieszkanie
na Powiślu i zdewastowany dom w Sando
mierzu.


Pojechałem do Darłowa, odebrałem samochód i spędziłem kilka dni
nad morzem. Hotel

Apollo


omijałem szerokim łukiem. Nie zamierzałem rozdawać autografów. Woda w
Bał
tyku była zimna, ale tym razem mi to nie przeszkadzało. Nie obawiałem się nawet, że
przyjdzie do mnie mój przyjaciel

Raynaud i ból w stawach unieruchom
i mnie na jakiś czas.
Trwałem w odrętwieniu i było mi z tym dobrze. Zabrałem ze sobą jedną z powieści Lee
Childa, ale lektura szła mi średnio. Bohater jego książek z pewnością uznałby mnie za
mięczaka. Gdy trzeba było strzelać, robił to bez zmrużenia oka i

nie popadał potem w apatię.

Raz zebrałem się w sobie i zadzwoniłem do młodego. Dwóch poranionych mężczyzn
odbyło chropowatą roz
mowę.

-

Szkoda, że jak zwykle dowiaduję się o wszystkim ostat
ni
-

warknął, gdy
zakończyliśmy część pogawędki w ro
dzaju:

Co t
am u ciebie?

.

-

Nie było okazji pogadać
-

nieudolnie próbowałem się tłumaczyć.

-

Dziadek Józek znalazł okazję.

Dziadek Józek. Dobre sobie.

-

Powiedział mi, że gdyby nie on, obaj byście nie żyli.

Chciałem odpowiedzieć, że Joseph trochę przesadził. Ale

po c
hwili pomyślałem, że
może wcale nie tak bardzo minął się z prawdą. Miałem o wiele więcej do powiedzenia, ale nie
umiałem tego z siebie wydusić. Czułem, że w wypadku mło
dego jest podobnie. Nasze słowa
zawisły gdzieś w próżni, jakby zgubiły drogę do odbiorc
y.


Gdy wróciłem znad morza zagraliśmy koncert w Piekarach Śląskich, w pubie

U
Jacka

. Kończyliśmy smętnego mo
lowego bluesa, a mnie zdawało się, że zobaczyłem na sali
Trolla. Jego obecność była jedynie złudzeniem. Brakowało mi tego, by wkroczył tu dawny
h
erszt z watahą kiboli w sza
likach i z chustami na szyi, którzy postanowili wymierzyć mi
sprawiedliwość. Jakiś agresywny mężczyzna niewiele młodszy ode mnie domagał się bisu.
Chciał, byśmy zagrali
Hey Joe
.
Mam zamiar zastrzelić moją kobietę, przypomnia
łem

sobie
fragment tekstu. W innych okolicznościach nie stanowiłoby to dla mnie problemu. Na razie
miałem jednak

dość broni palnej. Zagraliśmy cover, w którym mowa jest o tym, że w życiu
piękne są tylko chwile. Pewnie to prawda. Chodzi jednak o to, jak roz
kładają się proporcje
między dob
rymi momentami i tymi naprawdę kiepskimi.

Stałem przy barze i czekałem na piwo, gdy poczułem, że ktoś kładzie mi rękę na
ramieniu. Ta dłoń nie należała do żadnej z moich fanek, o ile takie istnieją, to wiedziałem na
pewno.
Odwróciłem się. Przede mną sta
ł

Marchwicki. Niebieskie światło tworzyło niezwykłą
poświatę na łysej czaszce.

-

Niezła robota, komisarzu
-

powiedział.

Nie wiedziałem, czy ma na myśli koncert, czy sprawę Kruczka. Rozejrzałem się.

-

Widzę, że zgubił pan gdzieś

swoich aniołów zagłady w lustrzankach.
-

Zetknąłem
palce tak, że utworzyły dwa kółka, i przyłożyłem je do oczu.

Grubymi palcami dotknął czaszki, jakby sprawdzał, czy nie powstało w niej
niespodziewane wgłębienie.

-

Jestem tu prywatnie. A pańskie żarty byw
ają męczące.

-

Wyjaśnił pan swoją sprawę?
-

zapytałem.

Nie odpowiedział. Lustrował półki z alkoholem, ale nicze
go nie zamówił. Obok nas
rozległ się donośny śmiech. Usły
szałem cichy wystrzał i drgnąłem. Odwróciłem się. Chłopak
odkorkował szampana i po chw
ili zaintonował
Sto
lat
.
Kolej
ne głosy dołączały do niego.

Marchwicki nachylił się nade mną.

-

To nie jest jego skóra
-

powiedział.
-

Badania to wy
kluczyły.

A zatem jest to zagadka, której pewnie nigdy już nie roz
wiążemy. Tę tajemnicę
morderca zabrał ze

sobą do grobu. Podobnie jak kilka innych.


-

Pytał mnie pan, dlaczego zajmuję się tamtą historią. To nie był mój syn ani brat. To
był brat pewnej kobiety... Znów mó
wię panu więcej, niż powinienem.

Zamilkł.

-

Naprawdę dobra robota
-

powtórzył. Zrozumiałe
m, że nie mówi o koncercie. W sumie
poczu
łem ukłucie żalu.

Marchwicki odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. Od
prowadziłem go wzrokiem i
zauważyłem, że się lekko garbi. Mimo to kilku dwudziestolatków, którzy stali mu na drodze,
rozsunęło się na boki.

-

Kto to był?
-

zapytał basista, gdy wróciłem do stolika.

-

Cień
-

odpowiedziałem.
-

Cień człowieka.

Nie sądzę, by ktoś z siedzących przy stoliku mnie zro
zumiał. Wiedziałem, że
mężczyzna o wygolonej głowie nie ustanie w tropieniu zabójcy. Ta sprawa nadaje

sens jego
ży
ciu. Niewykluczone, że nada sens także jego śmierci.


Kulesza przeglądał papiery, którymi tak interesował się B
-
16. Były to akta
niewyjaśnionych zabójstw. Sam przerzuci
łem kilka teczek i uświadomiłem sobie, że nie chcę
do nich wracać. Postano
wiłem zostawić to aspirantowi.


Dwa tygodnie po koncercie, 11 czerwca, gdy upał zaczął dawać się we znaki, snując się
korytarzem, spotkałem Grzy
wę. Pozdrowiliśmy się bez słów.

-

Zaczekaj, Hipis.
-

Usłyszałem za swoimi plecami.

Odwróciłem się. Grzywa miał n
iewyraźną minę. Słysza
łem, że jego notowania po akcji
w klinice spadły, ale miałem wrażenie, że chodziło o coś innego. Czekałem bez słowa.

-

Miałem przekazać ci wiadomość. Kompletnie zapomnia
łem w natłoku spraw.

Ciekawe jakich.

-

Dzwoniła do ciebie pani
Justyna Kobro. Wiesz, wdowa po B
-
16. Prosiła, by ci coś
przekazać. Chodzi o jakiś punkt. Zajrzyj do mnie do pokoju, mam to zapisane.

Pół godziny później dzwoniłem do Kuleszy. Wysłuchał w milczeniu tego,

czego się już
dowiedziałem. Zaczął

267zadawać pytania

dopiero wtedy, gdy przedstawiłem mu swój plan.


32

Kampania prezydencka wkroczyła w ostatnią fazę. Za kilka dni mieliśmy poznać nową
głowę państwa. Trwała między
narodowa awantura o wydanie Niemcom agenta izraelskie
go
wywiadu. Może pójdę zagłosować, może
nie. Do nie
dzieli było mnóstwo czasu. W tej chwili
pochłonięty byłem zupełnie czymś innym. Najpiękniejszy moment w
Si
n
ce I've Been Lo
v
ing
You

to początek piątej minuty, gdy Jimmy Page kończy gitarową solówkę. Następuje kilka
spokojniejszych taktów i kolej
ne muzyczne uderzenie, w którym John Paul Jones grający na
organach z pedałem basowym staje się mistrzem pierwszego planu. Chodzi o kanoniczną
wersję studyjną, która znajduje się na trzeciej płycie Led Zeppe
lin i trwa siedem i pół minuty.
Niemal osiem min
ut blueso
wego trzęsienia ziemi. Według mnie to najlepszy utwór, jaki
kiedykolwiek stworzono, ważny także z osobistych powodów. Przypadek sprawił, że
poznałem moją przyszłą żonę w klubie, gdy rozbrzmiewała koncertowa wersja. Od wielu lat,
gdy jeżdżę w okol
ice Bogusławie złożyć kwia
ty pod krzyżem przy drodze, mam płytę z tym
utworem ze sobą.

Tym razem nie było inaczej. Jak każdego miesiąca zmie
rzałem w tamtą stronę.
Wielokrotnie w takich chwilach myś
lałem o naszym pierwszym spotkaniu. Ale tym razem
moją u
wagę zaprzątała odbyta rozmowa z Kuleszą. Raz jeszcze wałkowałem w myślach
wszelkie warianty, punkt po punk
cie, detal po detalu.

Był ciepły, ale nie upalny dzień. Dochodziła piąta po po
łudniu, gdy zbliżałem się do
celu. Opuściłem szybę w sa
mochodzie

i chłonąłem zapach lasu. Przyjeżdżałem tam prawie od
dwudziestu lat. Niekiedy padał deszcz, czasa
mi powietrze stało w miejscu i nie było czym
oddychać. Nauczyłem się, że w zimie, gdy jest minus dwadzieścia stopni, lepiej nie wyłączać
silnika. Wprawdzie r
uch samo
chodów był tam duży, ale szans
e
, że ktoś zatrzyma się przy
niebezpiecznym łuku drogi, były równie duże jak prawdo
podobieństwo, że dostanę Oscara.

Przez kilka pierwszych lat postawiony przeze mnie krzyż ozdobiony prostą tabliczką
stał na poboczu,
kilkanaście me
trów od miejsca, w którym zdarzył się wypadek. Wreszcie
uznałem, że należy go przenieść kawałek dalej, w spokoj
niejsze miejsce. Ryk tirów często
sprawiał, że nie słyszałem własnych myśli. Od głównej drogi odchodziła w stronę lasu
przecinka
i tam ostatecznie postawiłem krzyż, w miejscu odciętym od wścibskich spojrzeń.
Nigdy nikogo ze sobą nie zabierałem. Nie przywiozłem tam nawet syna, gdyż uzna
łem, że
przywoływanie tragedii nie jest mu do niczego po
trzebne. Chciałem, by był normalnym
chłop
akiem, by nie musiał dorastać w atmosferze rodzinnej straty i żałoby. Pra
gnąłem, by nie
dosięgną
ł

go ten cień. Nie pokazałem tego miejsca także Kastoriadisowi. Nigdy zresztą się o
to nie do
pominał. Te przyjazdy były moim prywatnym rytuałem.

Dojechałem do

miejsca, gdzie droga przecięta jest kilkoma ostrzegawczymi
poprzecznymi liniami. Skręciłem w boczną dróżkę. Zatrzymałem samochód i wyłączyłem
płytę. Otwo
rzyłem bagażnik, wyjąłem kwiaty oraz butelkę wody, przy
mknąłem klapę i
zbliżyłem się do krzyża. Tabl
iczka leżała na ziemi. Zastanawiałem się, jak to się stało, że
odpadła. Przecież niedawno, w lutym albo w marcu, ją montowałem. Ktoś tu musiał być,
pomyślałem. Czyżbyśmy nie pomylili się z Kuleszą? Schyliłem się, aby podnieść tabliczkę, i
wte
dy to się sta
ło.

Cios w tył głowy odebrał mi na chwilę świadomość. Zrobi
ło mi się ciemno przed
oczami, a nogi ugięły się pode mną. Drugie uderzenie otrzymałem w plecy. Ból rozchodził się
po całym moim ciele. Musiałem zostać trafiony kijem albo łopatą. Zaryłem twarz
ą w ziemię.
Poczułem jej wilgoć. Moje ręce powędrowały na plecy i ktoś sprawnie skrępował mi je taśmą.
To samo uczynił z nogami. Powlókł mnie, sapiąc, kilka metrów dalej. Szarpnął mnie za
włosy, jakby przygo
towywał się do zdjęcia skalpu. Wciąż leżałem na
brzuchu. Oprawca
chwycił mnie za nogi oraz ręce i
poturlał

jak kulę bilardową. Zrobiłem kilka obrotów wokół
własnej osi i nagle straciłem grunt. Wylądowałem w dole. Usłyszałem trzask plastikowej
butelki i zimna woda przywróciła mi świado
mość. Spojrzałem w

górę.

Zmienił się, ale jego twarz rozpoznałbym o każdej po
rze i w każdych warunkach.
Stalowe, zimne oczy otoczo
ne siateczką drobnych zmarszczek. Zapuścił wąsy i brodę. Na
czoło opadała mu grzywka pofarbowanych na czarno włosów.

Nade mną stał Urbaniak. W
e własnej osobie i do usług.

-

No

to,

Heinz,

wreszcie

możemy

porozmawiać.

-

Uśmiechnął się.
-

Nasze ostatnie
spotkania nie należały do udanych. Z góry przepraszam
-

rozłożył ręce
-

za mało komfortowe
warunki.

Był w dżinsach i sportowych butach. Stopę opiera
ł na ło
pacie, a obie ręce na trzonku.
Flanelowa kraciasta koszula powiewała na wietrze. Ideał polskiego farmera.

-

Nie radzę ci krzyczeć
-

powiedział i wskazał na łopatę.
-

Przez lata spędzone w
szpitalu nasłuchałem się wrzasków. Sam rozumiesz, że mogę mie
ć uraz.

Zwrócił oczy ku niebu, jakby stamtąd spodziewał się po
cieszenia. A może liczył na to,
że ktoś szczególny go wysłu
cha. Wszystkie spojrzenia musiały być zwrócone na niego. Tak to
już jest z ludźmi, którzy kochają samych siebie i uwa
żają się za mis
trzów ceremonii.

Ugiąłem nogi w kolanach, a plecami zaparłem się o ścian
kę wykopu. Powoli piąłem się
ku górze, a ziemia zasypy
wała mi oczy i wpadała do uszu. Wreszcie zdołałem wstać.
Zakręciło mi się w głowie i poczułem wzbierające mdłości. Opanowałe
m jakoś ten odruch i
spojrzałem na Inkwizytora. Z dołu wystawała mi tylko głowa.

-

Napracowałeś się, Urbaniak.
-

Wyplułem ziemię z ust.
-

Moje gratulacje.

Kiwał głową jak dobry wujek na rodzinnym przyjęciu.

-

Dziękuję, że to doceniłeś. Trochę czasu mi zajęł
o, zanim znalazłem ten krzyż. I nie
wiedziałem kiedy przyjedziesz. W ogóle trochę bałem się, że coś ci wypadnie. Tylu
morder
ców chodzi po świecie... Ale zjawiłeś się w samą porę.

-

Jak takiemu pojebowi jak ty udało się przetrwać na wol
ności? Minęło półto
ra
miesiąca, odkąd uciekłeś...

Lekko kołysał się na boki. Rytmiczny ruch przypominał wahadło zegara. Wpatrywał się
we mnie, ale nie wiem, czy mnie widział.

-

Najważniejszy jest początek...
-

odpowiedział wreszcie.
-

Trzeba zdobyć środki do
życia. A potem mo
żna już chodzić po świecie.

Przestał się kołysać, wbił łopatę w ziemię i od niechce
nia sypnął nią w moją stronę.
Zachowywał się jak grabarz podczas pogrzebu. Poczułem wilgotne grudki na czole i
po
wiekach.

-

Przede wszystkim
-

spojrzał na mnie
-

ty jeszcz
e cho
dzisz po świecie... A przecież
jesteś mordercą. Jesteśmy
-

podrapał się w policzek
-

tak to ujmę, braćmi krwi.

Milczałem. Jeśli myślał, że mnie sprowokuje, mylił się. Nie tym razem.

-

Zabiłeś swoją żonę, Heinz. Jestem pewien, że to ty wte
dy prowadził
eś samochód. No,
przypomnij sobie, jak to było, nie zasłaniaj się amnezją.

Szarpnąłem rękami i zacisnąłem zęby. Milcz, Heinz. Ani słowa.

Ukucnął nad krawędzią dołu.

-

Przyznaj, przecież po to tu właśnie przyjeżdżasz. Po to, by przypomnieć sobie tamten
d
zień. A gdy już to się stanie i wróci ci pamięć...
-

Zawiesił dramatycznie głos.
-

Jak bę
dziesz
z tym żył, Heinz? No jak?

-

Odpierdol się
-

warknąłem.
-

Powiedz lepiej, co słychać na cmentarzu? Jesteś tam
częstym gościem. Właściwy czło
wiek na właściwym m
iejscu.

Nie wydawał się zaskoczony pytaniem.

-

Rozumiem, że zmieniasz temat, który jest dla ciebie niewygodny. Jak chcesz...
Powiem ci, że nie jesteś tak by
stry, jak ci się wydaje. Są bystrzejsi od ciebie. Na przykład
twój kolega. Przyłaził do mnie i pode
jrzewał mnie o bardzo brzydkie rzeczy, wyobrażasz
sobie? Tak mówiąc między nami
-

ściszył głos
-

miał rację. Dowiedziałem się, że nie żyje.
Świeć, Panie, nad jego duszą.
-

Uniósł głowę.

Odszedł kawałek. Usłyszałem dźwięk sprzączki. Inkwizy
tor otworzył ple
cak i wyjął z
niego paczkę chesterfieldów.

-

Wiesz, gdzie chowa się występnych ludzi? Przy cmen
tarnym murze. Mówię ci to na
wszelki wypadek, gdybyś nie wiedział.

Westchnął.

-

Musimy kończyć. Mi
ł
o się rozmawia, ale mam jeszcze trochę pracy. Przyniosłem dla

ciebie chesterfieldy. Podob
no to twoje ulubione papierosy. Jeśli chcesz, dam ci jedne
go.
Potraktuj to jako ostatnią przysługę.

Znów sięgnął do plecaka.

-

A to
-

uniósł plastikowy kanister, jaki można kupić na każdej stacji benzynowej
-

będzie ostatnie n
amaszczenie. Tyle że nie świętymi olejami, ale benzyną.

Mokry od potu T
-
shirt przykleił mi się do pleców.

Usłyszałem ciche chrząknięcie. To nie był głos Urbaniaka. Należał do kogoś innego.
Inkwizytor drgnął, lecz nie odwró
cił głowy. Patrzył na mnie i pier
wszy raz zobaczyłem w
jego oczach niedowierzanie.

-

Teraz przekonamy się
-

mruknąłem
-

kto jest błaznem, a kto łotrzykiem.

Nie sądzę, by zrozumiał. Za jego plecami stał Kulesza z wy
celowanym w niego
pistoletem. Urbaniak odłożył kanister i położył dłon
ie na łopacie. Widziałem, co się święci.
Krzyk
nąłem, a w tej samej chwili Inkwizytor odwrócił się gwał
townie i sypnął ziemią w
twarz aspiranta.

Padł strzał. Kulesza chybił. Urbaniak biegł w stronę drogi. Kulesza spojrzał na mnie,
jakby wahał się, co ma r
obić.

-

Strzelaj!
-

krzyknąłem w tym samym momencie, w któ
rym ponownie nacisnął na
spust. Inkwizytor rozłożył ręce i wspiął się na palce. Wyglądał tak, jakby wznosił się do
nie
ba. Trwał tak sekundę i upadł. Kulesza podbiegł do niego i odwrócił ciało. Spo
jrzał w
moją stronę. Wiedziałem, co to oznacza.


Nie mam pojęcia, gdzie go pochowano. Nie interesuje mnie to. Mam nadzieję, że
Urbaniaka opłakiwała siostra i nikt więcej. Wyrzutków chowa się przy murze. Zaczęliśmy
szu
kać w ziemi na cmentarzu tego, co mogło

być krwawym testamentem Inkwizytora. Na
razie kopiemy bez skutku, ale niewykluczone, że prędzej czy później znajdziemy kości
innych jego ofiar. B
-
16 mógł mieć przecież rację. Urbaniak dowiedział się o jego śmierci i
spanikował. Ktoś mógłby za
cząć przeglą
dać, jakimi sprawami zajmował się policjant, i
dokopać się do tego samego. Połączy Inkwizytora z kolej
nymi zabójstwami sprzed lat. Znów
wokół niego zrobiłoby się zamieszanie. Zdecydował więc, że musi zacząć działać. W sprawie
śmierci Kobry nastąpił przeło
m. Wyszło na jaw, że jego żona od lat była związana z pewnym
mężczyzną. Między nim i B
-
16 mogło dojść do kłótni. Resztę już wiedzie
liśmy. Przynajmniej
takiej wersji trzymał się Grzywa, który przejął śledztwo i zamierzał doprowadzić je do końca.

Kulesza st
anął przed komisją, która uznała, że nie naru
szył procedur. Ja także musiałem
złożyć wyjaśnienia. Skąd

wiedziałem, że Inkwizytor zjawi się właśnie w tym miejscu? Nie
wpadłbym na to bez żony B
-
16. W rozmowach, które toczył jej mąż z Urbaniakiem, nie
cho
dziło o żadną grę na punkty ani o słaby punkt. Tematem był czarny punkt, szcze
gólnie
niebezpieczne miejsce, w którym stawia się znak ostrzegawczy. Tak jak to przy
Bogusłowicach. Morderca uznał, że dopadnie mnie tam, na uboczu. Poza tym przypo
mniałem
sobi
e zamordowanego pielęgniarza z Sosnowca. Urbaniak lubił efektowne zakończenia.
Dobrze przygotował się zresztą do zadania. W torbie znaleźliśmy mapę i szkic te
renu. Trzy
zapalniczki i dwie paczki zapałek. Tak na wszelki wypadek. Przy jednym z drzew stał ro
wer,
którym pokonał ostatnie kilometry w swoim nędznym życiu. Tylko raz rozmawiałem z
Kuleszą o tej sprawie.

-

Mam nadzieję, że nie masz pretensji o to, że tak późno wkroczyłem
-

powiedział.

Sam tego chciałem. Tak się umawialiśmy. Kulesza miał in
terweniow
ać dopiero w
ostateczności. A przede wszystkim miał dać się wygadać Inkwizytorowi. Mordercy w takich
sy
tuacjach czują się bardzo pewni siebie i uwielbiają mówić.

-

Te ostatnie kilometry, gdy siedziałem w bagażniku, to była dziwna sprawa
-

dodał
Kulesza.
-

Nie chciałbym tego powtarzać.

Poza tym zawarliśmy niepisaną umowę, że nie będziemy wracali do Urbaniaka. Obaj
mieliśmy swoje powody. Kule
sza zastrzelił człowieka. Ja nie chciałem, by krążył we mnie jad
jego pytań. Dwa dni po śmierci Inkwizytora otrzymałe
m esemesa:

Gratulacje. Opijemy po
moim powrocie

.
Sensei
Kastoriadis trzymał rękę na pulsie.

Nasze biurka zawalone były aktami. Porządkowaliśmy papiery, gdy odezwała się
komórka Kuleszy. Rozpoznałem fragment piosenki Rolling Stonesów.
Sympathy for the
De
v
il
.
Klasyk z dobrego okresu, gdy chłopaki nie woziły za sobą szpitala i nie przetaczały
sobie krwi. Jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi na ten dzwonek.

-

Nie wiedziałem, że lubisz taką muzykę.
-

Wskazałem le
żący na biurku telefon, gdy
skończył r
ozmowę.

-

Tu nie chodzi o Stonesów
-

machnął ręką
-

ale o Man
chester.

Nie zrozumiałem.

-

Manchester United to Czerwone Diabły. Tak ich nazywa
ją.
-

Kulesza ożywił się.
-

Pamiętasz, pytałeś mnie kiedyś o piłkę.
O

to, w którym roku przyznano nam mistrzostwa
.

-

I?

-

Chciałem ci wtedy pokazać tapetę w moim telefonie.
-

Sięgnął po komórkę.
-

Wiesz,
kto to jest?

Patrzył na mnie jakiś owłosiony zwierz.

-

To jest Fred the Red. Maskotka zespołu.

-

Kolejny fan Manchesteru
-

mruknąłem pod nosem. Wziąłem papiery pod pac
hę i
poszedłem do archiwum. Wróciłem do domu i włączyłem Rolling Stonesów. Nie

mogłem
jednak usiedzieć w miejscu. Coś nie dawało mi spokoju. W pewnym momencie sięgnąłem po
pilota i wy
łączyłem płytę. Jasne. Jak mogłem to przeoczyć!

Zadzwoniłem do Maciejews
kiego. Dawno się nie słysze
liśmy.

-

Jedź na Powiśle
-

powiedziałem.
-

Ale nie do mieszka
nia Grubasa, tylko do jego
sąsiadki. Pamiętasz, jak nazywał się jego pies?

-

Skąd mam to wiedzieć?

-

Nazywał się Fred. Jak Fred the Red. Maskotka Manche
steru United.

Może staruszka
nie oddała go po śmierci dzien
nikarza. Sprawdź obrożę. I kojec, jeśli pies miał coś takiego.


Mieliśmy szczęście. W kojcu znaleźliśmy pendrive'a. Były na nim zapisane zdjęcia i
fotokopie dokumentów. Grubas rzeczywiście trafił na bombę. Mate
riały dotyczyły
nielegal
nego handlu młodymi piłkarzami z Afryki oraz Azji. Stamm, twarz naszych
mistrzostw, i Kruczek byli w ten proceder zamieszani.

-

Nie pytasz o to, więc sam ci powiem.
-

Maciejewski za
czął temat podczas jednej z
kolejnych naszych
rozmów.
-

Nazwisko twojego ojca się tam nie pojawia. Według mnie jest
czysty.

Dobre chociaż to.

-

A zmieniając temat
-

ciągnął
-

ta sąsiadka Grubasa po
wiedziała mi pyszną historię.
Był taki piłkarz Manchesteru, który o innym powiedział, że ma IQ niższe od
numeru na
koszulce. A tamten na to:

A co to jest IQ?

.

Obaj się roześmialiśmy. Dobry tekst. Muszę zapamiętać.

Dużo myślałem o tej sprawie, która rozpoczęła się od spo
tkania z Josephem na
cmentarzu. Grubas odkrył poważną aferę, a przy okazji natrafił na c
oś jeszcze. Zaczął
kojarzyć fakty. Zapewne uważał tak jak ja, że Stamm jest mordercą, a z Jacka Kosa uczynił
swojego pomocnika. Tymczasem prawdziwy zabójca był poza podejrzeniami. Dlatego
dzien
nikarz tak łatwo wpadł w zastawioną pułapkę. Jakie były jego i
ntencje? Co chciał zrobić
ze zdobytym materiałem? Pewnie chciał go sprzedać temu, kto da więcej. Nie było w tym
żadnego romantyzmu. Tylko biznes.

Od czasu gdy odwiedziłem ojca w szpitalu, słyszeliśmy się tylko raz. Rozmowa nie
bardzo się nam kleiła. Czyli
wszyst
ko było w normie. Zapowiadał, że nieprędko przyjedzie.
Pewnie za kolejnych czterdzieści lat. To też nic nowego.

Zastanawiałem się, dlaczego w ogóle zająłem się tą spra
wą i przez dłuższą chwilę
bawiłem się w samotnego detek
tywa w prochowcu. Chyba j
akoś tak nazwała mnie mała
Pocahontas. Być może nie ruszyłbym tego, gdyby nie list od matki, który Joseph przysłał
wraz ze swoim. Czy wypeł
niłem jej ostatnią wolę? Tego nie wiem. Niewykluczone, że na tym
polega wskrzeszanie umarłych. Na krótką chwilę przy
wracamy ich naszymi gestami do życia.
Może właśnie dlatego nie jestem jeszcze na emeryturze. Łapanie morder
ców nikogo nie może
wskrzesić, ale chociaż na moment wy
równuje szale na wadze.

Zadzwonił do mnie młody. Nie spodziewałem się jego te
lefonu, al
e nie dałem znać po
sobie, że się cieszę. W wa
kacje chciał przyjechać na tydzień do Katowic i odwiedzić starych
znajomych. Tak powiedział. Ciekawe, ile upłynie czasu, zanim się pokłócimy. Nigdy nie
zrozumiem tej re
zerwy i niechęci, którą młody czuje do m
nie. Potrafiłem zrozumieć motywy
działania różnej maści psychopatów, a nie rozumiałem własnego syna. Z kolei ja
zadzwoniłem do gotyckiej Jolki. Nie czuła się najlepiej. Powiedziała, bym następnym razem,
gdy się umówimy, lepiej się ubrał, bo sto
lica to sto
lica. Wspomniała też, że ma kilka nowych
okazów złowionych na Okęciu.

Kupiłem kilka piw raciborskich, zapakowałem je w karton i wysłałem pewnemu
radnemu z Sandomierza. Na pewno znajdzie chętnych do towarzystwa.

Któregoś wieczoru słuchałem bluesów z Delty.
Tego dnia stałem się lżejszy prawie o
kilogram. Oddałem glocka do zbrojowni. Potem postanowiłem uzupełnić płyny. Po dru
gim
piwie coś we mnie pękło. A może muzyka to sprawiła. Znów wracałem do świata duchów.
Odszukałem numer do Alicji Solskiej. Przyciszyłe
m wzmacniacz. Długo ważyłem telefon w
dłoni. Nie wiedziałem, co chcę jej powiedzieć, ale tym razem sama wybawiła mnie z kłopotu.
Usłyszałem wia
domość nagraną przez małą Pocahontas, w której poinfor
mowała mnie, że
przebywa na dwutygodniowym urlopie. Wzrus
zyłem ramionami. Podszedłem do lodówki.
Ten, któ
ry przegrał zakład, stawiał piwo temu, który wygrał. Pociąg
nąłem kilka konkretnych
łyków.

Spojrzałem na telefon.

Nie teraz, to innym razem. Mam czas.



Od autora

O

związkach między powieścią kryminalną i futb
olem moż
na by rozprawiać godzinami.
Zarówno kryminał, jak i pił
ka nożna są poniekąd wytworami XIX
-
wiecznej urbanizacji

i

industrializacji. Nie jest też przypadkiem, że klasyczna po
wieść detektywistyczna oraz mecze
piłkarskie przywodzą na myśl Anglię, gd
zie procesy rozwoju miast dokonywały się w
modelowej wręcz postaci. I kryminał, i zmagania fut
bolowe mają strukturę zamkniętą: w obu
wypadkach
finis coronat opus
.
I wreszcie tak powieść kryminalna, jak i fut
bol należą do
zjawisk z obszaru kultury fanowsk
iej. Z nie
zrozumiałych (do końca) powodów ludzie trawią
tak cenny dziś czas na czynnościach zupełnie nieproduktywnych: przewracają kartki książki,
by dowiedzieć się, kto zabił, i z wielkim zainteresowaniem śledzą rywalizację Realu Mad
ryt z
Barceloną. Nie
kiedy obie pasje udaje się połączyć, jak stało się w wypadku Manuela
Vazqueza Montalbana i jego znakomitego kryminału
Środkowy napastnik zginie o zmierz
chu
.
Sam także nie jestem wolny od piłkarskich fascynacji:
Zanim znowu zabiję

do tychże w jakiś
sposób
nawiązuje.

Lubię
-

to dalszy ciąg fanowskich zwierzeń
-

czytać krymi
nały napisane w pierwszej
osobie, gdy uwaga nieustannie koncentruje się wokół bohatera, gdy nie tracimy go ani na
chwilę z pola widzenia, a świat chłoniemy jego zmysłami.

Być może jest

tak, że bohater, z
którym czujemy mocną więź, rozwiązuje sprawy niejako w naszym imieniu. Ten szcze
gólny
typ uczestnictwa
per procura

jest charakterystyczny także dla współczesnych doświadczeń
sportowych, gdy kibicujemy tym, którzy zmagają się w naszym z
astępstwie. Mógłbym zatem
wymienić wiele powodów, które sprawiły, że
Zanim znowu zabiję

jest opowieścią w
pierwszej osobie; pośród nich kwestie czytelniczego uczestniczenia w opi
sywanych
zdarzeniach i owej więzi ze światem, pełniejsze w wypadku tak prowad
zonej narracji, wydały
mi się szcze
gólnie ważne. Ponieważ pisałem powieść, nie zaś kronikę historyczną,
pozwoliłem sobie na pewną kompresję czasu (przesunąłem zatem o dobrych kilkanaście dni
kulminacyj
ną falę powodziową w Sandomierzu;

Kubę Rozpruwacza z

Lizbony


schwytano
później, niż dzieje się akcja powieści, prawdą jest natomiast, że zdradził go pisany przezeń
pamięt
nik). Z podobną swobodą potraktowałem kilka szczegółów topograficznych, starając
się pamiętać o zasadzie prawdopo
dobieństwa przedstawia
nych zdarzeń
-

zasadzie, która jest,
jak sądzę, jednym z fundamentów powieści kryminalnej.


I wreszcie nadszedł czas na najprzyjemniejszą część tej noty. Książka ta nie powstałaby
bez pomocy wielu osób. Szczególne podziękowania niechaj przyjmą doktor Jakub
Trnka
-

znakomity medyk sądowy z Wrocławia
-

oraz dok
tor Robert Krawczyk
-

równie świetny
nefrolog z Ostrowa Wielkopolskiego. Obaj służyli doświadczeniem i radami, z cierpliwością
oraz
-

co szczególnie godne podkreślenia
-

wyczuciem literackim, podsuwając
mi rozmaite
rozwiąza
nia fabularne. Najszczersze podziękowania należą się Wie
sławowi Sikorskiemu
-

człowiekowi niepospolitych talen
tów, posiadającemu dar opowiadania zajmujących historii.
Bez jego opowieści Heinz i Kastoriadis nie trafiliby nocą do pewne
go wulkanizatora... O
spożywaniu orzeszków z baru opowiedział mi z kolei
sensei
Włodzimierz Kwieciński,

twórca
potęgi polskiego karate tradycyjnego. Niezawodną pomocą dotyczącą spraw Śląska służyła
mi doktor Elżbieta Anna Sekuła
-

socjolożka i kulturoz
nawczyni z Warszawy. Marek
Krajewski znalazł czas, by przeczytać
Zanim znowu zabiję

między studiowani
em pism
Tarskiego i Wittgenstei
na, a z jego analitycznych uwag skwapliwie skorzystałem. Nazwa
zespołu Rudolfa Heinza to ukłon w kierunku pew
nej powieści
Lee Childa. Opowieść o dwóch
buddyjskich mnichach przytaczam za książką Johna Stevensa
Trzej mi
strzowie budo
.
Szczególne podziękowania kieruję w stronę redaktorów tej książki: Anny Kubiak oraz Filipa
Modrzejew
skiego. Ich czujność pozwoliła uniknąć wielu
błędów, roz
mowy z Filipem zaś
inspirowały do rozważań nad ważkimi kwestiami (tak to się zwykle ujmuje) warsztatu
pisarskiego.

By zacytować klasyka, kłopoty to moja specjalność. Za wszel
kie błędy odpowiada więc
autor, mając nadzieję, że czytel
nicy nie po
każą mu czerwonej kartki.

Mariusz Czubaj


Spis rzeczy

Prolog

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

DOGRYWKA
-

PIERWSZA POŁOWA

DOGRYWKA
-

DRUGA POŁOWA

Od autora


Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Anna Kubiak

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, J
oanna Habiera Redakcja techniczna: Izabela Gołaszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Grabowski

Logo serii: Marek Goebel Zdjęcia wykorzystane na pierwszej stronie okładki:

© Jacek Adam Modrzejewski Fotografia autora: © Aleksandra Litorowicz

Skła
d i łamanie: Tekst
-

Małgorzata Krzywicka

Piaseczno, Żółkiewskiego 7A Druk i oprawa: ABEDIK S.A., Poznań

Wydawnictwo W.A.B.

02
-
386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

[email protected]

wab.com.pl

ISBN 978
-
83
-
774
7
-
649
-
9


Приложенные файлы

  • pdf 18260760
    Размер файла: 1 MB Загрузок: 0

Добавить комментарий